wtorek, 29 grudnia 2015

97 Ostatni pocałunek



Wykrwawiając się leżałam na zimnej podłodze.
Ale od początku. Na czym my to… Ach! 
Umówiłam się z Jonathanem i oczywiście do niego pojechałam. Wystrojona w kieckę, przed akcją czułam się wspaniale. Podekscytowana do granic możliwości. Nie mogłam przestać chichotać i wyobrażać sobie jego wzroku…
Lokaj (czy jak oni tam się wszyscy z surdutach nazywają) otworzył mi wrota z miną zmęczonego psa i zaprowadził do salonu. Kiedy szliśmy co chwilę mijaliśmy bacznie obserwujących mnie ochroniarzy i krzątające się gospodynie. Od razu poczułam się zagrożona. Starałam się więc zapanować nad roztrzepaniem, ale nawet jeśli coś wydałoby się ze mną „nie tak”, to przecież mogłam się wykpić byciem zakochaną. Nie wiem jakim sposobem, ale ominęliśmy salę balową całkiem dookoła, a więc prawie się zgubiłam i musiałam się dobrze rozejrzeć zanim się zorientowałam, że jesteśmy w północnym skrzydle. Salon, utrzymany w kolorze kremowo-złotym prezentował się bardzo przyjemnie, a najlepsze wrażenie zrobił na mnie zapach. Mogłabym porównać go do lodów śmietankowych i bukietu polnych kwiatów. Pasował do obrazów w złotych ramach i miękkiego dywanu. A właśnie! Może to dziwne, ale lokaj nie pozwolił mi ściągnąć butów przy wejściu, więc trochę głupio było mi stać w trampkach na jasnym dywanie. Idiotycznie by było zostawić ślady. Jak tylko Jonathan wszedł wyczułam męskie perfumy, a przyznać się muszę, że bardzo lubię „męskie zapachy” więc kiedy się zbliżył odruchowo pociągnęłam nosem. Chłopak miał na sobie koszulę w czerwoną kratę, granatowy t-shirt i ciemne dżinsy. Rzuciłam też okiem na jego buty, bo czarne Nike, wyglądały nawet spoko.
-Cześć- przywitałam się szerokim uśmiechem.
Niby uczyłam się nowego zachowania, a jednak poczułam się zakłopotana i nie do końca wiedziałam co zrobić, bo wydawało mi się, że chłopak wacha się pomiędzy pocałowaniem mnie w policzek, uściskiem, a podaniem dłoni. Wyszło tak, że on od razu zaprosił mnie na taras. Na balkonie stały białe fotele i malutki stoliczek. Balustradę ozdabiały delikatne kwiaty. Małe różyczki i niezapominajki. Kiedy to zobaczyłam nie mogłam się nie zarumienić.
-Pamiętałeś…
Bukiet pachnął cudnie. 
 -Nie mógłbym zapomnieć- odpowiedział.
Usiedliśmy na zewnątrz uważnie obserwując siebie nawzajem i początkowo rozmawiając o pogodzie i takich tam. Potem lokaj przyniósł  deser lodowy i atmosfera zrobiła się lżejsza. Jonathan, był miły i łatwo mi się z nim rozmawiało. Czas szybko mijał i zaczęło robić się ciemno, ale nam wcale to nie przeszkadzało. Sama nie wiem kiedy zmieniały się tematy, bo tak szybko po nich skakaliśmy.
-Nie wytrzymałabym tak. Nawet teraz mam wrażenie, że ktoś bacznie mi się przygląda.
-To ich praca. Mają zapewnić nam bezpieczeństwo.
-To, że aż trzydziestu ludzi z bronią cię obserwuje, naprawdę nic nie pomoże, a jest bardzo… krępujące.
-Taak? Ale dlaczego tak uważasz?
- Pokażę ci coś.
Odłożyłam szklankę z colą i podeszłam do niego. Kiedy go poprosiłam o to, by wszedł ze mną na balustradę, to nie uwierzył, że to coś da, ale całkiem rozbawiony zgodził się to zrobić. Staliśmy więc po chwili na białej balustradzie z pięknym ogrodem rozciągającym się niżej i zachodem słońca rzucającym nasze cienie na okno z witrażami.
-Patrz tylko na mnie, dobrze?- uśmiechnęłam się do niego zawadiacko.
-To nie będzie trudne.
-Wiem- szepnęłam, a potem powiedziałam już głośno- Skocz ze mną w nicość ukochany!
-Dla ciebie!- odpowiedział.
-Razem, tragicznie jak Szekspirowska para, zakończmy swój żywot w miłosnym uniesieniu!
-Przy tobie do końca i z tobą na zawsze, światłości mego życia!
-A więc koniec.
-A więc koniec- odpowiedział i objął mnie udając, że naprawdę chcemy skoczyć.
-Stój! Nie skacz!- usłyszeliśmy krzyki i szamotaninę za sobą.
Odwróciliśmy się powoli z trudem powstrzymując śmiech. Przed nami z napięciem wypisanym na twarzach stała cała gwardia ochroniarska Jonathana.
-Paniczu. Niech pan nie skacze- naprzód wystąpił najniższy z mężczyzn, widocznie ich główny szef, bo Jonathan zwrócił się od razu do niego.
