sobota, 25 lipca 2015

Śpiew Syren cz.1



Sprawca wszystkiego- donut w różowej polewie.
Sedno sprawy- ogon i łuski.
Miejsce i czas- rodzinne wakacje Julii nad morzem.
No ale co ma piernik do wiatraka? No, nie wiem. Za to donut do łusek dużo.

Dziewczyna przeszła na drugą stronę drogi, bo na chodniku zrobiło się tłoczno. W ręce dziewczyński do cna smakołyk, w głowie burzliwie myśli buntowniczej nastolatki. Uciekłszy z ogarniętego nudą i wzajemną wrogością, tymczasowego domu pragnęła wreszcie odpocząć. 25 sierpnia za pasem i do końca mordowania się z rodziną jeszcze daleko.
-Przepraszaam!- Przepychając się łokciami i kolanami pośród natłoku ludzi dążyła do dotyku piasku i morskiej wody. Chitynowo opancerzone świadomości wreszcie wolnych od pracy ludzi nawet nie zarejestrowały jej w swoich centralach. Z ciągłym westchnięciem i politowaniem nad własnym, umorusanym w codzienności gatunkiem, wreszcie dotarła do plaży. Południowe słońce odgoniło chmury z horyzontu, a więc to właśnie złoto-niebieski obraz miała przed oczami. Zanurzyła stopy w lodowatej wodzie, a zęby w przepysznym pączku z dziurką. Westchnęła. Takie chwile to prawdziwa rzadkość.
-Jaaaahiiiii! Jeeeeaaa! Ha ha ha!
Fale przecięła motorówka ciągnąca za sobą dmuchany materac. Julka zmarszczyła brwi.
-I to by było na tyle. Idioci…
Nie mogąc wytrzymać w słońcu ani chwili dłużej zgarnęła ręcznik i podreptała rozłożyć sobie gdzieś dalej parasol. Najpierw odgarnęła piasek tworząc okop, a potem ułożyła w specjalistyczny sposób koc i jak kotka się w nim umościła. Do szczęścia brakowało jej książki. Z rozkoszą otworzyła trzecią część „Pomnika Achai” odkładając czerwoną zakładkę tam gdzie zawsze- za biust. Nigdzie indziej nie mogła, bo wiedziała, że zgubi. Nawet motorówki jej nie przeszkadzały. Zatopiła się w książce.
No, a po trzydziestu minutach wartkiej akcji byłą już przy pięćdziesiątej stronie, a temperatura zaczęła dosłownie dopiekać. Odłożyła więc książkę do plecaka i wypijając połowę coli włożyła strój. Czarne bikini nie prezentowało się powalająco, ale jak na taki wyjazd w pełni wystarczyło. W okolicy same dzieciaki z rozleniwionymi rodzicami i walenie wyłożone na ręcznikach w paski. Zawsze ją to zastanawiało, jak to możliwe, że ci ludzie potrafili tyle wytrzymać na słońcu? Przecież ona to już by miała zwęgloną skórę do cna, a te kurczaki codziennie się wylegują po dwanaście godzin w upale.
Schowała wszystko do plecaka, który przykryła piaskiem i poszła do wody.
W tym samym czasie wędkarze z małego kutra niedaleko właśnie zarzucili sieci. Kolejny nieudany dzień nie mógł wchodzić w rachubę z powodu długu wobec Petuni- siostry kapitana. Kobieta dopłaciła bratu sporą sumkę do inwestycji, która miała stać się strzałem w dziesiątkę, ale okazała się nie przynosić zysków, a nawet straty. Brodaci mężczyźni odruchowo już wykonywali zwyczajne, rybackie czynności. Z tym wyjątkiem, że na statku niecodziennie był tego dnia gość.
-Proszę usiąść. To trochę potrwa.- kapitan Radost pokazał na wąską deskę.
-O nie! Musze widzieć.- szczupła blondynka prawie przeleciała przez całą długość pokładu, żeby z bliska przyjrzeć się wrażeniu zwijającej się liny.
-Tylko niech pani uważa, bo ślisko!
-Ta…- kobieta nawet nie usłyszała mężczyzny.
Kapitan westchnął i upił łyk kawy z zielonego kubka. Nie zwykł zabierać na „Selenę” obcych.
-Radek?
-No co jest, Jacek?
-Muszę z tobą porozmawiać.- Najstarszy z marynarzy wcisnął się do malutkiej kajuty.
-Myślisz, że i dzisiaj nam się nie uda?- Radost przeczesał palcami najdłuższą brodę w okolicy.
-Nie… ja nie o tym. Tylko… ta baba…
-Panna Kesja Poros. Studentka na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisarka i tłumacz.- kapitan przeczytał z wizytówki.- O tą babę ci chodzi?
