Sprawca
wszystkiego- donut w różowej polewie.
Sedno
sprawy- ogon i łuski.
Miejsce i czas-
rodzinne wakacje Julii nad morzem.
No ale co ma
piernik do wiatraka? No, nie wiem. Za to donut do łusek dużo.
Dziewczyna
przeszła na drugą stronę drogi, bo na chodniku zrobiło się tłoczno. W ręce
dziewczyński do cna smakołyk, w głowie burzliwie myśli buntowniczej nastolatki.
Uciekłszy z ogarniętego nudą i wzajemną wrogością, tymczasowego domu pragnęła
wreszcie odpocząć. 25 sierpnia za pasem i do końca mordowania się z rodziną
jeszcze daleko.
-Przepraszaam!-
Przepychając się łokciami i kolanami pośród natłoku ludzi dążyła do dotyku
piasku i morskiej wody. Chitynowo opancerzone świadomości wreszcie wolnych od
pracy ludzi nawet nie zarejestrowały jej w swoich centralach. Z ciągłym
westchnięciem i politowaniem nad własnym, umorusanym w codzienności gatunkiem,
wreszcie dotarła do plaży. Południowe słońce odgoniło chmury z horyzontu, a
więc to właśnie złoto-niebieski obraz miała przed oczami. Zanurzyła stopy w
lodowatej wodzie, a zęby w przepysznym pączku z dziurką. Westchnęła. Takie
chwile to prawdziwa rzadkość.
-Jaaaahiiiii!
Jeeeeaaa! Ha ha ha!
Fale
przecięła motorówka ciągnąca za sobą dmuchany materac. Julka zmarszczyła brwi.
-I to by
było na tyle. Idioci…
Nie mogąc
wytrzymać w słońcu ani chwili dłużej zgarnęła ręcznik i podreptała rozłożyć
sobie gdzieś dalej parasol. Najpierw odgarnęła piasek tworząc okop, a potem
ułożyła w specjalistyczny sposób koc i jak kotka się w nim umościła. Do
szczęścia brakowało jej książki. Z rozkoszą otworzyła trzecią część „Pomnika
Achai” odkładając czerwoną zakładkę tam gdzie zawsze- za biust. Nigdzie indziej
nie mogła, bo wiedziała, że zgubi. Nawet motorówki jej nie przeszkadzały.
Zatopiła się w książce.
No, a po
trzydziestu minutach wartkiej akcji byłą już przy pięćdziesiątej stronie, a
temperatura zaczęła dosłownie dopiekać. Odłożyła więc książkę do plecaka i
wypijając połowę coli włożyła strój. Czarne bikini nie prezentowało się
powalająco, ale jak na taki wyjazd w pełni wystarczyło. W okolicy same
dzieciaki z rozleniwionymi rodzicami i walenie wyłożone na ręcznikach w paski.
Zawsze ją to zastanawiało, jak to możliwe, że ci ludzie potrafili tyle
wytrzymać na słońcu? Przecież ona to już by miała zwęgloną skórę do cna, a te
kurczaki codziennie się wylegują po dwanaście godzin w upale.
Schowała
wszystko do plecaka, który przykryła piaskiem i poszła do wody.
W tym samym
czasie wędkarze z małego kutra niedaleko właśnie zarzucili sieci. Kolejny
nieudany dzień nie mógł wchodzić w rachubę z powodu długu wobec Petuni- siostry
kapitana. Kobieta dopłaciła bratu sporą sumkę do inwestycji, która miała stać
się strzałem w dziesiątkę, ale okazała się nie przynosić zysków, a nawet
straty. Brodaci mężczyźni odruchowo już wykonywali zwyczajne, rybackie
czynności. Z tym wyjątkiem, że na statku niecodziennie był tego dnia gość.
-Proszę
usiąść. To trochę potrwa.- kapitan Radost pokazał na wąską deskę.
-O nie!
Musze widzieć.- szczupła blondynka prawie przeleciała przez całą długość
pokładu, żeby z bliska przyjrzeć się wrażeniu zwijającej się liny.
-Tylko niech
pani uważa, bo ślisko!
-Ta…-
kobieta nawet nie usłyszała mężczyzny.
Kapitan
westchnął i upił łyk kawy z zielonego kubka. Nie zwykł zabierać na „Selenę”
obcych.
-Radek?
-No co jest,
Jacek?
-Muszę z
tobą porozmawiać.- Najstarszy z marynarzy wcisnął się do malutkiej kajuty.
-Myślisz, że
i dzisiaj nam się nie uda?- Radost przeczesał palcami najdłuższą brodę w
okolicy.
-Nie… ja nie
o tym. Tylko… ta baba…
-Panna Kesja
Poros. Studentka na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisarka i tłumacz.- kapitan
przeczytał z wizytówki.- O tą babę ci chodzi?
-No… tą
blondynę.- Marynarz coraz energiczniej międlił żółtą czapkę przywiązaną do
paska.
-Co z nią?