-Gdybym naprawdę tego chciał, to skoczyłbym zanim byś palcem ruszył- chłopak momentalnie spoważniał.
-Paniczu…
-Odejdźcie.
-Paniczu… Twój ojciec żądał od nas pełnej ochrony, nie możemy odejść- na te słowa chłopak zeskoczył przed mężczyznę z dość groźną miną.
-Mój ojciec z chęcią cię zwolni, kiedy dowie się jak niekompetentny jest twój zespół i na jakie niebezpieczeństwo mnie naraziłeś. Jeszcze chwila, a to ciebie koledzy będą ratować. Tylko wątpię czy im się uda- Jonathan nie przyjmował odmowy.
-Tak jest! Przepraszamy… paniczu- choć widocznie urażony, mężczyzna wydał swoim ludziom polecenie opuszczenia budynku.
-Poczekasz chwilę? Muszę coś jeszcze zrobić- tym razem chłopak zwrócił się do mnie.
-Pewnie- uśmiechnęłam się do niego.
-Zaraz wracam- rzucił jeszcze i wyszedł zostawiając mnie samą.
Chwilę zastanawiałam się po co poszedł, ale potem zorientowałam się, że wciąż stoję na balustradzie. Spróbowałam zejść, ale kamienna poręcz była dość wysoka, a miałam sukienkę i ryzykowałam dość głupim narażeniem się na dekonspirację. Odwróciłam się więc w stronę zachodzącego słońca patrząc jak dzień powoli ustępuje nocy. Widok był zapierający dech w piersiach. Różowe chmury kojąc myśli i napawając optymizmem zapraszały do lotu, obiecując, że są słodkie i delikatne jak wata cukrowa. Otworzyłam szerzej oczy wpuszczając pomarańczowe ciepło i czekając aż ostatnie promienie wreszcie się schowają. We włosach poczułam lekki wiatr i rozłożyłam ręce, by choć trochę przypominać wolnego ptaka. Właśnie doświadczałam jednej z piękniejszych chwil w życiu i nie chciałam jej zepsuć. Nagle słońce zaszło, a ja poczułam, że tracę grunt pod nogami. Czyżbym skoczyła?
-Hej… Mam cię.
Otworzyłam zaciśnięte oczy i po raz kolejny doświadczyłam dziwnego dreszczyku. Jonathan trzymał mnie w ramionach obserwując troskliwie i z… zaciekawieniem… podziwem… zachwytem? Pewnie wszystkim naraz. Postawił mnie powrotem na ziemi i uśmiechnął się trochę gorzko.
-Chyba nie zwolniłeś ich wszystkich?- spytałam z ciekawości.
-Nie. Dałem im wolne do jutra.
-Ach. Rozumiem…- poprawiłam sukienkę w myślach sobie gratulując, bo oto miałam wreszcie wolną rękę. Chłopak sam pozbył się własnej obstawy! Oczywiście pozostawał problem kamer, ale jakby go nie było, bo od czasu balu zdążyłam się nauczyć ich rozmieszczenia na pamięć.
-To… może wejdźmy do środka?
-Yhm. Rzeczywiście robi się już chłodno. Zachód słońca był przepiękny!- sięgnęłam po torebkę i podążyłam za chłopakiem.
-Widziałem. Byłaś gotowa odlecieć.
-Naprawdę aż tak się zapomniałam?
-Miałem wrażenie, że rzeczywiście skoczysz. Nie zdziwiłbym się gdybyś okazała się aniołem…
-Och, Jonathanie! Nie wiesz jak się cieszę, ze cię poznałam…- zachichotałam dziewczęco.
 Chłopak otworzył mi drzwi i weszliśmy do pokoju dużego pokoju. Był zachowany w ciemnej tonacji, ze skórzaną kanapą pośrodku, kominkiem i ogromnym telewizorem. Usiadłam bliżej kominka, w którym tlił się leniwy ogień.
-Em… Może coś pooglądamy?- zaproponował chłopak.
-Masz na myśli horror?
-Czemu nie…
-Odpada. Na horrorach strasznie się boję. Po za tym mam trochę niemiłych wspomnień związanych z nimi- tłumaczyłam się skrępowana.
Pomysł z filmem był nawet dobry, ale od razu przypomniało mi się to, jak siedziałam Mateuszowi na kolanach i mina jego dziewczyny. Chyba bym się po raz kolejny nie przełamała…
-To może… Chwila, zapomniałem przełączyć.
-Ej! Czy to czasem nie ekran startowy do PS4?
-Tak… Grasz?- Jonathan spojrzał na mnie zdziwiony, a ja zorientowałam się jak blisko granicy się znajduję.
Z wcześniejszej rozmowy dowiedziałam się już co chłopak lubił u dziewczyn, ale nie byłam pewna, czy to, że jestem gamerem mu się spodoba i czy to pasuje do postaci Charlotte. Musiałam przejść na tryb „tajny agent”, bo mogłam właśnie wszystko popsuć.
-Trochę. Nie jestem jakimś wielkim zapaleńcem, ale na standardowym meczu w „Call of Duty” daję radę nie zginąć więcej niż dwadzieścia razy.
-Też masz PS? To może zaproszę cię do znajomych?
-Ooo… Szkoda, ale nie mam. Brat Amandy pozwala nam czasem pograć.