-No… tą blondynę.- Marynarz coraz energiczniej międlił żółtą czapkę przywiązaną do paska.
-Co z nią?
-Baba na pokładzie zawsze oznacza nieszczęście. Zawsze! I po cośmy ją brali? Co ona? Tylko nam się na ręce patrzy jak wrona i lata po pokładzie jakby jej kto węgorza w dupę wsadził.
-Pisarką jest i informacje zbiera. Po za tym zapłaciła.
-A ile? Znaczy jeśli wolno spytać…
-A wolno, wolno. Tygodniówkę na zaliczkę dała, a jak się jej rejs spodoba, to mamy ją zabrać dalej i wtedy trzy razy tyle dostaniemy.
-Ło. Bogata paniusia. W szlachcie jakiej chowana, czy co?
-A gdzie tam! Albo… Nie wiem. Może i tak. A ty, Jacek co? Roboty nie masz?
-Chwilę tylko mam kapitanie, bo ten młody, co goście z bratem na pokład niedawno przyjęli, to do roboty aż się rwie, no i moją cześć zrobił już, mątwa jedna.
-Ty na niego nie psiocz, tylko się ciesz, że za ciebie robi.
-No nie psioczę przecie, nie psioczę.
-No. To mów mi teraz. Jak ci młodzi się nam spisują?
-A dobrze. Dobrze.
-I co? I tyle mi powiesz?
-A co kapitan chce wiedzieć?
-Nic już wiedzieć nie chcę. Nic. Wracaj na pokład. Tylko weź zerknij na tą, no… Kasię, żeby nam czego tam nie porobiła. Jasne?
-Jasne jak puszka sardynek, kapitanie.
-To dobrze. To dobrze…- Mężczyzna wrócił do kawy jak tylko marynarz wyszedł.
Radosław miał dobre przeczucia co do tego dnia, a kiedy rano spotkał pisarkę, to prawie go olśnił blask nadchodzącego szczęścia. Wrócił do głaskania brody bacznie obserwując skaczącą po pokładzie jak pasikonik kobietę. Jego ludzie, co widział po twarzach, byli rozśmieszeni, a co najwyżej poirytowani zachowaniem pisarki. Tego jak ktoś prosi cię co chwila o narzędzia, których używasz, a potem dokładnie je bada, albo jak stuka co chwila w podłogę, dotyka lin, czy mierzy krokami odległości nie wytrzymałby prawie żaden człowiek. Całe szczęście zawód rybaka miał w sobie zasadę cierpliwości. Po jakiś pięciu minutach szaleńczej pogoni za weną pisarka zmachana swoją pracą opadła na wąską ławeczkę. Kapitan zszedł na pokład i usiadł obok.
-Podoba się pani mój statek?- zagadnął.
-Pasuje do świata przedstawionego, który kreuję.
-Rozumiem… Co powie pani, żebym przedstawił panią załodze?
-Nie trzeba. Dam sobie radę i bez tego.- Kesja prychnęła nużąc się osobą kapitana. On to jednak zauważył.
-Wie pani jak nazywa się to urządzenie tutaj?
-Nie rozumiem pana pytania.- Tamta spojrzała na niego lekko pogardliwie.
-Pisarka powinna wiedzieć o czym pisze!- Odrzekł dobrodusznie tamten trafiając w sedno.
-A. Ale… ależ ja…
-Z chęcią pokaże pani także resztę urządzeń na moim statku.
-A więc… Jak nazywało się to urządzenie?
-To jest… Co jest?!
Zaskoczona mina kapitana Radosta była jak najbardziej na miejscu przy niespodziewanym przechyleniu się „Seleny” i dźwięku dzwonka oznajmiającego połknięty przez grubą rybę haczyk. Marynarz Jacek dbał o tradycję przy pracy, więc zawsze wyrzucali w morze choć jedną wędkę. Ta na kutrze była o wiele większa niż te, które można zobaczyć w sklepie sportowym, a więc dla wszystkich na statku (oprócz pisarki) wydało się to dziwne i przerażające, że gruba ryba była aż tak blisko plaży. Trzeba tutaj zaznaczyć, że nazwa „gruba ryba” nie jest używane tutaj ani dookreślenia bogatej szychy z miasta, ani utuczonej flądry.
-Co do cholery?!- stary Jacek był zdumiony tak samo jak reszta, ale lata stukania obcasami o pokładowe deski nauczyły go, że na morzu zdarzają się przeróżne rzeczy, więc bez chwili wahania  sięgnął do śruby zatrzaskowej i zaciągnął wędkę nabijając rybkę na haczyk. Po pół godzinie mordowania się z obiadem i własnymi siłami, a także słuchania zachwyconych pisków blondynki, mężczyzną wreszcie udało się wyciągnąć na pokład upragnioną zdobycz.
W momencie, kiedy Julka smarowała nogi olejkiem, marynarze przykładali sobie dłonie do ust.
Byli oniemiali. Ze strachu i zachwytu.

