wtorek, 29 grudnia 2015

97 Ostatni pocałunek



Wykrwawiając się leżałam na zimnej podłodze.
Ale od początku. Na czym my to… Ach! 
Umówiłam się z Jonathanem i oczywiście do niego pojechałam. Wystrojona w kieckę, przed akcją czułam się wspaniale. Podekscytowana do granic możliwości. Nie mogłam przestać chichotać i wyobrażać sobie jego wzroku…
Lokaj (czy jak oni tam się wszyscy z surdutach nazywają) otworzył mi wrota z miną zmęczonego psa i zaprowadził do salonu. Kiedy szliśmy co chwilę mijaliśmy bacznie obserwujących mnie ochroniarzy i krzątające się gospodynie. Od razu poczułam się zagrożona. Starałam się więc zapanować nad roztrzepaniem, ale nawet jeśli coś wydałoby się ze mną „nie tak”, to przecież mogłam się wykpić byciem zakochaną. Nie wiem jakim sposobem, ale ominęliśmy salę balową całkiem dookoła, a więc prawie się zgubiłam i musiałam się dobrze rozejrzeć zanim się zorientowałam, że jesteśmy w północnym skrzydle. Salon, utrzymany w kolorze kremowo-złotym prezentował się bardzo przyjemnie, a najlepsze wrażenie zrobił na mnie zapach. Mogłabym porównać go do lodów śmietankowych i bukietu polnych kwiatów. Pasował do obrazów w złotych ramach i miękkiego dywanu. A właśnie! Może to dziwne, ale lokaj nie pozwolił mi ściągnąć butów przy wejściu, więc trochę głupio było mi stać w trampkach na jasnym dywanie. Idiotycznie by było zostawić ślady. Jak tylko Jonathan wszedł wyczułam męskie perfumy, a przyznać się muszę, że bardzo lubię „męskie zapachy” więc kiedy się zbliżył odruchowo pociągnęłam nosem. Chłopak miał na sobie koszulę w czerwoną kratę, granatowy t-shirt i ciemne dżinsy. Rzuciłam też okiem na jego buty, bo czarne Nike, wyglądały nawet spoko.
-Cześć- przywitałam się szerokim uśmiechem.
Niby uczyłam się nowego zachowania, a jednak poczułam się zakłopotana i nie do końca wiedziałam co zrobić, bo wydawało mi się, że chłopak wacha się pomiędzy pocałowaniem mnie w policzek, uściskiem, a podaniem dłoni. Wyszło tak, że on od razu zaprosił mnie na taras. Na balkonie stały białe fotele i malutki stoliczek. Balustradę ozdabiały delikatne kwiaty. Małe różyczki i niezapominajki. Kiedy to zobaczyłam nie mogłam się nie zarumienić.
-Pamiętałeś…
Bukiet pachnął cudnie. 
 -Nie mógłbym zapomnieć- odpowiedział.
Usiedliśmy na zewnątrz uważnie obserwując siebie nawzajem i początkowo rozmawiając o pogodzie i takich tam. Potem lokaj przyniósł  deser lodowy i atmosfera zrobiła się lżejsza. Jonathan, był miły i łatwo mi się z nim rozmawiało. Czas szybko mijał i zaczęło robić się ciemno, ale nam wcale to nie przeszkadzało. Sama nie wiem kiedy zmieniały się tematy, bo tak szybko po nich skakaliśmy.
-Nie wytrzymałabym tak. Nawet teraz mam wrażenie, że ktoś bacznie mi się przygląda.
-To ich praca. Mają zapewnić nam bezpieczeństwo.
-To, że aż trzydziestu ludzi z bronią cię obserwuje, naprawdę nic nie pomoże, a jest bardzo… krępujące.
-Taak? Ale dlaczego tak uważasz?
- Pokażę ci coś.
Odłożyłam szklankę z colą i podeszłam do niego. Kiedy go poprosiłam o to, by wszedł ze mną na balustradę, to nie uwierzył, że to coś da, ale całkiem rozbawiony zgodził się to zrobić. Staliśmy więc po chwili na białej balustradzie z pięknym ogrodem rozciągającym się niżej i zachodem słońca rzucającym nasze cienie na okno z witrażami.
-Patrz tylko na mnie, dobrze?- uśmiechnęłam się do niego zawadiacko.
-To nie będzie trudne.
-Wiem- szepnęłam, a potem powiedziałam już głośno- Skocz ze mną w nicość ukochany!
-Dla ciebie!- odpowiedział.
-Razem, tragicznie jak Szekspirowska para, zakończmy swój żywot w miłosnym uniesieniu!
-Przy tobie do końca i z tobą na zawsze, światłości mego życia!
-A więc koniec.
-A więc koniec- odpowiedział i objął mnie udając, że naprawdę chcemy skoczyć.
-Stój! Nie skacz!- usłyszeliśmy krzyki i szamotaninę za sobą.
Odwróciliśmy się powoli z trudem powstrzymując śmiech. Przed nami z napięciem wypisanym na twarzach stała cała gwardia ochroniarska Jonathana.
-Paniczu. Niech pan nie skacze- naprzód wystąpił najniższy z mężczyzn, widocznie ich główny szef, bo Jonathan zwrócił się od razu do niego.
-Gdybym naprawdę tego chciał, to skoczyłbym zanim byś palcem ruszył- chłopak momentalnie spoważniał.
-Paniczu…
-Odejdźcie.
-Paniczu… Twój ojciec żądał od nas pełnej ochrony, nie możemy odejść- na te słowa chłopak zeskoczył przed mężczyznę z dość groźną miną.
-Mój ojciec z chęcią cię zwolni, kiedy dowie się jak niekompetentny jest twój zespół i na jakie niebezpieczeństwo mnie naraziłeś. Jeszcze chwila, a to ciebie koledzy będą ratować. Tylko wątpię czy im się uda- Jonathan nie przyjmował odmowy.
-Tak jest! Przepraszamy… paniczu- choć widocznie urażony, mężczyzna wydał swoim ludziom polecenie opuszczenia budynku.
-Poczekasz chwilę? Muszę coś jeszcze zrobić- tym razem chłopak zwrócił się do mnie.
-Pewnie- uśmiechnęłam się do niego.
-Zaraz wracam- rzucił jeszcze i wyszedł zostawiając mnie samą.
Chwilę zastanawiałam się po co poszedł, ale potem zorientowałam się, że wciąż stoję na balustradzie. Spróbowałam zejść, ale kamienna poręcz była dość wysoka, a miałam sukienkę i ryzykowałam dość głupim narażeniem się na dekonspirację. Odwróciłam się więc w stronę zachodzącego słońca patrząc jak dzień powoli ustępuje nocy. Widok był zapierający dech w piersiach. Różowe chmury kojąc myśli i napawając optymizmem zapraszały do lotu, obiecując, że są słodkie i delikatne jak wata cukrowa. Otworzyłam szerzej oczy wpuszczając pomarańczowe ciepło i czekając aż ostatnie promienie wreszcie się schowają. We włosach poczułam lekki wiatr i rozłożyłam ręce, by choć trochę przypominać wolnego ptaka. Właśnie doświadczałam jednej z piękniejszych chwil w życiu i nie chciałam jej zepsuć. Nagle słońce zaszło, a ja poczułam, że tracę grunt pod nogami. Czyżbym skoczyła?
