Na zewnątrz
czekała na nas krótka czarna limuzyna.
Jessica
otworzyła mi drzwi i wsiadła zaraz za mną. W środku było nawet przyjemnie, tylko
czułam się trochę skrępowana wzrokiem agentki. Miałyśmy ze sobą spędzić trochę
czasu i głupio byłoby tak się na siebie boczyć, więc odezwałam się pierwsza i
przeprosiłam ją za to, co stało się w restauracji. Widziałam jak po tych
słowach kobieta trochę się rozluźniła. Była szczupłą blondynką o pełnych ustach
i długich pofalowanych włosach. Wydawała się być już dorosła, a jednak czułam,
że może uda nam się dogadać.
-A więc co
będziemy dzisiaj robić?- zapytałam przechodząc na tryb „lubię ludzi”.
Kobieta
spojrzała na plik kartek i odłożyła z obrzydzeniem na bok. Z czerwonej torebki
wyciągnęła za to smartfon wielkości cegły i zajęła się stukaniem palcami o
szybkę.
-O 18:00
umówiłam cię na zbieranie miary u Sir Nicholas`a.
-Zbieranie
miary? Jak u krawca?
-Nie wiesz?-
Jessica oderwała się od telefonu.
-Teraz już
nie. Chyba zgłupiałam.
-No cóż.
Jakby to powiedzieć… każda kobieta ma inny rozmiar biustu, bioder, długość nóg
i tak dalej. Stylistki potrzebują twoich wymiarów, żeby wszystko przygotować…
Naprawdę nigdy na czymś takim nie byłaś?
-Zwykle
kupuję ubrania w centrach handlowych. Czy to źle?
-Nie mogę w
to uwierzyć… Nigdy nie byłaś w „Malince”?
-To jakaś
kawiarnia?
Rozmowa
między nami zaczynała nabierać tępa. Po agentce widać było, że dawno nie
rozmawiała z kimś po kobiecemu i chce się wygadać. Tym lepiej było dla mnie, bo
może przy okazji dowiedziałabym się czegoś ważnego.
-„Malinka”
to miejsce, do którego chodzi każda szanująca się kobieta!- prawie wybuchła
tamta, a mnie zrobiło się głupio.
Dopiero
teraz zrozumiałam jak dziecinna i niedoświadczona jestem, oraz jak mało znam
życia. Jessica musiała zauważyć rumieniec wstydu na moich policzkach, bo
zająknęła się i zamilkła z przepraszającym wzrokiem.
-To nic
takiego. Musisz mi zatem wszystko pokazać i objaśnić, bo boję się, że wyjdę na
totalną wieśniaczkę- uśmiechnęłam się do niej.
-Jak sobie
tego życzysz, panno Gwiazdko- odpowiedziała uśmiechem.
-Ale proszę,
nie mów tak do mnie. Wystarczy Julia.
-Dobrze. Czy
mogę najpierw zapytać, jaka jest twoja wiedza… w tych tematach?
Kiedy jej
wytłumaczyłam, że tak naprawdę to jestem całkiem świeża w tym biznesie, a
przynajmniej polskim, bo (tu mocno naściemniałam) pochodzę z Australii, a pół
życia spędziłam w Irlandii, to prawie zachłysnęła się ze szczęścia, że wreszcie
będzie mogła się komuś pochwalić swoją wiedzą i umiejętnościami.
Zanim
dotarłyśmy na miejsce zdążyła mi już opowiedzieć o rodzajach balów i przyjęć,
najlepszych restauracjach, stylach i modzie i jeszcze paru innych rzeczach,
przy czym mało co z tego zapamiętałam. Za to teraz byłyśmy już na ty. A
przynajmniej trochę bardziej niż na początku.
Sir
Nichola`s miał bardzo dobry gust, sądząc po fasadzie budynku i tym, co
znajdowało się na wystawie jego sklepu. W eskorcie dwóch ubitych w czarnych
garniturach goryli weszłyśmy do środka, a ja oniemiałam. Sklep był cudowny!
