Wykrwawiając
się leżałam na zimnej podłodze.
Ale od
początku. Na czym my to… Ach!
Umówiłam się z Jonathanem i oczywiście do niego
pojechałam. Wystrojona w kieckę, przed akcją czułam się wspaniale.
Podekscytowana do granic możliwości. Nie mogłam przestać chichotać i wyobrażać sobie
jego wzroku…
Lokaj (czy
jak oni tam się wszyscy z surdutach nazywają) otworzył mi wrota z miną
zmęczonego psa i zaprowadził do salonu. Kiedy szliśmy co chwilę mijaliśmy
bacznie obserwujących mnie ochroniarzy i krzątające się gospodynie. Od razu
poczułam się zagrożona. Starałam się więc zapanować nad roztrzepaniem, ale
nawet jeśli coś wydałoby się ze mną „nie tak”, to przecież mogłam się wykpić
byciem zakochaną. Nie wiem jakim sposobem, ale ominęliśmy salę balową całkiem
dookoła, a więc prawie się zgubiłam i musiałam się dobrze rozejrzeć zanim się
zorientowałam, że jesteśmy w północnym skrzydle. Salon, utrzymany w kolorze
kremowo-złotym prezentował się bardzo przyjemnie, a najlepsze wrażenie zrobił
na mnie zapach. Mogłabym porównać go do lodów śmietankowych i bukietu polnych
kwiatów. Pasował do obrazów w złotych ramach i miękkiego dywanu. A właśnie!
Może to dziwne, ale lokaj nie pozwolił mi ściągnąć butów przy wejściu, więc
trochę głupio było mi stać w trampkach na jasnym dywanie. Idiotycznie by było
zostawić ślady. Jak tylko Jonathan wszedł wyczułam męskie perfumy, a przyznać
się muszę, że bardzo lubię „męskie zapachy” więc kiedy się zbliżył odruchowo
pociągnęłam nosem. Chłopak miał na sobie koszulę w czerwoną kratę, granatowy
t-shirt i ciemne dżinsy. Rzuciłam też okiem na jego buty, bo czarne Nike,
wyglądały nawet spoko.
-Cześć-
przywitałam się szerokim uśmiechem.
Niby uczyłam
się nowego zachowania, a jednak poczułam się zakłopotana i nie do końca
wiedziałam co zrobić, bo wydawało mi się, że chłopak wacha się pomiędzy
pocałowaniem mnie w policzek, uściskiem, a podaniem dłoni. Wyszło tak, że on od
razu zaprosił mnie na taras. Na balkonie stały białe fotele i malutki
stoliczek. Balustradę ozdabiały delikatne kwiaty. Małe różyczki i
niezapominajki. Kiedy to zobaczyłam nie mogłam się nie zarumienić.
-Pamiętałeś…
Bukiet
pachnął cudnie.
-Nie mógłbym
zapomnieć- odpowiedział.
Usiedliśmy
na zewnątrz uważnie obserwując siebie nawzajem i początkowo rozmawiając o
pogodzie i takich tam. Potem lokaj przyniósł
deser lodowy i atmosfera zrobiła się lżejsza. Jonathan, był miły i łatwo
mi się z nim rozmawiało. Czas szybko mijał i zaczęło robić się ciemno, ale nam wcale
to nie przeszkadzało. Sama nie wiem kiedy zmieniały się tematy, bo tak szybko
po nich skakaliśmy.
-Nie
wytrzymałabym tak. Nawet teraz mam wrażenie, że ktoś bacznie mi się przygląda.
-To ich
praca. Mają zapewnić nam bezpieczeństwo.
-To, że aż
trzydziestu ludzi z bronią cię obserwuje, naprawdę nic nie pomoże, a jest
bardzo… krępujące.
-Taak? Ale
dlaczego tak uważasz?
- Pokażę ci
coś.
Odłożyłam
szklankę z colą i podeszłam do niego. Kiedy go poprosiłam o to, by wszedł ze
mną na balustradę, to nie uwierzył, że to coś da, ale całkiem rozbawiony
zgodził się to zrobić. Staliśmy więc po chwili na białej balustradzie z pięknym
ogrodem rozciągającym się niżej i zachodem słońca rzucającym nasze cienie na
okno z witrażami.