-Hej… Mam cię.
Otworzyłam zaciśnięte oczy i po raz kolejny doświadczyłam dziwnego dreszczyku. Jonathan trzymał mnie w ramionach obserwując troskliwie i z… zaciekawieniem… podziwem… zachwytem? Pewnie wszystkim naraz. Postawił mnie powrotem na ziemi i uśmiechnął się trochę gorzko.
-Chyba nie zwolniłeś ich wszystkich?- spytałam z ciekawości.
-Nie. Dałem im wolne do jutra.
-Ach. Rozumiem…- poprawiłam sukienkę w myślach sobie gratulując, bo oto miałam wreszcie wolną rękę. Chłopak sam pozbył się własnej obstawy! Oczywiście pozostawał problem kamer, ale jakby go nie było, bo od czasu balu zdążyłam się nauczyć ich rozmieszczenia na pamięć.
-To… może wejdźmy do środka?
-Yhm. Rzeczywiście robi się już chłodno. Zachód słońca był przepiękny!- sięgnęłam po torebkę i podążyłam za chłopakiem.
-Widziałem. Byłaś gotowa odlecieć.
-Naprawdę aż tak się zapomniałam?
-Miałem wrażenie, że rzeczywiście skoczysz. Nie zdziwiłbym się gdybyś okazała się aniołem…
-Och, Jonathanie! Nie wiesz jak się cieszę, ze cię poznałam…- zachichotałam dziewczęco.
 Chłopak otworzył mi drzwi i weszliśmy do pokoju dużego pokoju. Był zachowany w ciemnej tonacji, ze skórzaną kanapą pośrodku, kominkiem i ogromnym telewizorem. Usiadłam bliżej kominka, w którym tlił się leniwy ogień.
-Em… Może coś pooglądamy?- zaproponował chłopak.
-Masz na myśli horror?
-Czemu nie…
-Odpada. Na horrorach strasznie się boję. Po za tym mam trochę niemiłych wspomnień związanych z nimi- tłumaczyłam się skrępowana.
Pomysł z filmem był nawet dobry, ale od razu przypomniało mi się to, jak siedziałam Mateuszowi na kolanach i mina jego dziewczyny. Chyba bym się po raz kolejny nie przełamała…
-To może… Chwila, zapomniałem przełączyć.
-Ej! Czy to czasem nie ekran startowy do PS4?
-Tak… Grasz?- Jonathan spojrzał na mnie zdziwiony, a ja zorientowałam się jak blisko granicy się znajduję.
Z wcześniejszej rozmowy dowiedziałam się już co chłopak lubił u dziewczyn, ale nie byłam pewna, czy to, że jestem gamerem mu się spodoba i czy to pasuje do postaci Charlotte. Musiałam przejść na tryb „tajny agent”, bo mogłam właśnie wszystko popsuć.
-Trochę. Nie jestem jakimś wielkim zapaleńcem, ale na standardowym meczu w „Call of Duty” daję radę nie zginąć więcej niż dwadzieścia razy.
-Też masz PS? To może zaproszę cię do znajomych?
-Ooo… Szkoda, ale nie mam. Brat Amandy pozwala nam czasem pograć.
-To chcesz… no… ten?
-Pewnie. Przetrwanie czy na multi?
-Jak wolisz. Masz jakąś ulubioną klasę, czy chcesz zrobić własną?
-W sumie, to wolałabym zrobić własną.
-Trzymaj pada.
-Dzięki- uśmiechnęłam się.- Nie spodziewałeś się tego, prawda?
-Yhy. Nie wyglądasz na… taką dziewczynę.
-Dużo o mnie nie wiesz.
Zerknęłam na niego nadal wstukując ustawienia. Przeczesał włosy, poprawił koszulę i wziął głębszy oddech. Miałam nadzieję, że nie zawaliłam sprawy… Ustawiłam wreszcie wszystko i zaczęliśmy grę. Kiedy w końcu się rozkręciliśmy współpracowało nam się tak dobrze, że wymiataliśmy na serwerze. Śmialiśmy się, a Jonathan co chwila ględził o tym, że będzie się musiał mną kolegom pochwalić. Świetnie się razem bawiliśmy, aż zrobiło się bardzo późno. Chłopak dołożył do ognia i włączył jakiś film. Było bardzo miło, zrobiło się romantycznie. W końcu zaproponował, że przyniesie coś do picia i skoczy po świece. A ja właśnie wtedy przypomniałam sobie, że mam misję do wykonania. Idiotka ze mnie! Sprawdziłam telefon. Jedenaście nieodebranych telefonów, paręnaście sms`ów.
-Kurczę…- zmartwiłam się i wkurzyłam nie na żarty.
-Coś się stało?- Jonathan stał w drzwiach z tacą w ręku.
Oprócz świec przyniósł również jakiś fenomenalnie wyglądający deser i jakieś pudełeczko.
-Nie… Tylko ten… Ja… Pójdę się poprawić. Toaleta jest tam?
-Tak. Korytarzem prosto, a potem w prawo.
-Ok. Zaraz wracam- uśmiechnęłam się zażenowana.
To był ostatni możliwy moment, a przynajmniej tak mi się wydawało. Weszłam do toalety i aż przystanęłam zaciekawiona. Cała w jasnym marmurze i podzielona na dwie części wielkim akwarium. Nie zajmowałam się nim dłużej tylko od razu wysypałam całą zawartość torebki do umywalki. Odnalazłam właściwe części, poskładałam, powciskałam tak jak mi kazali to zrobić. Zdjęłam trampki i wydobyłam z nich ostatnie z części. Potem poprawiłam zasobnik przymocowany pod sukienką do ud i brzucha i już miałam wychodzić, kiedy jeszcze na wszelki wypadek naprawdę się „poprawiłam”. Psiknęłam się parę razy specjalnymi perfumami, których w ostatnim momencie dostarczyła mi agent Jessica i pośpiesznie wyszłam z łazienki. Zamiast jednak skręcić i wrócić do Jonathana poszłam na wprost, do drzwi od gabinetu jego ojca. Już w łazience użyłam „wyciszacaza”, który zakłócał pracę kamer, więc na spokojnie zaczęłam włamywać się do pomieszczenia. Wystarczyło, że włożyłam do zamka specjalną maszynkę zwaną „kluczem uniwersalnym” i trochę poczekałam. Kiedy wreszcie kliknęło na znak odbezpieczenia, w głowie zabrzęczał mi już dobrze znany dzwoneczek. Doskoczyłam przed ogromne lustro zawieszone na ścianie starając się szybko upchnąć wszystko z powrotem pod sukienkę, ale i tak chłopak przyłapał mnie z rękami pod ubraniem, więc zrobiłam jedyne, co w takiej sytuacji mogłam. Udałam, że go nie zauważyłam i nadal spokojnie poprawiałam pończochy. Oczywiście starając się włożyć w to tyle dziewczęcości i uroku ile dałam radę. Potem sięgnęłam do torebki po szminkę. Co do tego… Nie miałam wyboru. Czas naglił i wprawdzie zawahałam się, ale jednak nie było innego wyjścia. Delikatnym ruchem nałożyłam szminkę, a potem poprawiłam włosy i wreszcie odwróciłam się, by udać zakłopotaną i zaskoczoną.