-To chcesz… no… ten?
-Pewnie. Przetrwanie czy na multi?
-Jak wolisz. Masz jakąś ulubioną klasę, czy chcesz zrobić własną?
-W sumie, to wolałabym zrobić własną.
-Trzymaj pada.
-Dzięki- uśmiechnęłam się.- Nie spodziewałeś się tego, prawda?
-Yhy. Nie wyglądasz na… taką dziewczynę.
-Dużo o mnie nie wiesz.
Zerknęłam na niego nadal wstukując ustawienia. Przeczesał włosy, poprawił koszulę i wziął głębszy oddech. Miałam nadzieję, że nie zawaliłam sprawy… Ustawiłam wreszcie wszystko i zaczęliśmy grę. Kiedy w końcu się rozkręciliśmy współpracowało nam się tak dobrze, że wymiataliśmy na serwerze. Śmialiśmy się, a Jonathan co chwila ględził o tym, że będzie się musiał mną kolegom pochwalić. Świetnie się razem bawiliśmy, aż zrobiło się bardzo późno. Chłopak dołożył do ognia i włączył jakiś film. Było bardzo miło, zrobiło się romantycznie. W końcu zaproponował, że przyniesie coś do picia i skoczy po świece. A ja właśnie wtedy przypomniałam sobie, że mam misję do wykonania. Idiotka ze mnie! Sprawdziłam telefon. Jedenaście nieodebranych telefonów, paręnaście sms`ów.
-Kurczę…- zmartwiłam się i wkurzyłam nie na żarty.
-Coś się stało?- Jonathan stał w drzwiach z tacą w ręku.
Oprócz świec przyniósł również jakiś fenomenalnie wyglądający deser i jakieś pudełeczko.
-Nie… Tylko ten… Ja… Pójdę się poprawić. Toaleta jest tam?
-Tak. Korytarzem prosto, a potem w prawo.
-Ok. Zaraz wracam- uśmiechnęłam się zażenowana.
To był ostatni możliwy moment, a przynajmniej tak mi się wydawało. Weszłam do toalety i aż przystanęłam zaciekawiona. Cała w jasnym marmurze i podzielona na dwie części wielkim akwarium. Nie zajmowałam się nim dłużej tylko od razu wysypałam całą zawartość torebki do umywalki. Odnalazłam właściwe części, poskładałam, powciskałam tak jak mi kazali to zrobić. Zdjęłam trampki i wydobyłam z nich ostatnie z części. Potem poprawiłam zasobnik przymocowany pod sukienką do ud i brzucha i już miałam wychodzić, kiedy jeszcze na wszelki wypadek naprawdę się „poprawiłam”. Psiknęłam się parę razy specjalnymi perfumami, których w ostatnim momencie dostarczyła mi agent Jessica i pośpiesznie wyszłam z łazienki. Zamiast jednak skręcić i wrócić do Jonathana poszłam na wprost, do drzwi od gabinetu jego ojca. Już w łazience użyłam „wyciszacaza”, który zakłócał pracę kamer, więc na spokojnie zaczęłam włamywać się do pomieszczenia. Wystarczyło, że włożyłam do zamka specjalną maszynkę zwaną „kluczem uniwersalnym” i trochę poczekałam. Kiedy wreszcie kliknęło na znak odbezpieczenia, w głowie zabrzęczał mi już dobrze znany dzwoneczek. Doskoczyłam przed ogromne lustro zawieszone na ścianie starając się szybko upchnąć wszystko z powrotem pod sukienkę, ale i tak chłopak przyłapał mnie z rękami pod ubraniem, więc zrobiłam jedyne, co w takiej sytuacji mogłam. Udałam, że go nie zauważyłam i nadal spokojnie poprawiałam pończochy. Oczywiście starając się włożyć w to tyle dziewczęcości i uroku ile dałam radę. Potem sięgnęłam do torebki po szminkę. Co do tego… Nie miałam wyboru. Czas naglił i wprawdzie zawahałam się, ale jednak nie było innego wyjścia. Delikatnym ruchem nałożyłam szminkę, a potem poprawiłam włosy i wreszcie odwróciłam się, by udać zakłopotaną i zaskoczoną.
Nie do końca musiałam udawać. W lustrze widać było tylko zarys Jonathana, ale stojąc naprzeciwko jego… zauroczenie aż biło po oczach. Nie wiem jak, ale prawie słyszałam przyspieszone tętno i bicie serca. W oczach miał takie same iskry jak na balu i choć starał się je usilnie schować, to jednak było dość widoczne to, o czym może myśleć.
-Przepraszam, ale musiałam zatrzymać się przy tym lustrze- uśmiechnęłam się nieśmiało i zbliżyłam do niego.
-Nie… nie szkodzi. To… ten… może… - zająknął się chłopak, ale w końcu odsunął się i wróciliśmy do pokoju.