poniedziałek, 20 lipca 2015

83 WDF



Nie lubię poranków.
A w szczególności, kiedy budzę się w pomiętych ciuchach w kamperze zaparkowanym na pustym parkingu. Nie mogę się o to jednak gniewać, bo ten parking jest tuż pod wrocławskim zamkiem, w którym co roku odbywają się Dni Fantastyki. Tak! Sobotę spędzę z rodzinką właśnie tam, buszując pomiędzy innymi konwentowiczami w cudownej atmosferze grona fantastycznych wybrańców.
-Pobudka! Już siódma! Musimy kupić bilety. Tato! No wstawaj.
Rodzice przeciągnęli się zmęczeni. To dzięki nim wszystko się udało.
-Ja pierwsza myję zęby!- Ubiegłam brata i zatrzasnęłam się w łazience. Po pół minucie stałam już nad czajnikiem wlewając do niego wodę na herbatę. Brat miał za zadanie pościelić łóżka, a tata smarował kanapki. Jedynie mama nadał leżała rozłogiem. Ona to dopiero jest śpiochem. Jak za wcześnie ją ktoś obudzi, to od razu łapie zły humor na cały dzień i potem nie da się z nią wytrzymać.
Zjedliśmy śniadanie i mama wywaliła tatę na zewnątrz, żeby pędził po akredytację. Wrócił naburmuszony, że niepotrzebnie mu rozkazywała, bo jeszcze nie mają otwartych kas. I całe szczęście, bo ja jeszcze gotowa nie byłam. Wiecie jak długo sznuruje się glany? Niby zależy to od ilości dziurek, ale tam lubię robić z tego „ceremonię”. Ech. Jak ja świetnie wyglądam w rurkach moro z nogawkami wciśniętymi do butów i w szarej bluzie narzuconej na zwyczajny t-shirt.
W końcu wyszliśmy z „domu”. Jeśli można tak nazwać auto połączone z sypialnio-kuchnio-łazienką, to spoko. Nie wiem dlaczego moi rodzice tak ekscytują się kupnem nowego pojazdu. Mnie tam takie rzeczy nie za bardzo ostatnio obchodzą. Przez to zresztą ciągle się z nimi kłócę. Oni uważają, że jestem „nieżyciowa” i „rozpieszczona”. No dobra. Co do tego, to muszę przyznać im rację, ale przecież wprost tego nie powiem, nie?
Po pół godzinie zażartych bojów o to kto znowu ma iść odebraliśmy zawieszki od taty i ruszyliśmy na zwiedzanie. Na zewnątrz, zaraz przy bramie była sekcja zakupowa, którą zostawiłam sobie jako wisienkę na torcie, a gdzie od razu skierowała się męska część naszej grupy. Po lewej była ścieżka prowadząca do rozległego parku i mini amfiteatru. Za główną budowlą znajdowało się pole do Jaggera i LARPów, ale na razie nic się tam nie działo, bo odgrywający pewnie jeszcze spali. W zeszłym roku, jak byłam na DF z mamą i Niką, to spałyśmy w pobliskiej szkole w sali od matmy. Tych wystawionych przed drzwi buciorów nigdy nie zapomnę!
Schowałam telefon do kieszeni na udzie, a zajęłam się rozkładem prelekcji. Musiałam szybko znaleźć salę konferencyjną IV, bo inaczej przepadłby mi wykład o obłędzie, który zaproponowała mi mama.
-Może chodźmy niżej?- Mama pokazała na schody.
-Nieach. Tam jest sala gamingowa i całe podziemia nerdów grających w RPGi. My powinnyśmy… iść w górę. Jest znak.
Pod salą stanęłyśmy dokładnie kiedy poprzednia widownia wychodziła. Zajęłyśmy miejsca w miarę daleko od sceny i czekałyśmy co dalej. Prelekcja zaczęła się jak tylko większość krzeseł była dociążona ciałami ludzkimi. Taa. Charakter wykładu miał w sobie dużo grozy, ale i humoru. Profesor, Piotr Kistela,  też był spoko. Mówił o obłędzie tak ciekawie, że moja mama też się zainteresowała. Pierwszym przypadkiem było obgryzanie paznokci. Profesor powiedział, że u ludzi z obłędem, kiedy kończą się paznokcie, nie kończy się potrzeba obgryzania kończyny. Człowiek taki, nawet nie wiedząc jaki się okalecza, w końcu zjada całą rękę. Okropne, prawda? Drugie, o czym opowiedział, to przejmowanie humoru i innych cech od bliskich nam ludzi. Przytoczył tutaj dwie siostry, które były tak ze sobą związane, że kiedy jedna złamała nogę, to ta druga czuła ból.  