-Patrz tylko
na mnie, dobrze?- uśmiechnęłam się do niego zawadiacko.
-To nie
będzie trudne.
-Wiem-
szepnęłam, a potem powiedziałam już głośno- Skocz ze mną w nicość ukochany!
-Dla
ciebie!- odpowiedział.
-Razem,
tragicznie jak Szekspirowska para, zakończmy swój żywot w miłosnym uniesieniu!
-Przy tobie
do końca i z tobą na zawsze, światłości mego życia!
-A więc
koniec.
-A więc
koniec- odpowiedział i objął mnie udając, że naprawdę chcemy skoczyć.
-Stój! Nie
skacz!- usłyszeliśmy krzyki i szamotaninę za sobą.
Odwróciliśmy
się powoli z trudem powstrzymując śmiech. Przed nami z napięciem wypisanym na
twarzach stała cała gwardia ochroniarska Jonathana.
-Paniczu. Niech
pan nie skacze- naprzód wystąpił najniższy z mężczyzn, widocznie ich główny
szef, bo Jonathan zwrócił się od razu do niego.
-Gdybym naprawdę
tego chciał, to skoczyłbym zanim byś palcem ruszył- chłopak momentalnie
spoważniał.
-Paniczu…
-Odejdźcie.
-Paniczu…
Twój ojciec żądał od nas pełnej ochrony, nie możemy odejść- na te słowa chłopak
zeskoczył przed mężczyznę z dość groźną miną.
-Mój ojciec z
chęcią cię zwolni, kiedy dowie się jak niekompetentny jest twój zespół i na
jakie niebezpieczeństwo mnie naraziłeś. Jeszcze chwila, a to ciebie koledzy
będą ratować. Tylko wątpię czy im się uda- Jonathan nie przyjmował odmowy.
-Tak jest!
Przepraszamy… paniczu- choć widocznie urażony, mężczyzna wydał swoim ludziom
polecenie opuszczenia budynku.
-Poczekasz chwilę?
Muszę coś jeszcze zrobić- tym razem chłopak zwrócił się do mnie.
-Pewnie-
uśmiechnęłam się do niego.
-Zaraz
wracam- rzucił jeszcze i wyszedł zostawiając mnie samą.
Chwilę
zastanawiałam się po co poszedł, ale potem zorientowałam się, że wciąż stoję na
balustradzie. Spróbowałam zejść, ale kamienna poręcz była dość wysoka, a miałam
sukienkę i ryzykowałam dość głupim narażeniem się na dekonspirację. Odwróciłam
się więc w stronę zachodzącego słońca patrząc jak dzień powoli ustępuje nocy.
Widok był zapierający dech w piersiach. Różowe chmury kojąc myśli i napawając
optymizmem zapraszały do lotu, obiecując, że są słodkie i delikatne jak wata
cukrowa. Otworzyłam szerzej oczy wpuszczając pomarańczowe ciepło i czekając aż
ostatnie promienie wreszcie się schowają. We włosach poczułam lekki wiatr i
rozłożyłam ręce, by choć trochę przypominać wolnego ptaka. Właśnie doświadczałam
jednej z piękniejszych chwil w życiu i nie chciałam jej zepsuć. Nagle słońce
zaszło, a ja poczułam, że tracę grunt pod nogami. Czyżbym skoczyła?
-Hej… Mam
cię.
Otworzyłam
zaciśnięte oczy i po raz kolejny doświadczyłam dziwnego dreszczyku. Jonathan
trzymał mnie w ramionach obserwując troskliwie i z… zaciekawieniem… podziwem…
zachwytem? Pewnie wszystkim naraz. Postawił mnie powrotem na ziemi i uśmiechnął
się trochę gorzko.
-Chyba nie
zwolniłeś ich wszystkich?- spytałam z ciekawości.
-Nie. Dałem
im wolne do jutra.
-Ach.
