czwartek, 8 października 2015

91 Zawyliśmy do księżyca



 OK. Mam pytanie.
Czy wy naprawdę chcecie słuchać moich wywodów na temat normalnego życia? Bo wiecie, na co dzień, to się moje od waszego raczej nie różni, no chyba, że też jesteście jakimiś świrami z dziwną przeszłością, ale raczej nie. Szkoła jak szkoła, droga do szkoły jak droga do szkoły, a droga ze szkoły jak droga ze szkoły. Kumple, rodzina, nauka, trochę książki i kawałek spoko filmu. To wszystko!
Już? Macie dość mojej codzienności?
Ok. To teraz mogę zacząć wam się użalać na samą siebie. No co tu dużo mówić… głupia jestem i tyle.
To z tym też skończyliśmy. Hm. Co nam zostało… A!
Przejdźmy więc do rzeczy.
Po nudnym weekendzie, przyszedł poniedziałek. Nudny, mozolny i ciężki poniedziałek. Dzień zaczęłam WDŻ`tem, a skończyłam w salonie piękności. Wtorek i środa były podobne. Nawet już nie chce mi się wspominać, czego mnie wtedy uczyli…
I znowu przyszedł czwartek. Jak dotąd szło mi dobrze. Aż do wtedy. Rano nie poszłam do szkoły, bo wziął mnie ból głowy. Nie, nie ten normalny. Ja już nie miewam „tych normalnych” bólów głowy. W czaszce rwało mnie tak, że miałam ochotę oderwać sobie głowę, żeby tylko minęło. Nie mogłam otworzyć oczu, a kiedy je zamykałam, to widziałam bardzo nieprzyjemne przebłyski dziwnego światła. Ryczałam jakoś do 10:00, kiedy oprócz tego zaczęłam mieć koszmarne mdłości, a wnętrzności czułam, jakby się paliły. Jakbym defragmentyzowała się od środka. Do tego wszystkiego musiałam uważać na babcię i dziadka, bo oni są już na emeryturach i cały czas siedzą w domu, więc chcieli mi jak najbardziej pomóc. Musiałam udawać, że wszystko jest ok.
Nie było ok. W południe uciekłam z domu. Nie jakoś tak na poważnie, tylko powiedziałam, że idę do Ani i wrócę wieczorem, a skręciłam do lasu. Wiecie, nie wiedziałam co mam zrobić. Z moją… mocą, zaczynało się robić coś nie za dobrego. Pamiętałam strach w oczach Lexa i turlającą się głowę Krausa. I mogę sobie i wam wmawiać, że wszystko jest ok., że daję radę, a w życiu ważna jest zabawa, ale tak nie jest! Nie jest! Bo kurde co noc śnią mi się koszmary! Co noc widzę w lustrze tą poczwarę, którą jestem! Tego mutanta. Nie czuję się skrzywdzona. Już nie. Czuję za to, że to ja krzywdzę innych.
Nie mogę znieść szkoły, bo wiem, co może się stać. Nie mogę pozwolić się dotknąć, bo pod skórą czuję czarne łuski. Jestem sama sobą obrzydzona, bo nie mdleję jak normalna osoba na widok krwi i potrafię zabić. Czuję się… czuję się zagubiona. Taa. Dobre słowo. I jeszcze ten ból głowy!
Dobiegłam zdyszana do pierwszego z mostów w lesie i wbiegłam na wąską ścieżkę na brzegu rzeki. Ledwo co widziałam, ale musiałam znaleźć się głębiej w lesie, bo ktoś mógłby mnie zauważyć. Kiedy wreszcie dotarłam do miejsca, w które niedawno trafił piorun, a znajdowało się w najciemniejszej części lasu, to padłam na ściółkę jak ścięta sosenka. Z głową był trochę lepiej, ale z resztą gorzej. Wymiotowałam czarną mazią walając się po ziemi, bo tak drżałam z bólu. Chyba nawet miałam drgawki, bo na chwilę straciłam przytomność, a obudziłam się prawie dławiąc śliną. Kolejny raz zwymiotowałam. Oblał mnie gorąc i paliła mnie skóra, więc zerwałam z siebie górę ubrania. Musiałam jakoś przetrwać. Zebrałam całą wolę, na jaką było mnie stać i wyrzuciłam z siebie ból. Dosłownie. Stałam po środku lasu i ryczałam tak, jak potrafią tylko smoki. Nie wiem ile to wszystko trwało, ale kiedy wreszcie minęło, to ja nadal stałam tam, z uniesioną w górę twarzą. Pierwszy raz od dłuższego czasu wzięłam pełen oddech w płuca. Zrobiło się cicho i spokojnie, a dla mnie wreszcie jakoś… pewniej. 
Wilka, który mi się przyglądał zauważyłam dopiero po chwili. Stał przede mną, pełen powagi i lekkiego smutku. Spojrzeliśmy na siebie i jednocześnie zawyliśmy do księżyca, który wisiał na czarnym niebie. Ten księżyc już tyle widział… a jednak nadal tam jest. Niezmiennie, codziennie, z wdziękiem i zrozumieniem.
Do domu wróciłam nad ranem. W piątek też nie poszłam do szkoły. Czułam się dobrze, ale musiałam trochę spraw przemyśleć, więc zabrałam tyłeczek i od razu po śniadaniu pobiegłam nad rzekę, na most. Wróciłam po południu. Nikt się o nic nie pytał, nie dociekał, nie interesował się. I dobrze.
Wieczorem zadzwoniła Jessica. To znaczy ja do niej oddzwoniłam, bo ona to dom mnie z setki telefonów wykonała, ale nie zamierzałam już więcej uczestniczyć w tym ich cyrku. Wiedzieli kogo biorą do tej roboty. Zamierzam wykonać zadanie i tyle. Nic więcej. Reszta to ich problem.
No więc umówiliśmy się, że Jessica zabierze mnie w sobotę rano i pojedziemy „się uczesać na balety”, a potem to już zgodnie z planem.
Kurde. Mam nadzieję, że wszystko się uda, bo trochę by mi było szkoda, tak zostawiać po sobie złe wrażenie. No cóż, liczmy na to, że Lex też się spisze.
A przynajmniej nie okaże się, aż takim idiotą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze motywują :)