Ależ ze mnie
flirciara!
A może nie…
Może to ten eliksir w drinku działał tak dobrze? Jeśli tak, to Lex zarobi na
nim niezłe pieniądze, bo każda stara panna będzie chciała coś takiego mieć.
Jonathan naprawdę się we mnie zakochał! Wieczór okazał się szybki jak kartkówka
z geografii i zakończył się bardzo romantycznie.
Kiedy
zmęczyliśmy się już tańczeniem, a rozmowy z celebrytkami i książętami biznesu
nam się znudziły, to chłopak zaproponował, że oprowadzi mnie po ogrodzie. Miejsce
było wspaniałe!
Ogród był
jednym wielkim labiryntem podzielonym na cztery części. Każda z nich była inna,
z własną fontanną i szczególnym kwiatem. Sam środek labiryntu był jednak
najpiękniejszy z nich. Miał wysadzaną kamieniami fontannę z aniołami oraz
marmurową ławeczkę podtrzymywaną przez dwa, groźne lwy. Jego kwiatem była krwista róża.
Zaproponowałam
Jonathanowi jedną z wielu dworskich zabaw z XVIw. Jak prawdziwa dama miałam
uciec przed nim w głąb labiryntu, a on miał mnie odnaleźć. Mijałam zakręty i
rozświetlone kwiaty zawsze będąc blisko niego, ale nie dając się złapać. Dobrze
wiedziałam, w która stronę biec, ale pozwoliłam mu się dogonić dopiero na
ostatniej prostej. Uśmiechnęłam się tajemniczo, a on tryumfalnie kiedy znowu
byliśmy blisko siebie.
Usiedliśmy
na marmurowej ławeczce i odetchnęliśmy głęboko podziwiając gwiazdy. Nic nie
mówiliśmy. Wystarczyło nam, że byliśmy blisko. Dopiero po jakimś czasie
odczułam, że zrobiło się chłodno. Jak zwykle mój nos i policzki od razu się
zarumieniły. Sukienka z takim dekoltem nie dawała zbyt dobrego okrycia.
Jonathan zauważył to i z wyczuciem ofiarował mi swoją marynarkę. Kiedy mi ją zakładał
nasze twarze były nagle bardzo blisko siebie. Wyczułam bijące od niego ciepło i
męski zapach jego włosów.
-Dziękuję-
szepnęłam.
-To ja
dziękuję. Bez ciebie bal byłby tylko kolejnym nudnym przyjęciem.
Spojrzeliśmy
sobie w oczy.
-Powiedz,- chłopak
ogarnął się i spojrzał na mnie już bardziej opanowany- jakie kwiaty lubisz
najbardziej?
-Każde,
które ktoś daruje mi od serca. Uwielbiam drobne różyczki i niebieskie
niezapominajki.
-Rozumiem... A twoje ulubione danie?
Spojrzałam
na niego zaciekawiona i lekko zdziwiona.
-Jonathanie,
czy ty próbujesz zaprosić mnie na randkę?- wypaliłam prosto z mostu starając
się włożyć w to tyle dziewczęcego uroku, ile potrafiłam.
-Nie
wychodzi mi, prawda?- zapytał zmieszany.
-Nie jest
tak źle- puściłam mu oczko.
-A więc… Czy
może… Czy dałabyś się zaprosić… -chłopak widocznie nie umiał powiedzieć tego,
co chciał.
-Z chęcią
wybiorę się z tobą na randkę, Jonathanie- powiedziałam i lekko zatrzepotałam
rzęsami.
Noc
rozświetlały gwiazdy, w oddali słychać było kolejną piosenkę odgrywaną przez
orkiestrę.
-Wiesz,
jeszcze nigdy nie spotkałem kogoś tak niesamowitego jak ty- Jonathan patrzył w
niebo zmartwiony.
-Być może ja
wcale nie jestem prawdziwa? Może jestem tylko twoim snem?
-Jeśli tak,
to nie chcę już nigdy się obudzić.
Chłopak
wstał i podszedł do krzewu róży. Pogładził czerwone płatki.
-O czym
myślisz?- zapytałam.
-Nigdy
wcześniej cię nie widziałem. Nigdy nawet nie słyszałem twojego nazwiska.