Rozumiem…- poprawiłam sukienkę w myślach sobie gratulując, bo oto miałam
wreszcie wolną rękę. Chłopak sam pozbył się własnej obstawy! Oczywiście
pozostawał problem kamer, ale jakby go nie było, bo od czasu balu zdążyłam się
nauczyć ich rozmieszczenia na pamięć.
-To… może
wejdźmy do środka?
-Yhm.
Rzeczywiście robi się już chłodno. Zachód słońca był przepiękny!- sięgnęłam po
torebkę i podążyłam za chłopakiem.
-Widziałem.
Byłaś gotowa odlecieć.
-Naprawdę aż
tak się zapomniałam?
-Miałem
wrażenie, że rzeczywiście skoczysz. Nie zdziwiłbym się gdybyś okazała się aniołem…
-Och,
Jonathanie! Nie wiesz jak się cieszę, ze cię poznałam…- zachichotałam dziewczęco.
Chłopak otworzył mi drzwi i weszliśmy do
pokoju dużego pokoju. Był zachowany w ciemnej tonacji, ze skórzaną kanapą
pośrodku, kominkiem i ogromnym telewizorem. Usiadłam bliżej kominka, w którym
tlił się leniwy ogień.
-Em… Może
coś pooglądamy?- zaproponował chłopak.
-Masz na
myśli horror?
-Czemu nie…
-Odpada. Na
horrorach strasznie się boję. Po za tym mam trochę niemiłych wspomnień
związanych z nimi- tłumaczyłam się skrępowana.
Pomysł z
filmem był nawet dobry, ale od razu przypomniało mi się to, jak siedziałam
Mateuszowi na kolanach i mina jego dziewczyny. Chyba bym się po raz kolejny nie
przełamała…
-To może… Chwila,
zapomniałem przełączyć.
-Ej! Czy to
czasem nie ekran startowy do PS4?
-Tak… Grasz?-
Jonathan spojrzał na mnie zdziwiony, a ja zorientowałam się jak blisko granicy
się znajduję.
Z
wcześniejszej rozmowy dowiedziałam się już co chłopak lubił u dziewczyn, ale
nie byłam pewna, czy to, że jestem gamerem mu się spodoba i czy to pasuje do
postaci Charlotte. Musiałam przejść na tryb „tajny agent”, bo mogłam właśnie
wszystko popsuć.
-Trochę. Nie
jestem jakimś wielkim zapaleńcem, ale na standardowym meczu w „Call of Duty”
daję radę nie zginąć więcej niż dwadzieścia razy.
-Też masz PS?
To może zaproszę cię do znajomych?
-Ooo… Szkoda,
ale nie mam. Brat Amandy pozwala nam czasem pograć.
-To chcesz…
no… ten?
-Pewnie.
Przetrwanie czy na multi?
-Jak wolisz.
Masz jakąś ulubioną klasę, czy chcesz zrobić własną?
-W sumie, to
wolałabym zrobić własną.
-Trzymaj
pada.
-Dzięki-
uśmiechnęłam się.- Nie spodziewałeś się tego, prawda?
-Yhy. Nie
wyglądasz na… taką dziewczynę.
-Dużo o mnie
nie wiesz.
Zerknęłam na
niego nadal wstukując ustawienia. Przeczesał włosy, poprawił koszulę i wziął
głębszy oddech. Miałam nadzieję, że nie zawaliłam sprawy… Ustawiłam wreszcie
wszystko i zaczęliśmy grę. Kiedy w końcu się rozkręciliśmy współpracowało nam się
tak dobrze, że wymiataliśmy na serwerze. Śmialiśmy się, a Jonathan co chwila
ględził o tym, że będzie się musiał mną kolegom pochwalić. Świetnie się razem
bawiliśmy, aż zrobiło się bardzo późno. Chłopak dołożył do ognia i włączył
jakiś film. Było bardzo miło, zrobiło się romantycznie. W końcu zaproponował,
że przyniesie coś do picia i skoczy po świece. A ja właśnie wtedy przypomniałam
sobie, że mam misję do wykonania. Idiotka ze mnie! Sprawdziłam telefon.
Jedenaście nieodebranych telefonów, paręnaście sms`ów.
-Kurczę…-
zmartwiłam się i wkurzyłam nie na żarty.