Nie do końca musiałam udawać. W lustrze widać było tylko zarys Jonathana, ale stojąc naprzeciwko jego… zauroczenie aż biło po oczach. Nie wiem jak, ale prawie słyszałam przyspieszone tętno i bicie serca. W oczach miał takie same iskry jak na balu i choć starał się je usilnie schować, to jednak było dość widoczne to, o czym może myśleć.
-Przepraszam, ale musiałam zatrzymać się przy tym lustrze- uśmiechnęłam się nieśmiało i zbliżyłam do niego.
-Nie… nie szkodzi. To… ten… może… - zająknął się chłopak, ale w końcu odsunął się i wróciliśmy do pokoju.
Jonathan zdążył zapalić świece, i klimat był naprawdę przyjemny, a deserem okazało się ciasto czekoladowe z truskawkami więc po chwili znów trochę się zapomniałam. Upomniałam się kiedy zobaczyłam jak chłopak się zachowuje. Wcześniej był bardziej wyluzowany, teraz uważniej mi się przyglądał, był jakby dalej i chyba on też usilnie starał się nad sobą zapanować. Zaczynało robić się cicho, a tego żadne z nas nie chciało, więc zagadnęłam najgłupiej jak umiałam, a rozmowa przeszła na dość osobisty teren. Przez cały czas wydawało mi się, że musze coś powiedzieć i jakby czułam, że jestem mu coś winna, więc chyba sama doprowadziłam do jego pytania.
-Dlaczego nie chciałaś oglądać horroru? Co się wtedy stało?
-Wiesz… to przez pewien raz… kiedyś… w sumie nie tak dawno… Chyba powinnam ci powiedzieć… Pamiętasz Amandę? Tą co cię tak wyzywała, wtedy? Jest moją najlepszą przyjaciółką i wiele jej zawdzięczam. Zawsze bardzo mi pomagała, a w szczególności jak wreszcie tutaj wróciłam. Jakiś czas temu znalazła sobie nowego chłopaka i postanowiła zorganizować dla nas „podwójną randkę”.
Jonathan zamierzał o coś zapytać, ale ubiegłam go odpowiedzią.
-Nie, nigdy nie miałam chłopaka. Amanda umówiła mnie w ciemno z kuzynem tamtego gościa i razem wybraliśmy się do kina.
-Na horror?
-Tak. Na horrorach zawsze strasznie się boję i staram się ich ogólnie unikać, ale na początku było nawet fajnie. Tylko, że potem zrobiło się zbyt… nie ważne. Wyrwaliśmy się z tego kina w połowie maratonu i poszliśmy na miasto. Było romantycznie… A przynajmniej do momentu w którym on mnie nie pocałował.
-Całowaliście się…- w głosie chłopaka czuć było lekkie zawiedzenie.
-Niestety tak. Teraz bardzo tego żałuję. Wiesz… kiedy on mnie pocałował, to myślałam, że mam szczęście. Zawsze byłam sama, nikt nigdy się mną nie interesował… I nagle ktoś mnie polubił! Każda dziewczyna na moim miejscu czułaby tak samo. Tylko że mój chłopak okazał się nikim więcej jak wstrętną świnią. Bo byłam tylko kimś mało dla niego znaczącym. Zdradził ze mną swoją dziewczynę.
-Miał dziewczynę?
-Yhm… Ładna blondynka… Staliśmy na rynku, a ona do nas podeszła. Wrzeszczała na niego, a ja… nie wiedziałam co mam zrobić… Wiesz… nie powiedziałam tej dziewczynie, że byłam wtedy z tym chłopakiem, tylko oszukałam ją udając, że to był przypadek… i tak dalej.
-Uratowałaś go?!
-Tak. Uratowałam go…- odsunęłam się od chłopaka i odwróciłam wzrok.
Czułam się tak, jakbym miała się rozpłakać, a jednocześnie zacząć śmiać. Nie chciałam niczego popsuć. Chwilę trwaliśmy w ciszy. Żadne z nas nie wiedziało co więcej powiedzieć. A wtedy on opowiedział mi o tym jak zawsze chciał być rycerzem. Nie wiem dlaczego, ale kiedy tak mówił, to uświadomiłam sobie, że… że nie chcę go okradać. Nie chcę go oszukiwać. Chwile z nim spędzone były naprawdę piękne, a ja miałam wszystko zepsuć, bo… bo to było kłamstwo. To wszystko przecież było kłamstwo! Ja byłam kłamstwem! Charlotte Blank nie istniała…
 -Uwierz mi Charli! Chcę być rycerzem. Dla ciebie, Charli…  
Spojrzałam na niego i poczułam… coś. A potem zrobiłam coś okropnego. Zbliżyłam się… bardzo się zbliżyłam, spojrzałam mu w oczy i wyszeptałam:
-Bądź moim rycerzem, Jonathanie.
I pocałowałam go… A on odwzajemnił to, co mu podarowałam. Nadal siedząc na podłodze nie myśleliśmy  o niczym, tylko o sobie. Chłopak odsunął stół, wziął mnie delikatnie, ale stanowczo w ramiona i położył na dywanie. Objął mnie i poczułam jego ciało. Całował mnie w usta… tak namiętnie, że nie mogłabym tego opisać nawet gdybym chciała. Zaciągnął się moimi perfumami, odważył się położyć dłoń na moim udzie. Sama go przyciągnęłam. Uśmiechnęłam i spojrzałam na niego wyzywająco. Złączyliśmy się w długim, rozkosznym pocałunku.
-Jesteś taka piękna… niesamowita… cudowna… fantastyczna… -szeptał pomiędzy pocałunkami, wodząc dłońmi po moim ciele. Nie był nachalny, wcale nie brutalny. Jego dotyk był… przyjemny. Choć delikatny, zachował w sobie moc, a ja chętnie się z nią mierzyłam. Zdjęłam z niego koszulę. On prawie się mną zachłysnął, tak bardzo mnie pożądał. Rozdarłam na nim koszulkę, bo nie mogłam jej z niego zdjąć i uśmiechnęłam tryumfalnie. Teraz ja się nad nim pochylałam. Podobało mu się to. Widział, że też pragnę jego ciała. Przejechałam dłońmi po jego brzuchu, wyczułam napinające się mięśnie.