Trzypiętrowy, z różową podłogą i fioletowymi pufami pomiędzy wielgachnymi
regałami i wieszakami z ubraniami. Zaraz przy wejściu znajdowała się obita w
czerwono-różowy atłas lada, na której stały półmiski z babeczkami i zestaw do
przyrządzania herbaty. Powitały nas aż trzy trzepocące brwiami i zarzucające
włosami w każdą stronę ekspedientki, wyglądające jak rodem wyjęte z filmu o
latach 50. Nie na nie zwróciłam największą uwagę, a różnorodność kolorów,
materiałów i fasonów ubrań. Na parterze były wszystkie kobiece rzeczy
poczynając na dżinsach, a kończąc na bufiastych spódnicach, przy czym wyglądały
na te „na co dzień”, a przynajmniej przy różnicy z pierwszym piętrem, a więc
działem sukni balowych i przyjęciowych. Tiaa. Niestety to nie koniec. Kolejne
piętro, to bielizna. Szeroko pojęta bielizna. A końcowe, jako wisienka na
torcie, buty. Przy czym chyba nie mają wszystkich modeli (mówię o glanach).
Patrzyłam na
wszystko z rozdziawioną buzią, kiedy zza jednego z wieszaków wyskoczył…. nie…
wychłysnął… wysunął się… wyszedł…. !? Em. Nie wiem jak to nazwać. Mniejsza z
tym. Po prostu w pewnym momencie znalazł się przede mną bardzo dziwny człowiek.
To na pewno był mężczyzna, ale… Czy zwyczajny mężczyzna nosi różowy garnitur,
fioletowe lakierki, białe futro w cętki i włosy w kolorze czerwieni i blond
brodę jak u drwala? Osobno raczej nie nosi, więc na pewno nie jednocześnie, a
tak właśnie nosił się ten mężczyzna. Normalny to on na pewniaka nie był. I te
nienaturalnie zielone oczy! Wow. Całe życie z wariatami…
Wracając do
tematu. Nie lubię osób, które oceniają innych po wyglądzie. Myślałam, że ten „pobór
miary” będzie jakiś dyskretny, a ten wstrętny facet zjechał mnie od razu od góry do
dołu!
-O mój Boże!
Jaki koszmar! Nie! Co za obrzydlistwo! Ten materiał, kolor! Brak stylu.
Koszmar. OMG! Dżizas! Weźcie to ohydztwo sprzed my eyes! UGH!
Facet
najnormalniej w świecie odpędził mnie tym swoim trzepotliwym ruchem łapsk i
odwrócił się ostentacyjnie plecami. Ręce mi opadły, a plecak spadł z tąpnięciem
na ziemię. Jeszcze nigdy nikt tak koszmarnie mnie nie zhejtował. Czułam się
okropnie. Odniosłam wrażenie, że ten świr potraktował mnie bardziej jako
brzydką zabawkę, niż kobietę. No ale jeśli on na serio ma mnie doprowadzić do
lśnienia, a ja na serio jestem aż tak brzydka, to nie dziwię się, że się tak
zirytował.
-Nie
przejmuj się,- usłyszałam szept za sobą- będzie dobrze. Nicholas lubi wyzwania.
Agentka
minęła mnie i odciągnęła Nicholasa na bok. Nie słyszałam ich rozmowy, bo
świegocące asystentki zaciągnęły mnie do przymierzalni. A raczej rozbieralni.
Przy czym muszę powiedzieć, że poszło nam całkiem szybko. Kobiety same ściągały
ze mnie ubrania, więc nawet palcem nie kiwnęła, a one już wyobracały mnie i stałam
sobie w samych majtkach otoczona przez malutki, różowy tłumek. No właśnie. Nie
miałam gdzie się schować, bo znajdywałyśmy się w oddzielonej parawanem części sklepu.
Tej środkowej części, a parawan sięgał mi do tylko do poziomu nosa, a więc
widziałam dwóch goryli bacznie przyglądających się wszystkiemu spod ciemnych
szkieł i gorączkowo rozmawiających ze sobą Jess i Nicholasa. Mężczyzna nie był
z czegoś zadowolony, ale agentka pokazała mu coś w telefonie i nagle jego postawa
cała się zmieniła. Tak działa tylko pieniądz! Kiedy już trochę postałam
ukrywając swój biust, to świr w różu uznał iż jestem godna jego usług i klaśnięciem
dał znak asystentkom, że mogą zaczynać.