-Coś się
stało?- Jonathan stał w drzwiach z tacą w ręku.
Oprócz świec
przyniósł również jakiś fenomenalnie wyglądający deser i jakieś pudełeczko.
-Nie… Tylko
ten… Ja… Pójdę się poprawić. Toaleta jest tam?
-Tak.
Korytarzem prosto, a potem w prawo.
-Ok. Zaraz
wracam- uśmiechnęłam się zażenowana.
To był
ostatni możliwy moment, a przynajmniej tak mi się wydawało. Weszłam do toalety
i aż przystanęłam zaciekawiona. Cała w jasnym marmurze i podzielona na dwie
części wielkim akwarium. Nie zajmowałam się nim dłużej tylko od razu wysypałam
całą zawartość torebki do umywalki. Odnalazłam właściwe części, poskładałam,
powciskałam tak jak mi kazali to zrobić. Zdjęłam trampki i wydobyłam z nich
ostatnie z części. Potem poprawiłam zasobnik przymocowany pod sukienką do ud i
brzucha i już miałam wychodzić, kiedy jeszcze na wszelki wypadek naprawdę się „poprawiłam”.
Psiknęłam się parę razy specjalnymi perfumami, których w ostatnim momencie
dostarczyła mi agent Jessica i pośpiesznie wyszłam z łazienki. Zamiast jednak
skręcić i wrócić do Jonathana poszłam na wprost, do drzwi od gabinetu jego ojca.
Już w łazience użyłam „wyciszacaza”, który zakłócał pracę kamer, więc na spokojnie
zaczęłam włamywać się do pomieszczenia. Wystarczyło, że włożyłam do zamka specjalną
maszynkę zwaną „kluczem uniwersalnym” i trochę poczekałam. Kiedy wreszcie
kliknęło na znak odbezpieczenia, w głowie zabrzęczał mi już dobrze znany
dzwoneczek. Doskoczyłam przed ogromne lustro zawieszone na ścianie starając się
szybko upchnąć wszystko z powrotem pod sukienkę, ale i tak chłopak przyłapał
mnie z rękami pod ubraniem, więc zrobiłam jedyne, co w takiej sytuacji mogłam.
Udałam, że go nie zauważyłam i nadal spokojnie poprawiałam pończochy.
Oczywiście starając się włożyć w to tyle dziewczęcości i uroku ile dałam radę.
Potem sięgnęłam do torebki po szminkę. Co do tego… Nie miałam wyboru. Czas
naglił i wprawdzie zawahałam się, ale jednak nie było innego wyjścia.
Delikatnym ruchem nałożyłam szminkę, a potem poprawiłam włosy i wreszcie
odwróciłam się, by udać zakłopotaną i zaskoczoną.
Nie do końca
musiałam udawać. W lustrze widać było tylko zarys Jonathana, ale stojąc
naprzeciwko jego… zauroczenie aż biło po oczach. Nie wiem jak, ale prawie
słyszałam przyspieszone tętno i bicie serca. W oczach miał takie same iskry jak
na balu i choć starał się je usilnie schować, to jednak było dość widoczne to,
o czym może myśleć.
-Przepraszam,
ale musiałam zatrzymać się przy tym lustrze- uśmiechnęłam się nieśmiało i zbliżyłam
do niego.
-Nie… nie
szkodzi. To… ten… może… - zająknął się chłopak, ale w końcu odsunął się i
wróciliśmy do pokoju.
Jonathan
zdążył zapalić świece, i klimat był naprawdę przyjemny, a deserem okazało się
ciasto czekoladowe z truskawkami więc po chwili znów trochę się zapomniałam.
Upomniałam się kiedy zobaczyłam jak chłopak się zachowuje. Wcześniej był
bardziej wyluzowany, teraz uważniej mi się przyglądał, był jakby dalej i chyba
on też usilnie starał się nad sobą zapanować. Zaczynało robić się cicho, a tego
żadne z nas nie chciało, więc zagadnęłam najgłupiej jak umiałam, a rozmowa
przeszła na dość osobisty teren. Przez cały czas wydawało mi się, że musze coś
powiedzieć i jakby czułam, że jestem mu coś winna, więc chyba sama
doprowadziłam do jego pytania.