Jonathan zdążył zapalić świece, i klimat był naprawdę przyjemny, a deserem okazało się ciasto czekoladowe z truskawkami więc po chwili znów trochę się zapomniałam. Upomniałam się kiedy zobaczyłam jak chłopak się zachowuje. Wcześniej był bardziej wyluzowany, teraz uważniej mi się przyglądał, był jakby dalej i chyba on też usilnie starał się nad sobą zapanować. Zaczynało robić się cicho, a tego żadne z nas nie chciało, więc zagadnęłam najgłupiej jak umiałam, a rozmowa przeszła na dość osobisty teren. Przez cały czas wydawało mi się, że musze coś powiedzieć i jakby czułam, że jestem mu coś winna, więc chyba sama doprowadziłam do jego pytania.
-Dlaczego nie chciałaś oglądać horroru? Co się wtedy stało?
-Wiesz… to przez pewien raz… kiedyś… w sumie nie tak dawno… Chyba powinnam ci powiedzieć… Pamiętasz Amandę? Tą co cię tak wyzywała, wtedy? Jest moją najlepszą przyjaciółką i wiele jej zawdzięczam. Zawsze bardzo mi pomagała, a w szczególności jak wreszcie tutaj wróciłam. Jakiś czas temu znalazła sobie nowego chłopaka i postanowiła zorganizować dla nas „podwójną randkę”.
Jonathan zamierzał o coś zapytać, ale ubiegłam go odpowiedzią.
-Nie, nigdy nie miałam chłopaka. Amanda umówiła mnie w ciemno z kuzynem tamtego gościa i razem wybraliśmy się do kina.
-Na horror?
-Tak. Na horrorach zawsze strasznie się boję i staram się ich ogólnie unikać, ale na początku było nawet fajnie. Tylko, że potem zrobiło się zbyt… nie ważne. Wyrwaliśmy się z tego kina w połowie maratonu i poszliśmy na miasto. Było romantycznie… A przynajmniej do momentu w którym on mnie nie pocałował.
-Całowaliście się…- w głosie chłopaka czuć było lekkie zawiedzenie.
-Niestety tak. Teraz bardzo tego żałuję. Wiesz… kiedy on mnie pocałował, to myślałam, że mam szczęście. Zawsze byłam sama, nikt nigdy się mną nie interesował… I nagle ktoś mnie polubił! Każda dziewczyna na moim miejscu czułaby tak samo. Tylko że mój chłopak okazał się nikim więcej jak wstrętną świnią. Bo byłam tylko kimś mało dla niego znaczącym. Zdradził ze mną swoją dziewczynę.
-Miał dziewczynę?
-Yhm… Ładna blondynka… Staliśmy na rynku, a ona do nas podeszła. Wrzeszczała na niego, a ja… nie wiedziałam co mam zrobić… Wiesz… nie powiedziałam tej dziewczynie, że byłam wtedy z tym chłopakiem, tylko oszukałam ją udając, że to był przypadek… i tak dalej.
-Uratowałaś go?!
-Tak. Uratowałam go…- odsunęłam się od chłopaka i odwróciłam wzrok.
Czułam się tak, jakbym miała się rozpłakać, a jednocześnie zacząć śmiać. Nie chciałam niczego popsuć. Chwilę trwaliśmy w ciszy. Żadne z nas nie wiedziało co więcej powiedzieć. A wtedy on opowiedział mi o tym jak zawsze chciał być rycerzem. Nie wiem dlaczego, ale kiedy tak mówił, to uświadomiłam sobie, że… że nie chcę go okradać. Nie chcę go oszukiwać. Chwile z nim spędzone były naprawdę piękne, a ja miałam wszystko zepsuć, bo… bo to było kłamstwo. To wszystko przecież było kłamstwo! Ja byłam kłamstwem! Charlotte Blank nie istniała…
 -Uwierz mi Charli! Chcę być rycerzem. Dla ciebie, Charli…  
Spojrzałam na niego i poczułam… coś. A potem zrobiłam coś okropnego. Zbliżyłam się… bardzo się zbliżyłam, spojrzałam mu w oczy i wyszeptałam:
-Bądź moim rycerzem, Jonathanie.
I pocałowałam go… A on odwzajemnił to, co mu podarowałam. Nadal siedząc na podłodze nie myśleliśmy  o niczym, tylko o sobie. Chłopak odsunął stół, wziął mnie delikatnie, ale stanowczo w ramiona i położył na dywanie. Objął mnie i poczułam jego ciało. Całował mnie w usta… tak namiętnie, że nie mogłabym tego opisać nawet gdybym chciała. Zaciągnął się moimi perfumami, odważył się położyć dłoń na moim udzie. Sama go przyciągnęłam. Uśmiechnęłam i spojrzałam na niego wyzywająco. Złączyliśmy się w długim, rozkosznym pocałunku.
-Jesteś taka piękna… niesamowita… cudowna… fantastyczna… -szeptał pomiędzy pocałunkami, wodząc dłońmi po moim ciele. Nie był nachalny, wcale nie brutalny. Jego dotyk był… przyjemny. Choć delikatny, zachował w sobie moc, a ja chętnie się z nią mierzyłam. Zdjęłam z niego koszulę. On prawie się mną zachłysnął, tak bardzo mnie pożądał. Rozdarłam na nim koszulkę, bo nie mogłam jej z niego zdjąć i uśmiechnęłam tryumfalnie. Teraz ja się nad nim pochylałam. Podobało mu się to. Widział, że też pragnę jego ciała. Przejechałam dłońmi po jego brzuchu, wyczułam napinające się mięśnie.
-Uwielbiam cię…- wyszeptał, a potem pocałował… ostatni raz. 