-Uwielbiam cię…- wyszeptał, a potem pocałował… ostatni raz. 

 Jak tylko dotknął moich ust, wpływ na niego miałam nie tylko ja, ale też specyfik usypiający w szmince. Nie mogłam nie dać mu tego wspomnienia, więc kiedy opadał bez sił nadal namiętnie go całowałam. Zajęło mi chwilę doprowadzenie się do porządku, ale musiałam się spieszyć. Nie wiedziałam jak długo może działać szminka. Zebrałam się więc i wreszcie wtargnęłam do gabinetu. Bez problemu znalazłam skrzynkę, której potrzebowałam. Podłączyłam urządzenie do komputera i box`a. To jak wydobyłam dane ledwo pamiętam. Nie pamiętam też ile mi to zajęło. Zdobyłam… ukradłam to czego potrzebowałam. Dalej sprawy potoczyły się inaczej. Lex przekazał doradcom Meklera informacje o mnie. Zakłamane informacje, w których historia opowiedziana Jonathanowi w ogrodzie była prawdziwa, ale nie dokończona. Według nich polityczne sprawy mnie dotyczące były bardziej skomplikowane niż mogłabym to sama wymyślić, a wszystko sprowadzało się do tego, że mogłam być w prawie 100% podwójnym agentem walczącym w przeciwnej drużynie. O tym co dokładnie było w moich aktach nie wiedziałam. Lex zajął się nimi jednak wystarczająco dobrze, że doradca Jonathana tak bardzo wystraszył się o wielką sprawę rodziny Meklerów i własny tyłek, że postawił całą brygadę ochroniarską na nogi. To, że chłopak wcześniej sam ją odwołał jeszcze bardziej utwierdziło wszystkich ważniaków w tym, że jestem „ta zła” i trzeba się mnie pozbyć. Koniec końców wylądowałam w sali przesłuchań pod bacznym wzrokiem Lexa, Jonathana, jego doradców, dowódcy jego goryli  i wysłanników jego ojca. Po ciężkim dniu przesłuchań wszyscy jednogłośnie skazali mnie, jako winną. Mówię wszyscy, bo przyszedł bezpośredni rozkaz od ojca Jonathana, żeby jego syn nie uczestniczył w niczym, co będzie mnie związane. Jego słowo się nie liczyło, nie miał prawa mnie już nigdy więcej zobaczyć. I właśnie w tym momencie Lex powinien wieźć mnie czarnym vanem na stracenie, ale… no właśnie. 

Sprawy się skomplikowały. Lex nie do końca był wiarygodny, a Mekler mu nie ufał, więc Lex musiał wykończyć mnie na wizji, w obecności szefa goryli. Myślałam, że się nie zgodzi. Albo, że wyśle kogoś, żeby mnie uratował. Pomyliłam się. Bez mrugnięcia okiem najemnik powalił mnie na ziemię. I tak, mogłabym mu oddać, ale… nie mogłam. Taki miał być plan. Sama dobrze wiedziałam, że to konieczna zmiana. Musiałam udawać do końca. Wciąż w sukience... Pobił mnie, a potem wyciągnął spluwę. Kula z „Desert Eagle 5.0” powinna była przedziurawić mnie na wylot. Lex celował trochę na lewo od serca, bliżej mostka, a więc zablokowałam ją prawie w połowie. Potok krwi wylał się ze mnie tak widowiskowo, że ostatniego tchnienia udawać nie musiałam. Po tym zapakowali mnie w czarny worek i wrzucili do auta. Jonathan… Jonathan musi o mnie zapomnieć. Nie wiem czy będzie mu trudno… może nie. Może wspomni to tak jak przez senną mgłę. Życzyłabym mu tego. Ale przecież ja nie żyję. Charlotte Blank zginęła... 


Od kuli w sercu wykrwawiała się natomiast całkiem realnie Julia Nowak.
Taa. Ofiara losu ze mnie…. 

czwartek, 12 listopada 2015

96 Drzazga w dłoni



Jessica wcisnęła mi do ręki shake ze Sturbucksa.
Pierwszy mi nie posmakował i od razu go wywaliłam, ale ona uparła się żebym spróbowała drugiego, bo to jej ulubiony smak.
-No dobra. Ale kolejnego nie wypiję!
-Ok. Tylko spróbuj- blondynka była strasznie wszystkim podekscytowana.
Mówiła prawie cały czas, śmiała się i wierciła w miejscu. Świetnie odgrywała swoją rolę, a ja razem z nią. Jej dobry humor mi się udzielił i obydwie szalałyśmy pomiędzy wieszakami z ciuchami, choć i tak niczego nie zamierzałyśmy kupić. Byłyśmy w Krakowie od wczesnego ranka, ale nasz cel nadal się nie pokazał. To chyba była nasza ostatnia szansa, bo i ja wyczułam lekką presję otoczenia. Do Jessicy parę razy ktoś zadzwonił, ale ona nic nie mogła mi powiedzieć, jeśli cała akcja miała wyjść naturalnie. Czyli, że ogólnie to ja byłam najbardziej podenerwowana na początku, bo oni wszystko wiedzieli, a ja nie. Całkiem jak z Konradem. A właśnie! Rano Ania do mnie zadzwoniła, bo dowiedziała się czegoś całkiem ciekawego o Konradzie. Ponoć nie jestem pierwszą dziewczyną z klasy, do której w ten sposób zarywa. Porzucił jeszcze parę koleżanek najpierw dając im nadzieję. Fajnie. Bardzo fajnie. I teraz czuję się, jakby ktoś mnie wykorzystał. Gorzej! Jakbym sama dała się wykorzystać. Ech.
Szłam sobie właśnie z tym głupim, truskawkowym shakem, kiedy nagle zorientowałam się, że agentki nie ma obok. Zostawiła mnie samą na środku pasażu pełnego ludzi. Gdzieś po prawej była  jakaś restauracja. Czyli znajdowałam się w północnej części budynku. Stanęłam na środku jak głupek i oglądnęłam się dookoła. Nigdzie jej nie było. Jakby zapadła się pod ziemię. Sprawdziłam telefon. Dostałam sms`a dokładnie kiedy zaczęłam iść w stronę części ze sklepami sportowymi, do której zmierzałyśmy.
„Nie odwracaj się i idź przed sb! ;b”
-Czy ona sobie żartuje…
I bach! Moje chodzenie z oczami przyklejonymi do ekranu telefonu nigdy nie kończy się dobrze. Czyżbym już drugi raz na kogoś wpadła? Szkoda tylko, że tym razem byłam ubrana w fajne (jak nie odjazdowe!) rzeczy z mojej szafy. Obcisła granatowa spódnica w kolorowe wzory, croptop odsłaniający brzuch, dżinsowa kurtka i nowe, czarne martensy. Wszystko to zalane truskawkowym shakem Jessicy. No wielkie dzięki!
-Uważaj jak… eee… Charlotte?