Ale to też nic w porównaniu z kolejną grupą ludzi, mającą za wewnętrzny cel posiadanie na sobie wszelkiej uwagi, chociażby sprawiając sobie lub innym widoczny ból. Tym razem matka faszerująca swoje dziecko arszenikiem stała się bohaterką jego opowieści. Najlepsze jednak było prawie na końcu. Choroba nazywająca się „Wściekłą Ręką”. Sytuacja, w której to człowiek posiada jedną z dłoni o własnej świadomości. I pewnie nic by się wielkiego nie stało mając taką kończynę, gdyby nie to, że ta dłoń zawsze chce nas zabić. Czy to przez uduszenie podczas snu, czy wbicie widelca w oko. Ten przypadek dość nas wszystkich rozbawił, bo chyba każdy pamięta Pana Rąsię, z rodziny Adamsów. No i już do końca dnia bawiłam się, że moja dłoń jest opętana i chce mnie zabić. Ha ha ha Mama prawie w to uwierzyła! Ale nie dziwię się jej. Pan profesor dość dobitnie powiedział, że chorym na obłęd może być każdy z nas, nawet o tym nie wiedząc.
Kolejną prelekcję spędziliśmy u pana Trupiarza, jak nazwałam go z racji jego zainteresowań. Gościu fanatycznie zajmuje się trupami i wszystkim co z nimi związane, czyli śmiercią i przede wszystkim pogrzebami. Pisze nawet w piśmie „Coś na progu”. Na nazwisko miał chyba Wiatraczek… nie… wait… już wiem, Śmigieł! Łukasz Śmigieł. Teraz sobie przypomniałam. Ale i tak dla mnie jest Trupiarzem. A więc pan Śmigieł wyłożył nam na serio kupę faktów o obrzędach pogrzebowych i jak dawniej zapobiegano powstawaniu z martwych. Po pierwsze, jak padało podejrzenie o czary, to takiego osobnika dodatkowo w trumnie przygważdżano kołkiem, jakimś kamieniem, zostawiano mu na pomniku supełki do rozwiązania, sadzono specjalne drzewa, albo niosąc na cmentarz co chwila zmieniano drogę. Dowiedzieliśmy się też o tradycji nawiązania kontaktów niektórych plemion żyjących w buszu, czyli jak zjadali przeciwników żeby móc się żenić z ich kobietami, bo już były „swoje”. Ha! Moją uwagę przykuła wzmianka o kanibalach ogłaszających się w necie i o chęci niektórych ludzi do bycia ich ofiarami. Czy zechciałaby pani pójść ze mną na kolację, panno Pots? Z radością. A co będzie pańskim specjałem, Teodorze? Ach, tym razem Kowalski, moja droga. Już nie mogę się doczekać, mój miły! Ha ha ha
Tych prelekcji jest zawsze całkiem sporo, ale jakoś złożyło się tak, że były prawie równocześnie. Dlatego też ostatni wykład spędziłam siedząc naprzeciw Wiktora Noczkina i czekając aż w końcu będę mogła poprosić go o autograf. Kurde. Zauważyłam, że większość moich książek pisanych jest przez starszych panów z brodą. Hm… Jakoś tak dziwnie, ale jeśli chodzi o świat literatury, filmu i gry, to zdecydowanie przeważają w nim mężczyźni. Tak na pierwszy rzut oka, nie? Nie zauważyliście? No trudno.
Musicie wiedzieć, że DF we Wrocławiu są dla mnie szczególnym wydarzeniem. Były pierwszym konwentem w moim życiu i nigdy ich nie zapomnę. Co roku jest fajniej, szerzej. Co roku wiem więcej i kojarzę o czym mówią ci „doświadczeni”. Nie zamieniłabym tego czasu na nic innego. Chociażby dla tych cudownych ludzi, których tam spotkałam. Dla ich koślawych autografów (jak na razie mam tylko W. Noczkina i A. Sapkowskiego ), ciekawych historii, przepięknych cosplay`ów, ciężkich butów i czarnych koszulek.
Kurde. Szkoda, że tak krótko tam byłam. No ale niestety. Rodzinka zaplanowała jeszcze sporo atrakcji. Następnego dnia zwiedzaliśmy stary Wrocław, a w poniedziałek poszliśmy do zoo.
I tym miłym akcentem właśnie zaczęłam wakacje. A za dwa miesiące trzecia klasa!