Nie życzę
wam tego, co przeżyłam. Trzy pary rąk cały czas dotykające mojego ciała, żeby mnie
zmierzyć. Może i wszystko stało się szybko, a ich metry latały wokół mnie i
opasywały moje części ciała jak prawdziwe boa dusiciele, ale nie było to
wystarczająco przyjemne, by o tym zapomnieć. Asystentki zmierzyły mi długość
palców u stóp, szerokość nadgarstków, odległość oczu od środka twarzy, a nawet
wielkość uszu. A kiedy już skończyły, to zakręciły mnie jeszcze wokół własnej
osi. Złapać równowagę z rękami przyciśniętymi do ciała jest trochę trudno.
-Yhm. A więc
dobrze. Wykresiki proszę!- Nicholas wszedł za parawan stając ze mną twarzą w
twarz.
Musiałam się
okropnie zaburaczyć na twarzy, bo moje kości policzkowe, aż czuły płomienie
wstydu.
Paniusia
podała szefowi jakieś zapiski, które ten dogłębnie przestudiował wspomagając
się przenikliwym zerkaniem na mnie.
-Dlaczego
ona tak stoi? No ruchy! Czego ja was uczyłem? Z uśmiechem, moje panie!
I nagle oni
wszyscy zaczęli się śmiać. Jakby ten świr właśnie powiedział coś bardzo
zabawnego. A ja nie rozumiałam o co im chodzi. Wbiłam wzrok w podłogę i dałam
się zaciągnąć gdzieś tam.
Okazało się,
że to gdzieś tam, to była specjalnie przygotowana łaźnia. W dziesięć minut
byłam tak wyglancowana, że nawet lepiej niż bobas. Odlot!
A potem zaczęło
się przymierzanie. Poszliśmy po bieliznę. Tak dobrze dopasowane stanika nigdy
nie miałam. Jessica wpisała na listę wydatków tylko trzy, ale po wspólnych
konsultacjach namówiłam ją na dwa razy więcej. To samo z rajstopami (chyba w
każdy możliwy wzór) i resztą. Udało mi się wyciągnąć od agentki dwa razy więcej
wszystkiego.
Następne
musiałam przymierzyć „ciuchy na co dzień”. Seria spódniczek i obcisłych topów
bardzo mi nie pasowała, ale w końcu doszliśmy do porozumienia i na listę znowu
trafiło więcej rzeczy niż było w umowie. Co kupiłyśmy? Płaszczyk od Saint
Laurenta. Czarne spodnie z suwakami na
kolanach, top Black Lebel, czarny crop top i sukienkę z długimi rękawami od Zuo
Corp+. Parę ciuchów od Diesiel Black Gold (świetne buty zapinane na klamry). I jeszcze trochę. Większość
rzeczy odrzucałam (przecież mogłam, nie?), bo mi się naprawdę nie podobały.
Niektóre wyglądały jak zwykłe szmaty, które nie wiadomo jak trzeba nosić, a
reszta była zbyt wyzywająca i nie w moim stylu. Zanim wyszłyśmy, agentka
zapłacić musiała również za sukienkę na bal i dodatki do niej. Muszę wam
powiedzieć, że na sukienkę, to akurat prawie się rzuciłam. Nicholas podawał
swoim asystentkom coraz to nowe pusto blondynowe ubrania, a ja już mechanicznie
dawałam je na siebie założyć. I nagle, jak kolejny raz musiałam powiedzieć nie,
a Sir Nicholas zaczął wyrywać sobie włosy z głowy, zobaczyłam ją na samym końcu
wieszaka. Wisiała samotnie, zapomniana. Musiałam ją przymierzyć! A kiedy już ją
włożyłam, to wiedziałam, że jest idealna.
A i tak
dzień uważam za jeden z bardziej męczących. Do domu wróciłam bardzo późno i od razu poszłam spać. Całe zakupy zostały w "bzie głównej", do której nie miałam dostępu. A jutro normalny, szkolny dzień.
Chyba czwartek...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze motywują :)