Podniosłam wzrok i zobaczyłam osłupiałego ze zdziwienia Jonathana. Jego mina coraz bardziej się zmieniała kiedy podążał wzrokiem od moich stóp… wyżej. Po chwili wyglądał tak, jakby chciał się na mnie rzucić i zlizać ze mnie truskawki.
-Oczy mam wyżej- uśmiechnęłam się zadziornie.
-Tak. Przepraszam… - zażenowany i poczerwieniały na twarzy odwrócił wzrok przeczesując włosy.
-Nie szkodzi- odpowiedziałam.
-Po prostu jesteś przeze mnie cała w... w… czy to jest shake?
-Taa. To był shake. To niesamowite, że na siebie wpadliśmy! A pomyśleć, że jeszcze rano przekonywałam Amandę do zostania w mieszkaniu.
-Też nie mogę w to uwierzyć…
-Charli! Charli! Co się stało? Jak ty wyglądasz?!- w naszą stronę pędziła Jessica (aka Amanda). Rzuciła się między nas, odepchnęła wściekle chłopaka i zaczęła lamentować nad moim wyglądem.
-To nic takiego… On nie chciał… Naprawdę. No już, daj spokój. To tylko ciuchy!
-Tylko ciuchy? Tylko ciuchy?! Dziewczyno! Ty dla niego rozum straciłaś!- agentka wymachnęła sklepową torbą celując w chłopaka, ale chybiła.
Naburmuszona złapała mnie pod ramię i zaczęła gdzieś prowadzić.
-Nie mogę ci na to pozwolić. Tak nie może być! Żeby jakiś palant ci w głowie mieszał! Spójrz na siebie! Wszystko się lepi!
Chłopak próbował nas zatrzymać ale Amanda pędziła jak szalona, a jego protesty na nic się zdały, bo w pewnym momencie wysunęła mu w twarz tak potężną wiązanką przezwisk, że nawet ja mlasnęłam z niesmakiem. Na siłę wepchnęła mnie do środka samochodu i trzasnęła drzwiami. Nasze spotkanie jednak nie mogło się na tym skończyć i zanim odjechałyśmy zdążyłam podać mu swój numer, który miałam nadzieję, że zapamięta.
Kiedy odjechałyśmy już wystarczająco daleko Jessica całkowicie się zmieniła. Nagle zdjęła maskę, a wyglądało to okropnie! Uśmiech zdarty wściekłym grymasem, zmęczone oczy i jakby… jakby nagle ktoś jej wyjął kości z twarzy. Jakby jej ktoś całą twarz zdjął, wyprasował i powiesił na wieszak! Mnie też zrzedła mina. Nie takiej reakcji z jej strony oczekiwałam, bo przecież wyszło dobrze.
-Co jest?- spytałam już nie licząc na pochwałę.
Nie odpowiedziała. Kierowca spojrzał na nią i zasunął oddzielająca nas szybę. Do końca drogi rozważałam co złego mogło się stać, ale nie potrafiłam nic wymyślić. Tzn. potrafiłam, tyle że to było raczej nieprawdopodobne to zdarzenia się. Nikt nie odezwał się do momentu wejścia do bazy-restauracji. Agent, który był także kierowcą zamknął za nami drzwi i zaciągnął żaluzje. Powiem szczerze, że nagle poczułam się trochę nieswojo. Goryl stanął przy drzwiach, a dwóch innych wyszło z zaplecza i wszyscy wyczekująco na nas nie patrzyli. Jessica oklapła na krzesło przy najbliższym stole i oparła twarz na dłoniach.
Nie miałam ochoty po raz kolejny się pytać, czy coś się stało. Ona i Lex zachowywali się tak, jakby się czegoś bali. Traktowali mnie również jak dziecko i jakąś laleczkę do pomiatania. A miałam wrażenie, że do tego wokół dzieję się coś niesłychanie ważnego, o czym nikt mi nie mówi.
-Siadaj- polecenie w ustach agentki było suche i ostre.
-Nie.
Zacisnęłam zęby. Nieokazywanie uczuć jest trudne. Kobieta spojrzała na mnie, jakby miała mnie rozszarpać. Normalnie pewnie by to zrobiła, ale jej szef mnie zatrudnił, a ona przecież też ma wykonywać polecenia. Zaklęłam w duchu, bo sytuacja robiła się trudna.
-Nie ogarniam. Czy coś się stało?- zapytałam najbardziej bezwiednie jak potrafiłam, żeby tylko nie pokazać, iż właśnie „przeliczam” sytuację.
-To jest… tajne- odrzekła tamta.
-Acha. No to mów- przysunęłam sobie krzesło.
Kobieta zmierzyła mnie wzrokiem. Musiała mnie bardzo nienawidzić.
-Przecież jestem w drużynie, prawda? Szef podpisał kontrakt. Musisz mi powiedzieć. Inaczej… inaczej nie będę już więcej waszym najemnikiem.
Wstrzymałam oddech.
-Szef spotkał się z J. Meklerem aby podpisać umowę podziału udziałów w firmie X. Okazało się, że głównym celem tego spotkania było dokonanie zakupu informacji, o Charlotte Blank.
-W skrócie?
-Kurwa! Czy ty niczego nie rozumiesz?- agentka robiła się coraz bardziej zła.
Dla niej byłam teraz jak przedszkolak na torze gokartowym. Niebezpieczne połączenie. Kobieta zaczęła mi tłumaczyć zawiłości polityczne gangów i resztę bzdur.
-Szef podpisał umowę podziałową…
-Stop! Stop! Przestań. Czekaj.
Kiedy Jessica zamilkła ja zamknęłam oczy i się zastanowiłam. Nie było dobrze. Jeśli Lex dostał zlecenie na mnie, to znaczy, że za trudno mnie znaleźć co oznacza, że Mekler zaczyna coś podejrzewać. A jeśli tak, to ja nie umiem go z podejrzeń wyciągnąć. A jeśli tak, to trzeba się z planem na maksa uwinąć, bo inaczej z odzyskania danych nici.
-Nie mów mi nic więcej. To co Lex robi z politycznym półświatkiem nie jest moją sprawą, a przede wszystkim nie jest sprawą Charlotte. Rozumiesz?
Agentka gapiła się na mnie zmęczonym, tępym wzrokiem.
-Do czego zmierzasz?
-Umówię się z Jonathanem na jutro, u niego na chacie. Nie ma już żadnych podchodów, ani nic. Dajcie mi taki sprzęt, którym uda mi się zgarnąć dane. Jedno podejście, wszystko albo nic.
-Niewykonalne. Wiązałoby się to z twoim zdemaskowaniem.
-Prawdopodobnie. Ale, ale! Tutaj wkracza Szefuncio. Mój drogi zleceniodawca jest uroczym wariatem, prawda? No to niech się wreszcie do czegoś przyda! Podpisał umowę z Meklerem, to niech go jeszcze zapewni, że jakby tamten miał jakąś brudzącą rączki sprawę, to on wszystko może załatwić. W ramach współpracy, że tak powiem- uśmiechnęłam się do agentki.
