Ale jazda!
Życie tajnej
agentki to fajowa sprawa. Jessica wygadała mi się na różne tematy nie
zachowując żadnej dyskrecji. Punkt dla niej!
Po balu
wróciłyśmy do restauracji będącej naszą bazą wypadową, ale agentka trochę (heh.
„trochę”, ten nadęty buc najwyraźniej próbował ją upić i wykorzystać!) się
spiła, więc kazała mi jechać z nią do jej mieszkania. Nie mogłam odmówić. Nie
miałam serca zostawiać jej samej w takim stanie. Na mnie alkohol wcale nie
podziałał, bo w sumie nic oprócz kieliszka szampana nie wypiłam, a na nią
działał bardzo źle. Nie wiem jak Lex może sobie pozwolić na taki brak
profesjonalizmu, ale zważywszy na mój antyprofesjonalizm i to, że ona jest
chyba tylko sekretarką… nie. Jednak nie rozumiem.
Spędziłam z
nią więc całą noc, aż w południe kazała mnie odwieść. Wielkie dzięki! Rodzice
się całkiem ucieszyli, jak mnie zobaczyli. To że mnie uziemili, to mało powiedziane. Hm... Będę się musiała z domu jakimiś magicznymi sztuczkami wyrywać.
W domu mało
co słuchałam wywodów mamy na temat odpowiedzialności, bo cały czas byłam
myślami przy poniedziałku (sprawdzianie z matematyki i niemieckiego) i przy tym,
jaką strategię wybrać przy kolejnym spotkaniu z Jonathanem. Musiało ono nastąpić
za dość niedługo, żeby chłopak się nie znudził szukaniem mnie. Lexowa Ferajna
miała w tym czasie jak najbardziej go na mnie „napalić”. Nie do słownie i
raczej nie tak, jak wy myślicie. Ich zadaniem miało być podkładanie Jonathanowi
różnych, przypominających mnie rzeczy. Nagle w jego otoczeniu po prostu
znajdzie się mnóstwo niezapominajek, granatowych sukienek, spinek do włosów w
gwiazdki i takich tam. Co do spinek, to te miały odegrać jeszcze jedną rolę, o
której nie za dużo wiem. Są dezintegratorem czegoś… aktywatorem… findinatorem?
Nie wiem. Coś tam miały zrobić. Mniejsza, bo i tak głównym problemem są Goryle
w garniturach będący całodobową obstawą przy Moim Księciu. No… Randka nie
wyjdzie jeśli oni będą cały czas nad nami stać.
A właśnie!
Tak naprawdę, to ja nie wiem, kiedy będzie kolejna randka. Nie mogę wiedzieć,
bo Jonathan ma mnie w niespodziewany sposób odnaleźć i ja mam się zachowywać
wtedy całkiem naturalnie. Co z kolei oznacza, ze codziennie przez najbliższe
nie wiem ile dni mam się zachowywać jak „obyta w towarzystwie”. Jessica, jako
moja najbliższa przyjaciółka, będzie zabierać mnie na miasto, shoping, do kina,
na pokazy mody i gdziekolwiek zapragnę. Ha! To jest akurat najbardziej
pozytywny z pozytywów tej misji. Wszystkie rzeczy, z których korzystam, lub
chociażby dotknę, są moje! I co Lex? Tego się nie spodziewałeś, co? A nie…
Przecież ten idiota podpisał kontrakt. No to ten… Jego pewnie w ogóle nie
obchodzi, że w mojej szafie wisi teraz granatowa sukienka, a jak mi da broń, to
ja ją schowam do specjalnie przygotowanego futerału. Ech. O czym ja mówię…
Nie ważne!
Bądźmy optymistami! Świat jest piękny. Ludzie (i inni) wspaniali. Szkoła jest
super. Totalny luz. No prawie. Moje zdrowie się pogorsza… Nie mówię tutaj o
napadach konwulsji przedśmiertnych, tylko… jakby… trudno to określić. Jakoś
ostatnio czuję się trochę inaczej w swoim ciele niż zwykle. To dziwne, wiem,
ale mówię dosłownie o ciele. Mój wygląd zewnętrzny się zmienił! Nie pytajcie
jak, bo nie wiem i tylko przypuszczam. Myślę, że to może po tym ostatnim cyrku
w lesie, ale to może też być zwyczajne „dorastanie” i bez związku z Ciemną
Stroną Totalnej Ofiary Losu. Może tak, a może nie. Co dokładnie się zmieniło?
Twarz najbardziej. Zrobiła się bardziej wyraźna i zarysowana, jakby mnie ktoś z
obrazka wziął. Potem jeszcze stopy, które nagle są bardziej kształtne. Plus
reszta wszystkiego, czyli nogi, tyłek, brzuch, em, szyja, uszy. Trudno to tak
określić, no! Wyobraźcie
to sobie i zapomnijcie. Ja nadal jestem tą samą Julką, która wyglebiła w pierwszej
klasie przed tablicą na biologii ;)
Wracając.
Niedziela była powolna i strasznie wpadłam w tryb „kujon”, ale jakoś przetrwałam. Jutro
poniedziałek, full school mod i do domciu, a potem zabawa w małą księżniczkę.
Życzcie mi szczęścia! :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze motywują :)