niedziela, 11 października 2015

92 Diamentowe żyrandole



Stresować zaczęłam się dopiero w samochodzie.
Jessica mówiła, że wyglądam naprawdę pięknie, ale sama nie jestem co do tego taka pewna. Jak agentka mnie zobaczyła, to prawie się zachłysnęła, ale miała taki… dziwny wyraz twarzy, jakby właśnie ujrzała ducha. Przed wyjściem pisała chyba do kogoś emocjonujące sms`y, bo w walenie po klawiaturze włożyła bardzo dużo energii. Dziewczyna też brała udział w głównej akcji, więc ona również musiała przebrać się w odświętne fatałaszki. Miała na sobie długą do ziemi białą suknię balową, która od bioder w górę zaczynała przechodzić w czarną, kwiecistą koronkę, aby na końcu pokazać dekolt, trzymając się jedynie na wąskich ramiączkach. Włosy spięte w kok i nałożone na niego czarne i białe kwiaty.
-Wejdziesz na salę dopiero o 20:00, równo z ostatnim oficjalnym toastem i rozpoczęciem tańców. Pamiętaj, żeby się nie potknąć schodząc po schodach. Plecy proste, biust do przodu.
-Wystarczy. Przez ciebie coraz bardziej się denerwuję…
-Nie masz czego. Szef zdecydował, że wypada ci jednak pomóc. Więc…
-Chwila. Szef zdecydował? Mnie pomóc?
Spojrzałam na nią w pół oddechu  i od razu się uspokoiłam. Jeśli Lex zamierzał mi pomóc, to znaczy, że we mnie nie wierzy, a jeśli tak, to ja mu muszę pokazać, że potrafię samodzielnie przeprowadzić taką akcję.
-Tak. Ale to nic takiego. Uznał, że musi wypróbować nowy środek… manipulacyjny, a lepszej okazji nie będzie.
-Acha. Czyli co? Wszczepi mu w mózg wyświetlacz?
Agentka spojrzała na mnie zaskoczona, ale po chwili się opanowała. Ona też miała zadanie do wykonania.
-Nie. Do drinka naszego celu dodaliśmy specjalnej substancji, która chwilowo wzmocni jego uczucia.
-Ach. I kiedy on wypija drinka, to ja akurat się pokazuję, on się zakochuje od pierwszego wejrzenia?
-Tak.
Agentka wydała się być zadowolona z siebie. Ja i tak do wszystkiego podchodzę z dystansem, byle tylko się na mnie nie rzucił z łapskami, bo chyba już nic nie potrafiłabym nic zrobić. Oprócz wyrwania mu rąk z kręgosłupa.
-Jesteśmy na miejscu- zakomunikowała Agentka, kiedy nasza limuzyna stanęła na podjeździe.
Wysiadłyśmy rozchichotane, bo nasza przykrywka zakładała, iż jesteśmy przyjaciółkami. Na chwilę się zawiesiłam, kiedy zobaczyłam przed jak piękną willą się znajdujemy. Wyglądała jak pałac. Od frontu szerokie schody z marmurowymi poręczami, w oknach złote zasłony lekko kontrastujące z bielą ścian i szarością tarasów. A to dopiero początek!
Na bal dotarłyśmy jako ostatnie. Jessica zostawiła mnie przy schodach i sama weszła do środka. Ja musiałam jeszcze chwilę poczekać. Na zewnątrz był nadal ciepło, a zachodzące słońce sprzyjało bajkowej atmosferze. Wiedziałam jak miało wyglądać wnętrze budynku, ale i tak nie mogłam się wszystkiego doczekać. Parkiet we wzorzysty brąz, sufit zalany malunkami, złote żyrandole… Jakbym miała zagrać w bajce o kopciuszku. Szkoda jedynie, że ja już wiem jak moja się skończy.
Została mi minuta. Powoli weszłam po kremowych schodach. Drzwi otworzyło mi dwóch goryli w prostych garniturach. Uśmiechnęłam się do obu. Przeszłam szerokim korytarzem i wzięłam głęboki oddech. Moja wielka chwila…
Kreacja Julki
Kiedy stanęłam na górze kolejnych pięknych schodów prowadzących na salę balową, to szum cichych rozmów, a nawet muzyka, ucichły. Oczy wszystkich skierowały na mnie. Sala tonęła w bieli i różu, bo to ten kolor był dziś modny w salonach piękności. Jedyną wyróżniająca się osobą był mężczyzna stojący na środku sali, a który jako jedyny stał do mnie tyłem. Mężczyzna, a może chłopak, zauważył, że wszyscy patrzą się na coś, czego on nie widzi, a więc nadal z kieliszkiem przy ustach odwrócił się i zamarł. Tak. Właśnie takie wrażenie na nim zrobiłam.