Tamta myślała nad czymś gorączkowo i po chwili znowu zmienił jej się wyraz twarzy. Znowu była starym, ponurym agentem w akcji. Babka goryl jak ta lala! Kobieta bez słowa odeszła od stołu i poszła na zaplecze. Wiedziałam, że już nie wróci, że właśnie załatwia sprawy jutrzejszego dnia. Odetchnęłam z ulgą i nagle mój wzrok padł na agenta przy drzwiach. Zwykle ci goście nie rzucali się w ogóle w oczy. Stali tylko jak posągi i nic nie robili, nawet się nie poruszali. Ten za to patrzył się na mnie, a jak ja na niego zerknęłam to migiem wrócił do zwyczajnej postawy.
-Co jest Zdzisiu? Jak tam dzieci?- wstałam i zaczęłam iść w jego stronę.- Strasznie tu duszno, prawda? A wiedziałeś, że ostatnio modne są botki? Wiesz ty w ogóle co to są botki? No. Ja też nie.
Stanęłam naprzeciw niego. Żaden mięsień nawet nie drgnął. Zastanowiłam się dlaczego się na mnie patrzył i zrozumiałam, że przecież nadal mam na sobie utytłane w truskawkach ciuchy.
-Kurde. Masz rację, Zdzisiu. Przydałoby się to zmyć. Gdzie jest toaleta?
Goryl mechanicznie wskazał kierunek.
-Dzięki. Fajny z ciebie garniturzasty- puściłam mu oczko i poszłam się wreszcie umyć.
Niby miałam w „bazie” ubrań pod dostatkiem, ale tam siedziała teraz Jessica i nie chciałam jej przeszkadzać. Włożyłam ciuchy pod wodę, ale po pół godzinie szorowania nadal miały na sobie widoczne i lepkie plamy.
-Z czego oni robią to cholerstwo? I ja miałam to wypić… Ugh!
Wystawiłam głowę na korytarz.
-Hej! Kolego Zdzisia! Taa. Do ciebie mówię. Bądź tak dobry i przynieś mi proszę czyste ubrania, dobrze? W stalowej szafie, wiesz gdzie? Ok. Na… trzeciej półce od góry powinno coś leżeć. Weź pierwsze z brzegu. Dzięki!
Mężczyzna w garniturze rozważył czy wykonać polecenie, czy nie. Niby przede mną nie odpowiadał, ale jednak podjął się zadania i po chwili przyniósł mi to, o co prosiłam.
-Wielkie dzięki, Stasiek- uśmiechnęłam się do niego.
Może i był twardo szczęki i bez uczuć, ale to nie znaczyło, że miałam być wobec niego nie miła. Przebrałam się w końcu i wyszłam z łazienki. Goryli nigdzie nie było. Poszłam na zaplecze. W kuchni było głośno. Weszłam do środka akurat w momencie, w którym Jessica kończyła rozmowę z szefem.
-O. Hi Boss! Widzę, że Szef nie w humorze. Jakieś komplikacje?
Jak gdyby nigdy nic wskoczyłam na blat stołu pozwalając Jessice po raz kolejny wściekle się na mnie gapić. Oj, wściekła to ona była! Lex natomiast nagle jakby się uspokoił. Nie wiem o czym dokładnie rozmawiali, ale oby nie o zwolnieniu mnie… XD
-Ty za to się chyba świetnie bawisz, Księżniczko- powiedział.
Miał na sobie szary garnitur i czerwony krawat wyglądający jak jęzor smoka.
-Tak sobie. Jonathan to straszny nudziarz.
-Ty za to jesteś bardzo rozrywkowa- w jego głosie słychać było ironię.
-Ostatnim razem nie narzekałeś- puściłam mu oczko i przybrałam poważną minę.- To co robimy?
-Szef uważa, że…- zaczęła Jessica, ale Lex od razu jej przerwał.
-Potrafię mówić za siebie. Zostaw nas samych.
Kiedy kobieta wreszcie zamknęła za sobą drzwi, Lex znów wydał mi się sztuczny i szorstki.
Zdałam sobie sprawę, że przy wydarzeniach z Krausem i MUR`em byliśmy bardzo blisko siebie, a potem… on dowiedział się o mojej mutanckości i się mnie wystraszył (jeśli nie zaczął się mną brzydzić) i wszystko się skończyło. Do teraz. Przynajmniej powinno, prawda? Znowu musieliśmy razem rozkminiać jak przeżyć. Chociaż… przecież ja go nie znam! Nie mogę myśleć o człowieku, o którym nic nie wiem, bo mogę się przez to bardzo mocno pomylić.
Tym razem nie udało mi się zakryć przemyśleń i musiałam odwrócić wzrok kiedy na mnie spojrzał. Zrobiło mi się trochę głupio. Zrozumiałam coś jeszcze. Z przyjemnością wykonywałam polecenia człowieka, który chciał zabić mojego brata.
Otrząsnęłam się i zacisnęłam zęby.
-A więc? Plan.
-Tak… Pierwszy raz mogę powiedzieć, że twój pomysł jest nawet dobry.
-Wcale nie! Ty chyba zapomniałeś dzięki komu dostaliśmy się na bazę tych zbirów z zachodu.
-Nie wracajmy do przeszłości.
-Jak chcesz. Ja i tak nie zapomnę o martensach, które jesteś mi winien.
Najemnik poprawił krawat i przeczesał włosy. Swoją drogą, ciekawe co się stało z jego tatuażami? Nie, no. Nie przyglądam mu się za bardzo, ale czy on czasami nie miał ich jeszcze w kościele? Nie? To może mi się przewidziało.
-Jeszcze dzisiaj moi ludzie dostarczą ci urządzenia i nowe szkice działania.
-Acha. A te u rządzenia, to będą miały instrukcje obsługi? Bo ja to raczej nie zakumam w jeden wieczór jak ich używać.
-Polecę chłopakom żeby ci specjalnie strzałeczki narysowali.
-Dziękuję. To wszystko?
Zeskoczyłam z blatu poprawiając pomarańczową koszulę. Tego koloru nie za bardzo lubię, ale z szarymi rurkami był nawet do zniesienia.
-Nie. Raport z wydarzeń i działań.
-Co? Jessica jest na bieżąco. Ją poproś. No chyba, że chcesz żebym ci wszystko spisała?- spojrzałam na niego pytająco.
Nie sądziłam, że będzie tego wymagał.
-Chciałbym usłyszeć od ciebie bezpośrednie sprawozdanie. Teraz.
-Muszę? Przecież ona zawsze ze mną była! A jak nie, to ja jej już wszystko opowiedziałam- załkałam.
Niestety zleceniodawca był nieugięty.
Opowiedziałam mu w skrócie co i jak, ale nie do końca był usatysfakcjonowany. Nie pytał jednak, bo widać nie umiał, a ja się z tego cieszyłam.