-Dlaczego
nie chciałaś oglądać horroru? Co się wtedy stało?
-Wiesz… to
przez pewien raz… kiedyś… w sumie nie tak dawno… Chyba powinnam ci powiedzieć… Pamiętasz
Amandę? Tą co cię tak wyzywała, wtedy? Jest moją najlepszą przyjaciółką i wiele
jej zawdzięczam. Zawsze bardzo mi pomagała, a w szczególności jak wreszcie
tutaj wróciłam. Jakiś czas temu znalazła sobie nowego chłopaka i postanowiła
zorganizować dla nas „podwójną randkę”.
Jonathan
zamierzał o coś zapytać, ale ubiegłam go odpowiedzią.
-Nie, nigdy
nie miałam chłopaka. Amanda umówiła mnie w ciemno z kuzynem tamtego gościa i
razem wybraliśmy się do kina.
-Na horror?
-Tak. Na
horrorach zawsze strasznie się boję i staram się ich ogólnie unikać, ale na
początku było nawet fajnie. Tylko, że potem zrobiło się zbyt… nie ważne.
Wyrwaliśmy się z tego kina w połowie maratonu i poszliśmy na miasto. Było
romantycznie… A przynajmniej do momentu w którym on mnie nie pocałował.
-Całowaliście
się…- w głosie chłopaka czuć było lekkie zawiedzenie.
-Niestety
tak. Teraz bardzo tego żałuję. Wiesz… kiedy on mnie pocałował, to myślałam, że
mam szczęście. Zawsze byłam sama, nikt nigdy się mną nie interesował… I nagle
ktoś mnie polubił! Każda dziewczyna na moim miejscu czułaby tak samo. Tylko że
mój chłopak okazał się nikim więcej jak wstrętną świnią. Bo byłam tylko kimś
mało dla niego znaczącym. Zdradził ze mną swoją dziewczynę.
-Miał
dziewczynę?
-Yhm… Ładna
blondynka… Staliśmy na rynku, a ona do nas podeszła. Wrzeszczała na niego, a ja…
nie wiedziałam co mam zrobić… Wiesz… nie powiedziałam tej dziewczynie, że byłam
wtedy z tym chłopakiem, tylko oszukałam ją udając, że to był przypadek… i tak
dalej.
-Uratowałaś
go?!
-Tak.
Uratowałam go…- odsunęłam się od chłopaka i odwróciłam wzrok.
Czułam się
tak, jakbym miała się rozpłakać, a jednocześnie zacząć śmiać. Nie chciałam
niczego popsuć. Chwilę trwaliśmy w ciszy. Żadne z nas nie wiedziało co więcej
powiedzieć. A wtedy on opowiedział mi o tym jak zawsze chciał być rycerzem. Nie
wiem dlaczego, ale kiedy tak mówił, to uświadomiłam sobie, że… że nie chcę go
okradać. Nie chcę go oszukiwać. Chwile z nim spędzone były naprawdę piękne, a
ja miałam wszystko zepsuć, bo… bo to było kłamstwo. To wszystko przecież było
kłamstwo! Ja byłam kłamstwem! Charlotte Blank nie istniała…
-Uwierz mi
Charli! Chcę być rycerzem. Dla ciebie, Charli…
Spojrzałam
na niego i poczułam… coś. A potem zrobiłam coś okropnego. Zbliżyłam się… bardzo
się zbliżyłam, spojrzałam mu w oczy i wyszeptałam:
-Bądź moim
rycerzem, Jonathanie.
I pocałowałam
go… A on odwzajemnił to, co mu podarowałam. Nadal siedząc na podłodze nie
myśleliśmy o niczym, tylko o sobie. Chłopak
odsunął stół, wziął mnie delikatnie, ale stanowczo w ramiona i położył na
dywanie. Objął mnie i poczułam jego ciało. Całował mnie w usta… tak namiętnie,
że nie mogłabym tego opisać nawet gdybym chciała. Zaciągnął się moimi
perfumami, odważył się położyć dłoń na moim udzie. Sama go przyciągnęłam. Uśmiechnęłam
i spojrzałam na niego wyzywająco. Złączyliśmy się w długim, rozkosznym
pocałunku.
