czwartek, 1 października 2015

90 Futro w cętki



Na zewnątrz czekała na nas krótka czarna limuzyna.
Jessica otworzyła mi drzwi i wsiadła zaraz za mną. W środku było nawet przyjemnie, tylko czułam się trochę skrępowana wzrokiem agentki. Miałyśmy ze sobą spędzić trochę czasu i głupio byłoby tak się na siebie boczyć, więc odezwałam się pierwsza i przeprosiłam ją za to, co stało się w restauracji. Widziałam jak po tych słowach kobieta trochę się rozluźniła. Była szczupłą blondynką o pełnych ustach i długich pofalowanych włosach. Wydawała się być już dorosła, a jednak czułam, że może uda nam się dogadać.
-A więc co będziemy dzisiaj robić?- zapytałam przechodząc na tryb „lubię ludzi”.
Kobieta spojrzała na plik kartek i odłożyła z obrzydzeniem na bok. Z czerwonej torebki wyciągnęła za to smartfon wielkości cegły i zajęła się stukaniem palcami o szybkę.
-O 18:00 umówiłam cię na zbieranie miary u Sir Nicholas`a.
-Zbieranie miary? Jak u krawca?
-Nie wiesz?- Jessica oderwała się od telefonu.
-Teraz już nie. Chyba zgłupiałam.
-No cóż. Jakby to powiedzieć… każda kobieta ma inny rozmiar biustu, bioder, długość nóg i tak dalej. Stylistki potrzebują twoich wymiarów, żeby wszystko przygotować… Naprawdę nigdy na czymś takim nie byłaś?
-Zwykle kupuję ubrania w centrach handlowych. Czy to źle?
-Nie mogę w to uwierzyć… Nigdy nie byłaś w „Malince”?
-To jakaś kawiarnia?
Rozmowa między nami zaczynała nabierać tępa. Po agentce widać było, że dawno nie rozmawiała z kimś po kobiecemu i chce się wygadać. Tym lepiej było dla mnie, bo może przy okazji dowiedziałabym się czegoś ważnego.
-„Malinka” to miejsce, do którego chodzi każda szanująca się kobieta!- prawie wybuchła tamta, a mnie zrobiło się głupio.
Dopiero teraz zrozumiałam jak dziecinna i niedoświadczona jestem, oraz jak mało znam życia. Jessica musiała zauważyć rumieniec wstydu na moich policzkach, bo zająknęła się i zamilkła z przepraszającym wzrokiem.
-To nic takiego. Musisz mi zatem wszystko pokazać i objaśnić, bo boję się, że wyjdę na totalną wieśniaczkę- uśmiechnęłam się do niej.
-Jak sobie tego życzysz, panno Gwiazdko- odpowiedziała uśmiechem.
-Ale proszę, nie mów tak do mnie. Wystarczy Julia.
-Dobrze. Czy mogę najpierw zapytać, jaka jest twoja wiedza… w tych tematach?
Kiedy jej wytłumaczyłam, że tak naprawdę to jestem całkiem świeża w tym biznesie, a przynajmniej polskim, bo (tu mocno naściemniałam) pochodzę z Australii, a pół życia spędziłam w Irlandii, to prawie zachłysnęła się ze szczęścia, że wreszcie będzie mogła się komuś pochwalić swoją wiedzą i umiejętnościami.
Zanim dotarłyśmy na miejsce zdążyła mi już opowiedzieć o rodzajach balów i przyjęć, najlepszych restauracjach, stylach i modzie i jeszcze paru innych rzeczach, przy czym mało co z tego zapamiętałam. Za to teraz byłyśmy już na ty. A przynajmniej trochę bardziej niż na początku.