-Dobra. To może teraz przedstawisz mi pokrótce ten nowy plan?
Najemnik ledwo drgnął, ale jednak! O coś mu chodziło. Jakby miał drzazgę w dłoni, ale nie potrafił poprosić o wyciągnięcie jej. Ciekawe…
-Umówisz się z Meklerem na jutro wieczorem. On straci czujność, a ty dostaniesz się do gabinetu jego ojca. Tam podłączysz się pod główną bazę danych i prześlesz potrzebne nam informacje na Clouda. Po tym kontynuujesz spotkanie, a następnego dnia nie będziesz już istnieć.
Powiedział to bardzo rzeczowo i sensownie, ale nie mogłam nie wtrącić swoich trzech groszy.
-Ajć. A co rozumiesz przez straci czujność? Kolejny raz użyczysz mi swojego magicznego specyfiku dla starych panien? Tylko, że w wydaniu „uśpij go i ucałuj”?
-Nie wiem o czym mówisz- szczerze się zdziwił.
-Mam na myśli ten magic potion, który dolaliście Jonathanowi do szampana na balu.
-Pierwsze słyszę- kiedy to powiedział i ja się zdziwiłam.
Po co kłamał? Przecież widział, że ja już wiem prawdę.
-Jessica powiedziała mi o tym w limuzynie, kiedy jechałyśmy na przyjęcie. Mówiła, że nie pokładasz we mnie zbyt dużych nadziei i dla własnego bezpieczeństwa pomagasz mi wykonać misję. Nie mów, że nie…  Nie możliwe… To w takim razie… eee… Nie ważne! Może mi się coś ubzdurało. Masz rację, to raczej nie prawdopodobne.
Szok próbowałam zakryć słowami, a i tak skrępowałam się widząc jego zaskoczoną minę.
-Zawołam Je…
-Nie trzeba!- przerwałam mu. –Tak mi się pewnie wydawało, bo byłam zestresowana. Na serio. Czasami jest ze mnie niezły wariat…
-Dobrze…- nie był przekonany, ale odpuścił.
Ja natomiast nie. Musiałam się dowiedzieć, co było prawdą. Może Lex po prostu bardzo nie chciał, żebym się dowiedziała, że mi pomógł, a może on wcale tego nie zrobił. Kolejna sprawa do załatwienia. Trzeba będzie wystarczająco szybko pogadać z agentką, żeby się czegokolwiek dowiedzieć przed najemnikiem.
-No to jeszcze jedno. Jak to zniknę? Przecież nie mogę nagle wyjechać, ani nic. To raczej nie możliwe i jeszcze by się czegoś domyślili. Macie dla tego jakąś historyjkę?
-Tak. Wszystko jest już przygotowane.
-To super. Mogę już iść?
Na to zdanie z Blondasiem stało się coś dziwnego. Jakby chciał wrócić do dawnego bycia aroganckim dupkiem, ale nie mógł, bo musiał kogoś udawać. Ten gość miał nawet większe problemy ze sobą niż ja! Nie odpowiedział tylko patrzył mi w oczy jakby czegoś chciał, ale nie chciał.
-To cześć- westchnęłam, uśmiechnęłam się lekko i wyszłam zostawiając go samego.
Zaraz za drzwiami napotkałam Jessicę, która wyjątkowo czegoś ode mnie chciała, ale nie pozwoliłam jej nawet pisnąć od razu łapiąc ja za nadgarstek i ciągnąc za sobą do wyjścia. Nie próbowała się wyrywać. Skruszyłabym jej kości, gdyby chociaż pomyślała o stawieniu oporu i ona o tym wiedziała.
Odezwałam się jak tylko zamknęły się za nami drzwi limuzyny i auto ruszyło.
-Kłamałaś czy nie?! Lex nie wie o środku manipulacyjnym, który ponoć sam podał Meklerowi! Co jest?
Kobieta skrzywiła się i zaczęła ciężko dyszeć, a na jej twarzy wykwitły ciemne rumieńce.
-Aż tak ci wstyd?- zapytałam zanim się zorientowałam, że nadal ściskam jej rękę. I to dość mocno. Bardzo mocno.
Puściłam ją, a ta od razu zaczęła wysypywać z siebie potok słów. Ględziła coś o „złym szefie”, „wykazaniu się”, „przyjacielstwie” i takich tam. Wyszło na to, że ona sama to wszystko zrobiła, żeby móc się popisać, ale Lex niczego nie zauważył, a wyszło dobrze i tak dalej i tak dalej, a ja mam jej nie wydawać, żeby jej z roboty nie wywalił. Słabe to tłumaczenie, ale przekonała mnie i postanowiłam nic więcej na ten temat nie wspominać.
Zdążyłyśmy jeszcze tylko względnie pogadać o tym, co jutro robić, bo już musiałam wysiadać. Sobotni wieczór spędzę bardzo miło w towarzystwie „kochającego” mnie chłopaka, starając się wykraść tajne dane. Wow. Niczym fabuła do taniego filmu szpiegowskiego.
Telefon zadzwonił kiedy leżałam już w łóżku. Dzwonił mój kochanek z balu. Podłączyłam urządzenie przekierowujące (dzięki niemu Jess mogła zapisać nasze rozmowy i słyszała je na żywo) i wygodniej się ułożyłam, patrząc w sufit, bo czekała mnie bardzo stresująca rozmowa.
Jak to trudno jest być zakochaną…

niedziela, 25 października 2015

95 Na tańce



No świetnie!
Miałam nadzieję na kolejny nudny tydzień, ale nie, Julka musi dostać za swoje! No bo przecież wszystkich bawi jak Julka kolejny raz się wyglebia! Bosz jak mi duszno-o *głosem pustej blondi*. Wiecie, jak chcecie zrozumieć, co mam na myśli, to może zacznę opowiadać, zamiast wyjeżdżać z takimi bzdurami.Wybaczcie mi, bo to będzie trochę chaotyczna opowieść, ale nie umiem inaczej. Nie chcielibyście chyba słychać Narratora, co?
Zaczęło się rano. Jak zwykle wlazłam do gimbusa z głośnym „Dzień dobry!” i przybiwszy parę żółwików z resztą umęczonych uczniów, zasiadłam na miejsce.  Wysiadłam trochę wkurzona, bowiem dostałam głupkowate  sms`y od kolegi z klasy, który myślał, ze nie wiem, kim jest, więc postanowił udawać anonimowego. Oczywiście wiedziałam, co to za dżentelmen, ale jak chciał się bawić w kotka i myszkę, to proszę bardzo. Powiedziałam o tym dziewczynom, a one od razu rozchichotane wymyśliły swoje teorie i na chwilę zajęły się tą sprawą. Starały się nawet wyciągnąć info od biednego Adriana, ale chociaż chodzi z Anią, to jednak jest lojalny wobec swoich i trzymał gardę. Nie chciałam już tłumaczyć dziewczynom, że wszystko wiem, więc te nadal próbowały rozwikłać zagadkę. Przy czym muszę powiedzieć, że te sms`y lekko mnie zaskoczyły, bo były… hm… całkiem miłe. Powiem szczerze, że trochę sobie z chłopakiem poflirtowałam, a on w szkole jakby zaczął się do mnie mile uśmiechać.