Uśmiechnęłam się i zaczęłam powoli schodzić ze schodów, uważając żeby się nie potknąć. Na nogach miałam czarne, sznurowane czółenka na średnim obcasie, w których prawie każdego dnia uczyłam się chodzić. Włosy pospinane niewidocznymi spinkami w gwiazdki. Jednakże to zapewne moja sukienka przykuła jego uwagę. Ciemno granatowa, przed kolano, wyprofilowana z ramionami i wysokim kołnierzem. Do tego wąski ale dostający prawie do końca żeber dekolt. Że też potrafiłam się w to wcisnąć…
Ale no nic. Bal musiał trwać dalej, a ludzie zachować się jakby nigdy nic, więc jak tylko dotknęłam parkietu, orkiestra wznowiła grę. Stałam więc tam, nagle zewsząd otoczona ludźmi i rozglądnęłam się po sali. Musiałam zacząć robić dobre wrażenie.
Janathan Mekler
-Witaj piękna- dobiegł mnie ciepły głos.
Przede mną z rozszerzonymi, iskrzącymi oczami stał wysoki chłopak o ciemnych włosach i zarysowanych kościach policzkowych. To był mój cel.
-My chyba się nie znamy- powiedział.- Nazywam się Jonathan Mekler.
-Charlotte Blank.
Podałam mu dłoń, którą on delikatnie ucałował wciąż patrząc mi w oczy. Zarumieniłam się.
-Pozwól, że zapytam, czy jesteś tutaj sama?- uśmiechał się do mnie jakby zobaczył anioła.
Specyfik Lexa zapewne właśnie działał.
-Nie, jeśli dotrzymasz mi towarzystwa- powiedziałam z przekąsem.
-Będę zachwycony mogąc być blisko ciebie. Zatańczysz?
-Z chęcią- powiedziałam, a on delikatnie poprowadził mnie na środek parkietu.
Na jego znak orkiestra zagrała lżejszy kawałek, a ludzie zostawili nam dużo wolnego miejsca. Chłopak, a może mężczyzna, nie oderwał ode mnie oczu nawet na moment. Piękna melodia porwała nas w wir tańca, a prowadzona przez Jonathana na chwilę zapomniałam, jak bardzo ważną rzecz właśnie robiłam i dałam się ponieść chwili. Nasze ruchy były zgrane i idealnie do siebie pasowaliśmy. Moja balowa kreacja wyróżniała się z tłumu różowych i białych sukien, ale idealnie pasowała do stroju mojego celu, do jego srebrno-granatowego garnituru i ciemnych oczu. 
Chyba tańczyliśmy wtedy foxtrota… a może tango? Nie ważne. Liczyło się to, że byliśmy blisko siebie, ciało przy ciele. Liczył się mój oddech, który on czuł na karku, rwące bicie jego serca.
Ostatnie kroki, ostatnie nuty wygrywane przez skrzypce i ten klasyczny ruch, kiedy on odchylał mnie do tyłu. Trzymał mnie pewnie, ale i delikatnie. Z dreszczykiem ekscytacji dałam się prawie położyć na parkiecie. Wydało mi się, że zobaczyłam wtedy najemnika, jak stał z zaciśniętymi pięściami przyglądając nam się zimno, ale świat zawirował mi w oczach kiedy nasze ciała znowu się spotkały i nie byłam już tego taka pewna. 
Muzyka ucichła, żeby łagodnie przejść w kolejną nutę. A my staliśmy nadal na środku. Zatrzymani w przepięknej tanecznej pozie z rozgrzanymi sercami.
-Chyba powinniśmy zejść z parkietu- wyszeptałam po dłuższej chwili.
-Rzeczywiście… Przepraszam. Zwykle tak się nie zachowuję.
Jonathan odprowadził mnie na bok, gdzie stały i gawędziły sobie bogate osobistości, aby na chwilę odsapnąć.
-Przepiękne miejsce -skomentowałam rozglądając się wokół.
-Muszę powiedzieć, że to ty przykuwasz moją uwagę bardziej od diamentowych żyrandoli- odpowiedział chłopak podając mi kieliszek z sampanem.
-Dziękuję- uśmiechnęłam się nieśmiało. 
Nie wiem czy mogę nazywać mój cel chłopakiem, czy już mężczyzną… Dwadzieścia lat… Nie istotne. Niech będzie chłopak. A więc ten chłopak właśnie był moim obecnym, pierwszym świadomie wybranym celem. Wytrwać z nim cztery godziny, poflirtować, umówić się na randkę i jakimś sposobem wbić na chatę. Łatwizna! 
Heh.A więc misja dopiero się zaczęła. 




2 komentarze:

  1. Aaaaa!! Super rozdział ^^
    Lex zazdrosny?! .. No jasne że tak xd
    Cel zdobędzie twoje serce? Czy tylko ty jego zdobyłaś?? ^^ Oj ciekawie .. ciekawie ..
    Czekam nn :*
    Ściskam <3

    OdpowiedzUsuń

Komentarze motywują :)