Sir Nichola`s miał bardzo dobry gust, sądząc po fasadzie budynku i tym, co znajdowało się na wystawie jego sklepu. W eskorcie dwóch ubitych w czarnych garniturach goryli weszłyśmy do środka, a ja oniemiałam. Sklep był cudowny! Trzypiętrowy, z różową podłogą i fioletowymi pufami pomiędzy wielgachnymi regałami i wieszakami z ubraniami. Zaraz przy wejściu znajdowała się obita w czerwono-różowy atłas lada, na której stały półmiski z babeczkami i zestaw do przyrządzania herbaty. Powitały nas aż trzy trzepocące brwiami i zarzucające włosami w każdą stronę ekspedientki, wyglądające jak rodem wyjęte z filmu o latach 50. Nie na nie zwróciłam największą uwagę, a różnorodność kolorów, materiałów i fasonów ubrań. Na parterze były wszystkie kobiece rzeczy poczynając na dżinsach, a kończąc na bufiastych spódnicach, przy czym wyglądały na te „na co dzień”, a przynajmniej przy różnicy z pierwszym piętrem, a więc działem sukni balowych i przyjęciowych. Tiaa. Niestety to nie koniec. Kolejne piętro, to bielizna. Szeroko pojęta bielizna. A końcowe, jako wisienka na torcie, buty. Przy czym chyba nie mają wszystkich modeli (mówię o glanach).
Patrzyłam na wszystko z rozdziawioną buzią, kiedy zza jednego z wieszaków wyskoczył…. nie… wychłysnął… wysunął się… wyszedł…. !? Em. Nie wiem jak to nazwać. Mniejsza z tym. Po prostu w pewnym momencie znalazł się przede mną bardzo dziwny człowiek. To na pewno był mężczyzna, ale… Czy zwyczajny mężczyzna nosi różowy garnitur, fioletowe lakierki, białe futro w cętki i włosy w kolorze czerwieni i blond brodę jak u drwala? Osobno raczej nie nosi, więc na pewno nie jednocześnie, a tak właśnie nosił się ten mężczyzna. Normalny to on na pewniaka nie był. I te nienaturalnie zielone oczy! Wow. Całe życie z wariatami…
Wracając do tematu. Nie lubię osób, które oceniają innych po wyglądzie. Myślałam, że ten „pobór miary” będzie jakiś dyskretny, a ten wstrętny facet zjechał mnie od razu od góry do dołu!
-O mój Boże! Jaki koszmar! Nie! Co za obrzydlistwo! Ten materiał, kolor! Brak stylu. Koszmar. OMG! Dżizas! Weźcie to ohydztwo sprzed my eyes! UGH!
Facet najnormalniej w świecie odpędził mnie tym swoim trzepotliwym ruchem łapsk i odwrócił się ostentacyjnie plecami. Ręce mi opadły, a plecak spadł z tąpnięciem na ziemię. Jeszcze nigdy nikt tak koszmarnie mnie nie zhejtował. Czułam się okropnie. Odniosłam wrażenie, że ten świr potraktował mnie bardziej jako brzydką zabawkę, niż kobietę. No ale jeśli on na serio ma mnie doprowadzić do lśnienia, a ja na serio jestem aż tak brzydka, to nie dziwię się, że się tak zirytował.
-Nie przejmuj się,- usłyszałam szept za sobą- będzie dobrze. Nicholas lubi wyzwania.
Agentka minęła mnie i odciągnęła Nicholasa na bok. Nie słyszałam ich rozmowy, bo świegocące asystentki zaciągnęły mnie do przymierzalni. A raczej rozbieralni. Przy czym muszę powiedzieć, że poszło nam całkiem szybko. Kobiety same ściągały ze mnie ubrania, więc nawet palcem nie kiwnęła, a one już wyobracały mnie i stałam sobie w samych majtkach otoczona przez malutki, różowy tłumek. No właśnie. Nie miałam gdzie się schować, bo znajdywałyśmy się w oddzielonej parawanem części sklepu. Tej środkowej części, a parawan sięgał mi do tylko do poziomu nosa, a więc widziałam dwóch goryli bacznie przyglądających się wszystkiemu spod ciemnych szkieł i gorączkowo rozmawiających ze sobą Jess i Nicholasa. Mężczyzna nie był z czegoś zadowolony, ale agentka pokazała mu coś w telefonie i nagle jego postawa cała się zmieniła. Tak działa tylko pieniądz! Kiedy już trochę postałam ukrywając swój biust, to świr w różu uznał iż jestem godna jego usług i klaśnięciem dał znak asystentkom, że mogą zaczynać.