 Jak tylko dotknął moich ust, wpływ na niego miałam nie tylko ja, ale też specyfik usypiający w szmince. Nie mogłam nie dać mu tego wspomnienia, więc kiedy opadał bez sił nadal namiętnie go całowałam. Zajęło mi chwilę doprowadzenie się do porządku, ale musiałam się spieszyć. Nie wiedziałam jak długo może działać szminka. Zebrałam się więc i wreszcie wtargnęłam do gabinetu. Bez problemu znalazłam skrzynkę, której potrzebowałam. Podłączyłam urządzenie do komputera i box`a. To jak wydobyłam dane ledwo pamiętam. Nie pamiętam też ile mi to zajęło. Zdobyłam… ukradłam to czego potrzebowałam. Dalej sprawy potoczyły się inaczej. Lex przekazał doradcom Meklera informacje o mnie. Zakłamane informacje, w których historia opowiedziana Jonathanowi w ogrodzie była prawdziwa, ale nie dokończona. Według nich polityczne sprawy mnie dotyczące były bardziej skomplikowane niż mogłabym to sama wymyślić, a wszystko sprowadzało się do tego, że mogłam być w prawie 100% podwójnym agentem walczącym w przeciwnej drużynie. O tym co dokładnie było w moich aktach nie wiedziałam. Lex zajął się nimi jednak wystarczająco dobrze, że doradca Jonathana tak bardzo wystraszył się o wielką sprawę rodziny Meklerów i własny tyłek, że postawił całą brygadę ochroniarską na nogi. To, że chłopak wcześniej sam ją odwołał jeszcze bardziej utwierdziło wszystkich ważniaków w tym, że jestem „ta zła” i trzeba się mnie pozbyć. Koniec końców wylądowałam w sali przesłuchań pod bacznym wzrokiem Lexa, Jonathana, jego doradców, dowódcy jego goryli  i wysłanników jego ojca. Po ciężkim dniu przesłuchań wszyscy jednogłośnie skazali mnie, jako winną. Mówię wszyscy, bo przyszedł bezpośredni rozkaz od ojca Jonathana, żeby jego syn nie uczestniczył w niczym, co będzie mnie związane. Jego słowo się nie liczyło, nie miał prawa mnie już nigdy więcej zobaczyć. I właśnie w tym momencie Lex powinien wieźć mnie czarnym vanem na stracenie, ale… no właśnie. 