-Jesteś taka
piękna… niesamowita… cudowna… fantastyczna… -szeptał pomiędzy pocałunkami,
wodząc dłońmi po moim ciele. Nie był nachalny, wcale nie brutalny. Jego dotyk
był… przyjemny. Choć delikatny, zachował w sobie moc, a ja chętnie się z nią
mierzyłam. Zdjęłam z niego koszulę. On prawie się mną zachłysnął, tak bardzo
mnie pożądał. Rozdarłam na nim koszulkę, bo nie mogłam jej z niego zdjąć i
uśmiechnęłam tryumfalnie. Teraz ja się nad nim pochylałam. Podobało mu się to.
Widział, że też pragnę jego ciała. Przejechałam dłońmi po jego brzuchu,
wyczułam napinające się mięśnie.
-Uwielbiam
cię…- wyszeptał, a potem pocałował… ostatni raz.
Jak tylko
dotknął moich ust, wpływ na niego miałam nie tylko ja, ale też specyfik
usypiający w szmince. Nie mogłam nie dać mu tego wspomnienia, więc kiedy opadał
bez sił nadal namiętnie go całowałam. Zajęło mi chwilę doprowadzenie się do porządku,
ale musiałam się spieszyć. Nie wiedziałam jak długo może działać szminka.
Zebrałam się więc i wreszcie wtargnęłam do gabinetu. Bez problemu znalazłam
skrzynkę, której potrzebowałam. Podłączyłam urządzenie do komputera i box`a. To
jak wydobyłam dane ledwo pamiętam. Nie pamiętam też ile mi to zajęło. Zdobyłam…
ukradłam to czego potrzebowałam. Dalej sprawy potoczyły się inaczej. Lex
przekazał doradcom Meklera informacje o mnie. Zakłamane informacje, w których
historia opowiedziana Jonathanowi w ogrodzie była prawdziwa, ale nie
dokończona. Według nich polityczne sprawy mnie dotyczące były bardziej
skomplikowane niż mogłabym to sama wymyślić, a wszystko sprowadzało się do
tego, że mogłam być w prawie 100% podwójnym agentem walczącym w przeciwnej drużynie.
O tym co dokładnie było w moich aktach nie wiedziałam. Lex zajął się nimi
jednak wystarczająco dobrze, że doradca Jonathana tak bardzo wystraszył się o
wielką sprawę rodziny Meklerów i własny tyłek, że postawił całą brygadę
ochroniarską na nogi. To, że chłopak wcześniej sam ją odwołał jeszcze bardziej
utwierdziło wszystkich ważniaków w tym, że jestem „ta zła” i trzeba się mnie
pozbyć. Koniec końców wylądowałam w sali przesłuchań pod bacznym wzrokiem Lexa,
Jonathana, jego doradców, dowódcy jego goryli i wysłanników jego ojca. Po ciężkim dniu
przesłuchań wszyscy jednogłośnie skazali mnie, jako winną. Mówię wszyscy, bo
przyszedł bezpośredni rozkaz od ojca Jonathana, żeby jego syn nie uczestniczył
w niczym, co będzie mnie związane. Jego słowo się nie liczyło, nie miał prawa
mnie już nigdy więcej zobaczyć. I właśnie w tym momencie Lex powinien wieźć
mnie czarnym vanem na stracenie, ale… no właśnie.
Sprawy się
skomplikowały. Lex nie do końca był wiarygodny, a Mekler mu nie ufał, więc Lex
musiał wykończyć mnie na wizji, w obecności szefa goryli. Myślałam, że się nie
zgodzi. Albo, że wyśle kogoś, żeby mnie uratował. Pomyliłam się. Bez mrugnięcia
okiem najemnik powalił mnie na ziemię. I tak, mogłabym mu oddać, ale… nie
mogłam. Taki miał być plan. Sama dobrze wiedziałam, że to konieczna zmiana.