Nie życzę wam tego, co przeżyłam. Trzy pary rąk cały czas dotykające mojego ciała, żeby mnie zmierzyć. Może i wszystko stało się szybko, a ich metry latały wokół mnie i opasywały moje części ciała jak prawdziwe boa dusiciele, ale nie było to wystarczająco przyjemne, by o tym zapomnieć. Asystentki zmierzyły mi długość palców u stóp, szerokość nadgarstków, odległość oczu od środka twarzy, a nawet wielkość uszu. A kiedy już skończyły, to zakręciły mnie jeszcze wokół własnej osi. Złapać równowagę z rękami przyciśniętymi do ciała jest trochę trudno.
-Yhm. A więc dobrze. Wykresiki proszę!- Nicholas wszedł za parawan stając ze mną twarzą w twarz.
Musiałam się okropnie zaburaczyć na twarzy, bo moje kości policzkowe, aż czuły płomienie wstydu.
Paniusia podała szefowi jakieś zapiski, które ten dogłębnie przestudiował wspomagając się przenikliwym zerkaniem na mnie.
-Dlaczego ona tak stoi? No ruchy! Czego ja was uczyłem? Z uśmiechem, moje panie!
I nagle oni wszyscy zaczęli się śmiać. Jakby ten świr właśnie powiedział coś bardzo zabawnego. A ja nie rozumiałam o co im chodzi. Wbiłam wzrok w podłogę i dałam się zaciągnąć gdzieś tam.
Okazało się, że to gdzieś tam, to była specjalnie przygotowana łaźnia. W dziesięć minut byłam tak wyglancowana, że nawet lepiej niż bobas. Odlot!
A potem zaczęło się przymierzanie. Poszliśmy po bieliznę. Tak dobrze dopasowane stanika nigdy nie miałam. Jessica wpisała na listę wydatków tylko trzy, ale po wspólnych konsultacjach namówiłam ją na dwa razy więcej. To samo z rajstopami (chyba w każdy możliwy wzór) i resztą. Udało mi się wyciągnąć od agentki dwa razy więcej wszystkiego.
Następne musiałam przymierzyć „ciuchy na co dzień”. Seria spódniczek i obcisłych topów bardzo mi nie pasowała, ale w końcu doszliśmy do porozumienia i na listę znowu trafiło więcej rzeczy niż było w umowie. Co kupiłyśmy? Płaszczyk od Saint Laurenta. Czarne spodnie z suwakami na kolanach, top Black Lebel, czarny crop top i sukienkę z długimi rękawami od Zuo Corp+. Parę ciuchów od Diesiel Black Gold (świetne buty zapinane na klamry). I jeszcze trochę. Większość rzeczy odrzucałam (przecież mogłam, nie?), bo mi się naprawdę nie podobały. Niektóre wyglądały jak zwykłe szmaty, które nie wiadomo jak trzeba nosić, a reszta była zbyt wyzywająca i nie w moim stylu. Zanim wyszłyśmy, agentka zapłacić musiała również za sukienkę na bal i dodatki do niej. Muszę wam powiedzieć, że na sukienkę, to akurat prawie się rzuciłam. Nicholas podawał swoim asystentkom coraz to nowe pusto blondynowe ubrania, a ja już mechanicznie dawałam je na siebie założyć. I nagle, jak kolejny raz musiałam powiedzieć nie, a Sir Nicholas zaczął wyrywać sobie włosy z głowy, zobaczyłam ją na samym końcu wieszaka. Wisiała samotnie, zapomniana. Musiałam ją przymierzyć! A kiedy już ją włożyłam, to wiedziałam, że jest idealna.
A i tak dzień uważam za jeden z bardziej męczących. Do domu wróciłam bardzo późno i od razu poszłam spać. Całe zakupy zostały w "bzie głównej", do której nie miałam dostępu. A jutro normalny, szkolny dzień.
Chyba czwartek...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze motywują :)