-Baba na
pokładzie zawsze oznacza nieszczęście. Zawsze! I po cośmy ją brali? Co ona?
Tylko nam się na ręce patrzy jak wrona i lata po pokładzie jakby jej kto
węgorza w dupę wsadził.
-Pisarką
jest i informacje zbiera. Po za tym zapłaciła.
-A ile?
Znaczy jeśli wolno spytać…
-A wolno,
wolno. Tygodniówkę na zaliczkę dała, a jak się jej rejs spodoba, to mamy ją zabrać
dalej i wtedy trzy razy tyle dostaniemy.
-Ło. Bogata
paniusia. W szlachcie jakiej chowana, czy co?
-A gdzie
tam! Albo… Nie wiem. Może i tak. A ty, Jacek co? Roboty nie masz?
-Chwilę
tylko mam kapitanie, bo ten młody, co goście z bratem na pokład niedawno
przyjęli, to do roboty aż się rwie, no i moją cześć zrobił już, mątwa jedna.
-Ty na niego
nie psiocz, tylko się ciesz, że za ciebie robi.
-No nie
psioczę przecie, nie psioczę.
-No. To mów
mi teraz. Jak ci młodzi się nam spisują?
-A dobrze.
Dobrze.
-I co? I
tyle mi powiesz?
-A co
kapitan chce wiedzieć?
-Nic już
wiedzieć nie chcę. Nic. Wracaj na pokład. Tylko weź zerknij na tą, no… Kasię,
żeby nam czego tam nie porobiła. Jasne?
-Jasne jak
puszka sardynek, kapitanie.
-To dobrze.
To dobrze…- Mężczyzna wrócił do kawy jak tylko marynarz wyszedł.
Radosław
miał dobre przeczucia co do tego dnia, a kiedy rano spotkał pisarkę, to prawie
go olśnił blask nadchodzącego szczęścia. Wrócił do głaskania brody bacznie
obserwując skaczącą po pokładzie jak pasikonik kobietę. Jego ludzie, co widział
po twarzach, byli rozśmieszeni, a co najwyżej poirytowani zachowaniem pisarki.
Tego jak ktoś prosi cię co chwila o narzędzia, których używasz, a potem
dokładnie je bada, albo jak stuka co chwila w podłogę, dotyka lin, czy mierzy
krokami odległości nie wytrzymałby prawie żaden człowiek. Całe szczęście zawód
rybaka miał w sobie zasadę cierpliwości. Po jakiś pięciu minutach szaleńczej
pogoni za weną pisarka zmachana swoją pracą opadła na wąską ławeczkę. Kapitan
zszedł na pokład i usiadł obok.
-Podoba się
pani mój statek?- zagadnął.
-Pasuje do
świata przedstawionego, który kreuję.
-Rozumiem… Co
powie pani, żebym przedstawił panią załodze?
-Nie trzeba.
Dam sobie radę i bez tego.- Kesja prychnęła nużąc się osobą kapitana. On to
jednak zauważył.
-Wie pani
jak nazywa się to urządzenie tutaj?
-Nie
rozumiem pana pytania.- Tamta spojrzała na niego lekko pogardliwie.
-Pisarka
powinna wiedzieć o czym pisze!- Odrzekł dobrodusznie tamten trafiając w sedno.
-A. Ale…
ależ ja…
-Z chęcią
pokaże pani także resztę urządzeń na moim statku.
-A więc… Jak
nazywało się to urządzenie?
-To jest… Co
jest?!
Zaskoczona
mina kapitana Radosta była jak najbardziej na miejscu przy niespodziewanym
przechyleniu się „Seleny” i dźwięku dzwonka oznajmiającego połknięty przez
grubą rybę haczyk. Marynarz Jacek dbał o tradycję przy pracy, więc zawsze
wyrzucali w morze choć jedną wędkę. Ta na kutrze była o wiele większa niż te,
które można zobaczyć w sklepie sportowym, a więc dla wszystkich na statku
(oprócz pisarki) wydało się to dziwne i przerażające, że gruba ryba była aż tak
blisko plaży. Trzeba tutaj zaznaczyć, że nazwa „gruba ryba” nie jest używane
tutaj ani dookreślenia bogatej szychy z miasta, ani utuczonej flądry.
-Co do
cholery?!- stary Jacek był zdumiony tak samo jak reszta, ale lata stukania
obcasami o pokładowe deski nauczyły go, że na morzu zdarzają się przeróżne
rzeczy, więc bez chwili wahania sięgnął
do śruby zatrzaskowej i zaciągnął wędkę nabijając rybkę na haczyk. Po pół
godzinie mordowania się z obiadem i własnymi siłami, a także słuchania
zachwyconych pisków blondynki, mężczyzną wreszcie udało się wyciągnąć na pokład
upragnioną zdobycz.
W momencie,
kiedy Julka smarowała nogi olejkiem, marynarze przykładali sobie dłonie do ust.
Byli
oniemiali. Ze strachu i zachwytu.