Musiałam udawać do końca. Wciąż w sukience... Pobił mnie,
a potem wyciągnął spluwę. Kula z „Desert Eagle 5.0” powinna była
przedziurawić mnie na wylot. Lex celował trochę na lewo od serca, bliżej
mostka, a więc zablokowałam ją prawie w połowie. Potok krwi wylał się ze mnie
tak widowiskowo, że ostatniego tchnienia udawać nie musiałam. Po tym zapakowali
mnie w czarny worek i wrzucili do auta. Jonathan… Jonathan musi o mnie
zapomnieć. Nie wiem czy będzie mu trudno… może nie. Może wspomni to tak jak
przez senną mgłę. Życzyłabym mu tego. Ale przecież ja nie żyję. Charlotte Blank
zginęła...
Od kuli w
sercu wykrwawiała się natomiast całkiem realnie Julia Nowak.
Taa. Ofiara
losu ze mnie….

Powiem tak - żałuję, że tak długo zwlekałam z czytaniem. Te kilka rozdziałów, które przeczytałam byłyna nnaprawdę świetne.
OdpowiedzUsuńTak, jak mówiłam, najbardziej spodobał mi się ten tekst:
"O mój Boże! Co za koszmar! Nie! Co za obżydlistwo! Ten materiał, kolor! Brak stylu. Koszmar. OMG! Dżizas! Weźcie to ochydztwo sprzed my eyes! UGH!"
Tak ... To zdecydowanie najpiękniejszy tekst Ever ...
Tak samo rozwalila mnie ta sytuacja, jak Leksik podjechał pod szkołę.
Ale szczytem wszystkiego są opisy flirtu i ten opis z tego rozdziału. Zapamiętam na przyszłość, że nigdy nie będę w ciebie wątpić. Do jakiegoś czasu sądziłam, że nigdy nie przeczytam takich fragmentów u ciebie w opowiadaniu. Myliłam się. To w jaki sposób odpisałaś ten namiętny pocałunek jest po prosty ... wow.
Prosiłas o konstruktywna krytykę. Jeśli bardzo Ci na tym zależy, to wpisze ci parę uwag ...
Postaraj się czytać swoje posty więcej razy przed wystawieniem. Unikniesz w ten sposób wielu zjedzonych głosek, czasem wyrazów i nie logicznych, bądź niepoprawnie stworzonych zdań, które się czasem tutaj pojawiają. To kwestia pisania.
Co do samej treści, nie mam zbytnio uwag. Bardzo mi się podoba długość tego ostatniego rozdziału. Post jestdłuższy, ale to dzięki bardziej rozbudowanym opisom. W poprzednich rozdziałach czasem ich brakuje. Są one krótkie ale strasznie treściwe. Czasem po prostu brakuje tych elementów, dzięki którym czytelnik może jeszcze bardziej wciągnąć się w historię.
Piszesz w naprawdę świetny sposób z dużą dawką humoru. Jeśli popracujesz nad tymi opisami, co wyszło ci właśnie w ostatnim rozdziale, to zblizysz się do perfekcji, bo jej jeszcze nikt nie osiągnął ;)
Swoją drogą nie podoba mi się zakończenie. To znaczy jest ono świetnie napisane. Problem w tym, że będę musiała długo czekać na wyjaśnienie tak ważnej kwestii jak umieranie głównej bohaterki. Weź no się spręż bo się naprawdę wykrwawisz ... I To jeszcze przez Lexa ... Szczur wszystkiego.
dobra, to tyle z mojej strony dzisiaj ;)
Teraz czytam na bieżąco.
Życzę weny i czekam na nn
ściskam mocno :*
~ Alex ♡_♡
Ps. To zdecydowanie najdłuższy mój komentarz na tym blogu xD
UsuńDziękuję :)
UsuńNie spodziewałam się, że aż tak ci się spodoba! Na prawdę. Dzięki,że zwróciłaś uwagę na te błędy, bo rzeczywiście, (aż wstyd się przyznać) nigdy nie czytam postów przed wystawieniem.
Mam nadzieję, że nie będziesz długo czekać na dalszą historię ;)
Heh. Do przeczytania :D
~Totalna Ofiara Losu
PS: Nie wiesz jak trudno było mi napisać ten romantyczny moment XD