Czyli- TO BE CONTINUED!

82 Zakończenie roku szkolnego



-Mamo?
-Zrobisz mi kawę? Jestem padnięta. Oczy mi się lepią i jak nie wypiję kawy, to idę spać.
-Mamo! No weź pomóż. Co mam na siebie włożyć? Jutro zakończenie!
Dopiero teraz mama otworzyła oczy. Ledwo co wróciła z pracy,a miała masę papierkowej roboty. Rozumiałam ją, ale ja też miałam trochę na głowie.

Sorki, że tak szybko przeskoczyłam z opowieścią, ale na serio nic ciekawego się później nie działo. Z Lexem już więcej nie gadałam, a chłopaki odstawili mnie prosto na przystanek. Wypłatę dostałam równą ich, za zmarłych kumpli, ale nawet nie sprawdziłam ile tam tego było, tylko wpakowałam do torby i za szafę. W domu było jak zawsze. Dziadek odkupił kury, koty same przyleciały do domu, a pies okazał się cały ten czas zabawiać u sąsiada. Nie miałam o czym myśleć. Żadne niespotykane rzeczy nie zdążyły się wydarzyć do ostatniego czwartku mojej szkoły. Na moje szczęście nikt się nie pytał dlaczego mnie nie było. Jakoś tak nałożyło się to na moje „plany” co do pielgrzymki z babcią do Francji. Mi też to wystarczyło.
Czy myślałam jeszcze o tym wszystkim? O moim życiu? Tak. Starałam się przeanalizować wszystko na sucho. Spisałam na kartce dręczące mnie myśli, a potem na nie skrzętnie odpowiadałam. Doszłam do wniosku, że tego kim teraz jestem nie mogę zmienić, ale mogę się postarać, żeby być w tym jak najlepszym. Jeśli mam być potworem, to będę tym najstraszniejszym. Jeśli moją rolą jest walka, to będę walczyć do upadłego. A jeśli obrona, to będę stać na straży, aż nic ze mnie nie zostanie.
Czy jestem zła? Dla ludzi pewnie tak. Dla ciemności pewnie tylko żałosna. A dla siebie? Nikt nie jest idealny. Tym bardziej ja. A jednak chcę dążyć do stania po tej dobrej stronie. Komiksy mnie nauczyły, że czasami trudno jest odróżnić dobrą stronę od złej. Mam nadzieję, że nie popełnię tego błędu.
A wiecie czego jeszcze nauczyły mnie komiksy? Że nawet jeśli ci się wydaje, że jesteś tym jedynym, to znajdzie się ktoś, kto… A, nie ważne. Chodzi mi o moją mutanckość. Może gdzieś tam jest prawdziwy Charles X. i przyjął by mnie do swojej szkoły? A może Nick Fury ma otwartą listę nowej grupy taktycznej? A może… No właśnie. To jest tylko „może”.
Jak na razie jestem tylko ja. I mogę tylko czekać co dalej. Co oczywiście nie znaczy, że będę ten czas trwonić bezczynnością. Już jutro wakacje, więc będę miała sporo chwil na przygotowanie do kolejnych przygód. Kto by ich nie chciał, nie? Będzie zabawnie.