Potem zrobiło się popołudnie i zamiast do gimba wskoczyłam do limuzyny. Po drodze się przebrałam, więc na koncert weszłam już nieźle odpicowana. Wysłuchałam jakiejś dziwnej wokalistki, pogadałam z kumpelami Jessici, pokręciłam się niedaleko i zrobił się późny wieczór. W domu znowu mi się oberwało, ale jakoś wybrnęłam, bo w szkole dawałam radę wyciągnąć oceny na piątki, a tego dnia dostałam szóstkę z polaka.
We wtorek tajemniczy wielbiciel z klasy znowu do mnie napisał, ale rano jakoś mniej mi to przeszkadzało. Poflirtowałam z nim trochę i pouśmiechałam się ładniej na matematyce. Później Jess zabrała mnie na miasto, na pokaz mody w jakiejś galerii. Pokaz był nudny, a kreacje strasznie… nieładne, ale udawałam, że świetnie się bawię i jakoś zleciało. W domu mama zaczęła nabierać  do mnie jakby innych przekonań. Powiedziała, że się zmieniłam, że już mnie nie poznaje, że coraz częściej robię głupie rzeczy. Gdyby ona o wszystkim wiedziała! Ogólnie trudno jest mi ukrywać prawdę, a samej sobie jest łatwo wytłumaczyć, że to co się robi, to nic takiego. Szkoda… szkoda, że nie wiem czy to prawda. Ale przecież nie może być złym wykonywanie zlecenia na kradzież za liniami wroga! No ej. Przecież to może nawet uratować komuś życie. Nie ważne.
Środa była trochę niezręcznym dniem. Konrad tego dnia był przygnębiony, więc podeszłam do niego i zapytałam, co tam u niego. Po prostu się do niego przysiadłam i zaczęłam rozmawiać. Zwykle nie robię takich rzeczy, ale pomyślałam, że to będzie miłe… A on to docenił. Zrobiło mi się nawet cieplej na sercu kiedy na koniec lekcji spojrzał na mnie i ujmująco się do mnie uśmiechnął. Z setka chłopaków się do mnie tego dnia uśmiechnęła! Jessica ubrała mnie w „fatałaszki” i poszłyśmy „poszaleć” na „dyskotece”. Znaczy się, założyłam spódnicę i dałam się wyrwać na tańce do klubu. Lokal całkiem odjechany, z neonowymi światełkami i głośnym bitem. Pamiętałam co mi mama zawsze powtarza o takich miejscach: nie pij drinka, którego na chwilę odłożyłaś, bo ktoś mógł ci w tym czasie czegoś do niego dosypać; nie zadawaj się z obcymi jakkolwiek mili by nie byli, bo nie wiesz kto to jest; nigdy nie bądź sama; staraj się nie narobić głupot. Posłuchałam też rad agentki, ale zabawa i tak nie była dla mnie, więc wyszłyśmy wcześniej i poszłyśmy jeszcze na chwilę na miasto. Wróciłam późną nocą, zmęczona i rozeźlona. Lex fundował mi przechlapane sytuację z rodzicami. I nawet za to nie płacił!
Czwartek był dniem rozczarowującym. Tak dla mnie, jak i dla ludzi z mojego otoczenia. Mówię tutaj o Konradzie. Tego dnia nawet nie mnie nie patrzył. Omijał mnie wzrokiem, był cały czas smutny, ze słuchawkami na uszach. Beznadzieja. Szczególnie dlatego, że nie wiedziałam, co zrobiłam chłopakowi, że się tak zaobraził. I do tego cały czas pisał z moją koleżanką, a mnie nie chciał odpisać. Kiedy się go zapytałam, czy coś się stało, czy może coś zrobiłam, albo czy ktoś mu coś powiedział, to odparł, że to nic, że nic się nie stało. Acha! Już to widzę. A mówią, ze faceci są prości. Niby tak, a jednak nie wiesz jak z nimi jest naprawdę. Poczułam się wtedy, jakby on ze mną tylko pogrywał, a że się znudził, to się przerzucił na inną. Gratuluję sobie. A bałam się, że to ja dam mu zbędną, boląca nadzieję! No bo wiecie, ze mną , jeśli chodzi o szkołę i normalne życie, jest tak, że ja nie za bardzo chcę mieć chłopaka. Tzn. chcę! Jak najbardziej! Tyle, że ja nie potrafię okazywać uczuć. Nie potrafię się przytulać, cmokać na dowiedzenia… Nie… Z chłopakami najlepiej gada mi się jako z kumplami i nikim więcej.  Inaczej robi się niezręcznie. Głupek ze mnie.
Acha! No i tego dnia, agentka postanowiła zgarnąć mnie na shoping do centrum handlowego. Pochodziłyśmy po sklepach i nawet kupiłyśmy parę ciuszków. Ja osobiście zgarnęłam sportowy komplet, obcisłe, ale bardzo dopasowujące się spodenki i czarny sportowy stanik o takich samych właściwościach. Sami domyślcie się po co.
Wychodziłyśmy już ze sklepu, kiedy do Jessicy nagle zadzwonił telefon.
-Tak. Oczywiście. Będziemy. Dobrze. Odbiorę na skrzynkę. Tak- po tym agentka rozłączyła się i długo wypisywała coś na klawiaturze.
-Co jest? Kto to był?- zapytałam w końcu.
-Szef.
-Aha.
Blondynka nie była skora do mówienia o Lex`ie. (A właśnie. Znowu te życiowe rozkminy. Leksie, czy Lex`ie?) Wiele razy o niego wypytywałam, ale ta zawsze uciekała tematem. Ciekawe… Czyżby Lex miał złą sławę? A wydawał się takim misiem pysiem! XD
-O co mu chodziło? Zmiana planów?
-Taak… Szef jutro spotyka się z Jonathanem Mekler, aby przedyskutować kwestie prawne ich przedsiębiorstw. Rozmowa odbędzie się w Krakowie, w nowym…
-Niech zgadnę. W centrum handlowym?- spojrzałam na nią trochę złośliwie.
-Tak.
-Super. To może odwieź mnie do domu, bo muszę się przygotować na jutro.
-Przecież wszystko jest w bazie.
-Mówiłam o psychicznym przygotowaniu- odpowiedziałam i ruszyłam do wyjścia.
Udawanie kogoś, kim się nie jest,  jest strasznie męczące. W domu zebrałam się w sobie, ułożyłam w głowie plan i tyle. Nie miałam już siły na nic innego. Szkoła się zaczyna walić, a z ziomkami nagle porobiły się problemy.
A ten plan przecież i tak nie wyjdzie!