Sprawy się skomplikowały. Lex nie do końca był wiarygodny, a Mekler mu nie ufał, więc Lex musiał wykończyć mnie na wizji, w obecności szefa goryli. Myślałam, że się nie zgodzi. Albo, że wyśle kogoś, żeby mnie uratował. Pomyliłam się. Bez mrugnięcia okiem najemnik powalił mnie na ziemię. I tak, mogłabym mu oddać, ale… nie mogłam. Taki miał być plan. Sama dobrze wiedziałam, że to konieczna zmiana. Musiałam udawać do końca. Wciąż w sukience... Pobił mnie, a potem wyciągnął spluwę. Kula z „Desert Eagle 5.0” powinna była przedziurawić mnie na wylot. Lex celował trochę na lewo od serca, bliżej mostka, a więc zablokowałam ją prawie w połowie. Potok krwi wylał się ze mnie tak widowiskowo, że ostatniego tchnienia udawać nie musiałam. Po tym zapakowali mnie w czarny worek i wrzucili do auta. Jonathan… Jonathan musi o mnie zapomnieć. Nie wiem czy będzie mu trudno… może nie. Może wspomni to tak jak przez senną mgłę. Życzyłabym mu tego. Ale przecież ja nie żyję. Charlotte Blank zginęła... 