Doprawdy nie wiem kim jesteś! A jednak…
jednak jesteś tu ze mną, teraz. Dlaczego cię nie znam?
-Czy to aż
tak ważne?- powiedziałam lekko zawiedziona.- Dobrze jednak. Odkryję się przed
tobą.
Spojrzałam
jeszcze raz w gwiazdy i zaczęłam mówić. Opowiedziałam mu o mojej rodzinie, o
tym jak uciekliśmy z kraju, jak krążyliśmy po świecie szukając swego miejsca.
Opowiedziałam o szkole, do której chodziłam, o śmierci matki, złych interesach
ojca. Opowiedziałam jak sama od niego uciekłam, do wujostwa mieszkającego w
Anglii, jak oni mnie przygarnęli i wychowali. Mówiłam długo, cała przepełniona
smutkiem i żalem, jakby ta historia była prawdziwa. I tak, nagle odnalazłam się
płacząca w jego ramionach.
-Przepraszam,
Charlotte. Najmocniej cię przepraszam. Nie powinienem był…
-Nic… Nic
się nie stało. Nie wiem dlaczego zawsze się tak wzruszam. Przecież teraz jest
już inaczej- odsunęłam się od niego stając po drugiej stronie fontanny.
Chłopak
uwierzył we wszystko, co powiedziałam. Nawet nie wahał się w ocenie. To dobrze.
To oznaczało, że był już mój.
-Opowiedziałam
ci o sobie. Może teraz ty powiesz mi coś o tobie?
Uśmiechnęłam
się do niego prawie zawstydzona. Chłopak skrzętnie powiedział to, co już
wiedziałam. Znowu zaczęliśmy rozmawiać o kwiatach i gwiazdach. Znowu usiedliśmy
na ławeczce i, nie wiem nawet kiedy, patrzyliśmy sobie głęboko w oczy.
-Charli?
-Tak,
Jonathanie?
-Jesteś
najpiękniejszą istotą jaką kiedykolwiek widziałem- prawie wyszeptał chłopak.
Zbliżyliśmy
się jeszcze bardziej. Nasze nosy prawie się dotykały. Czułam na sobie jego
wzrok, jego podniecenie moją osobą. Chłopak sięgnął dłonią do mojej szyi.
Przechyliłam głowę…
Ta bajka
niestety tak się nie skończy, moi drodzy! Nawet o tym nie myślcie. Y-ym! Nie.
Nie. Nie. Wiecie, czasami mam wrażenie, że moje życie przechodzi ze skrajności
w skrajność. Potrafię być czarną, przerażającą istotą siejąca grozę i słodką,
niewinną dziewczynką. Ciekawe, która z tych postaci jest tą prawdziwą? No cóż. Tego dnia nie dane nam
było się pocałować, ale to bardzo dobrze. Nie można być zbyt zachłannym w
miłości, nawet tej udawanej.
Kiedy
nasze usta już miały połączyć się w tak przepięknym akcie uczucia i więzi,
fajerwerki wybuchły tysiącem kolorów na niebie. Wybiła północ. Mój czas właśnie się skończył.
Oderwałam się od tego porywającego momentu zostawiając Jonathana samego na
ławce.
-Hej!
Poczekaj. Zrobiłem coś nie tak?
-To nie
twoja wina. Muszę… muszę już wracać. Do zobaczenia- odwróciłam się jeszcze na
chwilę.
Chłopak był
prawie zszokowany i bardzo zmartwiony. Tak o to ucieka jego miłość.
-Dlaczego uciekasz?
-Nie
oglądałeś nigdy kopciuszka?- uśmiechnęłam się do niego ostatni raz i zniknęłam
w głębi labiryntu.
Chwilę później wpadłam na salę balową i porywając zagadaną z
jakimś nadętym mężczyzną Jessicę obie wybiegłyśmy na zewnątrz. Wsiadłyśmy do
czekającego samochodu i odjechałyśmy pozostawiając po sobie wspomnienia zabawy
i sztucznego romantyzmu.
Odpięłam
spinki rozpuszczając włosy i oddałam je agentce.
-Zrobione.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze motywują :)