OK. Mam pytanie.
Czy wy
naprawdę chcecie słuchać moich wywodów na temat normalnego życia? Bo wiecie, na
co dzień, to się moje od waszego raczej nie różni, no chyba, że też jesteście
jakimiś świrami z dziwną przeszłością, ale raczej nie. Szkoła jak szkoła, droga
do szkoły jak droga do szkoły, a droga ze szkoły jak droga ze szkoły. Kumple,
rodzina, nauka, trochę książki i kawałek spoko filmu. To wszystko!
Już? Macie dość
mojej codzienności?
Ok. To teraz
mogę zacząć wam się użalać na samą siebie. No co tu dużo mówić… głupia jestem i
tyle.
To z tym też
skończyliśmy. Hm. Co nam zostało… A!
Przejdźmy
więc do rzeczy.
Po nudnym
weekendzie, przyszedł poniedziałek. Nudny, mozolny i ciężki poniedziałek. Dzień
zaczęłam WDŻ`tem, a skończyłam w salonie piękności. Wtorek i środa były
podobne. Nawet już nie chce mi się wspominać, czego mnie wtedy uczyli…
I znowu
przyszedł czwartek. Jak dotąd szło mi dobrze. Aż do wtedy. Rano nie poszłam do
szkoły, bo wziął mnie ból głowy. Nie, nie ten normalny. Ja już nie miewam „tych
normalnych” bólów głowy. W czaszce rwało mnie tak, że miałam ochotę oderwać
sobie głowę, żeby tylko minęło. Nie mogłam otworzyć oczu, a kiedy je zamykałam,
to widziałam bardzo nieprzyjemne przebłyski dziwnego światła. Ryczałam jakoś do
10:00, kiedy oprócz tego zaczęłam mieć koszmarne mdłości, a wnętrzności czułam,
jakby się paliły. Jakbym defragmentyzowała się od środka. Do tego wszystkiego
musiałam uważać na babcię i dziadka, bo oni są już na emeryturach i cały czas
siedzą w domu, więc chcieli mi jak najbardziej pomóc. Musiałam udawać, że
wszystko jest ok.
Nie było ok.
W południe uciekłam z domu. Nie jakoś tak na poważnie, tylko powiedziałam, że
idę do Ani i wrócę wieczorem, a skręciłam do lasu. Wiecie, nie wiedziałam co
mam zrobić. Z moją… mocą, zaczynało się robić coś nie za dobrego. Pamiętałam
strach w oczach Lexa i turlającą się głowę Krausa. I mogę sobie i wam wmawiać,
że wszystko jest ok., że daję radę, a w życiu ważna jest zabawa, ale tak nie
jest! Nie jest! Bo kurde co noc śnią mi się koszmary! Co noc widzę w lustrze tą
poczwarę, którą jestem! Tego mutanta. Nie czuję się skrzywdzona. Już nie. Czuję
za to, że to ja krzywdzę innych.
Nie mogę
znieść szkoły, bo wiem, co może się stać. Nie mogę pozwolić się dotknąć, bo pod
skórą czuję czarne łuski. Jestem sama sobą obrzydzona, bo nie mdleję jak
normalna osoba na widok krwi i potrafię zabić. Czuję się… czuję się zagubiona.
Taa. Dobre słowo. I jeszcze ten ból głowy!
Dobiegłam
zdyszana do pierwszego z mostów w lesie i wbiegłam na wąską ścieżkę na brzegu
rzeki. Ledwo co widziałam, ale musiałam znaleźć się głębiej w lesie, bo ktoś
mógłby mnie zauważyć. Kiedy wreszcie dotarłam do miejsca, w które niedawno
trafił piorun, a znajdowało się w najciemniejszej części lasu, to padłam na
ściółkę jak ścięta sosenka. Z głową był trochę lepiej, ale z resztą gorzej.
Wymiotowałam czarną mazią walając się po ziemi, bo tak drżałam z bólu. Chyba
nawet miałam drgawki, bo na chwilę straciłam przytomność, a obudziłam się prawie
dławiąc śliną. Kolejny raz zwymiotowałam. Oblał mnie gorąc i paliła mnie skóra,
więc zerwałam z siebie górę ubrania. Musiałam jakoś przetrwać. Zebrałam całą
wolę, na jaką było mnie stać i wyrzuciłam z siebie ból. Dosłownie. Stałam po
środku lasu i ryczałam tak, jak potrafią tylko smoki. Nie wiem ile to wszystko
trwało, ale kiedy wreszcie minęło, to ja nadal stałam tam, z uniesioną w górę
twarzą. Pierwszy raz od dłuższego czasu wzięłam pełen oddech w płuca. Zrobiło
się cicho i spokojnie, a dla mnie wreszcie jakoś… pewniej.
Wilka, który mi się
przyglądał zauważyłam dopiero po chwili. Stał przede mną, pełen powagi i lekkiego
smutku. Spojrzeliśmy na siebie i jednocześnie zawyliśmy do księżyca, który
wisiał na czarnym niebie. Ten księżyc już tyle widział… a jednak nadal tam
jest. Niezmiennie, codziennie, z wdziękiem i zrozumieniem.
Do domu
wróciłam nad ranem. W piątek też nie poszłam do szkoły. Czułam się dobrze, ale
musiałam trochę spraw przemyśleć, więc zabrałam tyłeczek i od razu po śniadaniu
pobiegłam nad rzekę, na most. Wróciłam po południu. Nikt się o nic nie pytał,
nie dociekał, nie interesował się. I dobrze.
Wieczorem
zadzwoniła Jessica. To znaczy ja do niej oddzwoniłam, bo ona to dom mnie z
setki telefonów wykonała, ale nie zamierzałam już więcej uczestniczyć w tym ich
cyrku. Wiedzieli kogo biorą do tej roboty. Zamierzam wykonać zadanie i tyle.
Nic więcej. Reszta to ich problem.
No więc
umówiliśmy się, że Jessica zabierze mnie w sobotę rano i pojedziemy „się
uczesać na balety”, a potem to już zgodnie z planem.
Kurde. Mam
nadzieję, że wszystko się uda, bo trochę by mi było szkoda, tak zostawiać po
sobie złe wrażenie. No cóż, liczmy na to, że Lex też się spisze.
A
przynajmniej nie okaże się, aż takim idiotą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze motywują :)