Od kuli w sercu wykrwawiała się natomiast całkiem realnie Julia Nowak.
Taa. Ofiara losu ze mnie…. 

3 komentarze:

  1. Powiem tak - żałuję, że tak długo zwlekałam z czytaniem. Te kilka rozdziałów, które przeczytałam byłyna nnaprawdę świetne.
    Tak, jak mówiłam, najbardziej spodobał mi się ten tekst:
    "O mój Boże! Co za koszmar! Nie! Co za obżydlistwo! Ten materiał, kolor! Brak stylu. Koszmar. OMG! Dżizas! Weźcie to ochydztwo sprzed my eyes! UGH!"
    Tak ... To zdecydowanie najpiękniejszy tekst Ever ...
    Tak samo rozwalila mnie ta sytuacja, jak Leksik podjechał pod szkołę.
    Ale szczytem wszystkiego są opisy flirtu i ten opis z tego rozdziału. Zapamiętam na przyszłość, że nigdy nie będę w ciebie wątpić. Do jakiegoś czasu sądziłam, że nigdy nie przeczytam takich fragmentów u ciebie w opowiadaniu. Myliłam się. To w jaki sposób odpisałaś ten namiętny pocałunek jest po prosty ... wow.

    Prosiłas o konstruktywna krytykę. Jeśli bardzo Ci na tym zależy, to wpisze ci parę uwag ...
    Postaraj się czytać swoje posty więcej razy przed wystawieniem. Unikniesz w ten sposób wielu zjedzonych głosek, czasem wyrazów i nie logicznych, bądź niepoprawnie stworzonych zdań, które się czasem tutaj pojawiają. To kwestia pisania.
    Co do samej treści, nie mam zbytnio uwag. Bardzo mi się podoba długość tego ostatniego rozdziału. Post jestdłuższy, ale to dzięki bardziej rozbudowanym opisom. W poprzednich rozdziałach czasem ich brakuje. Są one krótkie ale strasznie treściwe. Czasem po prostu brakuje tych elementów, dzięki którym czytelnik może jeszcze bardziej wciągnąć się w historię.
    Piszesz w naprawdę świetny sposób z dużą dawką humoru. Jeśli popracujesz nad tymi opisami, co wyszło ci właśnie w ostatnim rozdziale, to zblizysz się do perfekcji, bo jej jeszcze nikt nie osiągnął ;)

    Swoją drogą nie podoba mi się zakończenie. To znaczy jest ono świetnie napisane. Problem w tym, że będę musiała długo czekać na wyjaśnienie tak ważnej kwestii jak umieranie głównej bohaterki. Weź no się spręż bo się naprawdę wykrwawisz ... I To jeszcze przez Lexa ... Szczur wszystkiego.

    dobra, to tyle z mojej strony dzisiaj ;)
    Teraz czytam na bieżąco.
    Życzę weny i czekam na nn
    ściskam mocno :*
    ~ Alex ♡_♡

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ps. To zdecydowanie najdłuższy mój komentarz na tym blogu xD

      Usuń
    2. Dziękuję :)
      Nie spodziewałam się, że aż tak ci się spodoba! Na prawdę. Dzięki,że zwróciłaś uwagę na te błędy, bo rzeczywiście, (aż wstyd się przyznać) nigdy nie czytam postów przed wystawieniem.
      Mam nadzieję, że nie będziesz długo czekać na dalszą historię ;)
      Heh. Do przeczytania :D
      ~Totalna Ofiara Losu

      PS: Nie wiesz jak trudno było mi napisać ten romantyczny moment XD

      Usuń

Komentarze motywują :)