-Jak chcesz, możesz nie zakładać spódnicy.
-Serio? O. Fajnie. To ja bym tak… wiem! Wiem co założę.
Mama zrzuciła torebkę na ziemię i oparła głowę o stół.
-Kawa…- wyburczała już nawet na mnie nie patrząc.
Zawołałam brata, bo tylko on umie używać ekspresu, a sama poszłam do pokoju. Musiałam się przecież przygotować.
Rano włożyłam na siebie białą koszulę z długim rękawem, na to czarną marynarkę (której oczywiście nie lubię, bo nasza krawcowa nie ma daru do tworzenia ubrań samemu), a niżej czarne prawie skórzane rurki i glany. Wyciągając je z szafy zauważyłam, że obok jest puste miejsce po moich martensach. Lex miał mi zrekompensować straty… No ale nie dziwię mu się, że już się nie odzywa. Byleby tylko nie zrobił czegoś głupiego. Musiałabym wtedy znowu się z nim spotkać. Im mniej osób wie o mnie, tym lepiej. A najlepiej, żebyśmy tylko my z Lexem wiedzieli prawdę. Tak an chłopski rozum, to najwygodniej byłoby mi o nim całkowicie zapomnieć. Taa. Pomyślę o tym.
Wpakowałam się do gimbusa. W ręku miałam kwiaty dla nauczycieli, na ramieniu przeszkadzającą torebkę.
-A! Zapomniałabym. Oli!- Odwróciłam się i przybiłam kumplowi żółwika.
-Dajesz im kwiatki?
-Taa. Nie zasłużyli sobie, ale co tam! Ech. Mama mi kazała…
-Ja nie wiem. Mi też coś dała. Ej. A kto będzie rozdawał czekolady?
-Jakie czekolady? Dla trzecioklasistów?
-Dla nauczycieli. Ktoś miał kupić z kasy klasowej.
-A. To nie wiem. Ania wsiada, to się zapytamy.
-Hejcia!- Ania pomachała nam już przy wejściu.
W przeciwieństwie do mnie ona nosiła spódnice i buty na obcasach. Teraz też wyglądała bardzo ładnie. Miała długie, spięte spinką włosy i grzywkę.
-Zmieniłaś fryzurę!
-Taa! Jest spoko, Julcia?
-No pewnie. Śliczna jesteś, Aniu.
-Ej. Kto będzie rozdawać czekolady?- Oliwier wciął się w rozmowę.
-Cała klasa. Moja mama kupiła.
-Acha.- Po tym Oli wrócił do swojej ukochanej szyby.
-A to nie czasem z klasowych pieniędzy?- Zapytałam.
-Właśnie. Ty jesteś skarbnikiem, Julcia, więc ciebie muszę spytać. Przyniesiesz mi na jutro tą kasę?
-No pewnie. Ile?
-Kurczę… Nie pamiętam. Ale na pewno wystarczy. Matematyczka liczyła, to wiesz.
-No wiem. Tyle że ona dość często się myli.
-Hi hi hi
Resztę drogi już tylko się chichrałyśmy. Gdyby była Milena, to pewnie zaczęłybyśmy też się śmiać, ale no wiecie… wszyscy byli w żałobie. Ugh. Ten świat jest męczący. Zawsze jak jest fajnie, to coś musi się popsuć. No kurde, no! Jak tak można!
Szkolny apel był nawet przyjemny. Puścili filmik, skecze odgrywała też moja klasa, a po wszystkim wreszcie rozdali świadectwa. Musiałam wyjść na środek jakieś dziesięć razy! Ale opłaciło się. Dostałam pasek i nagrodę książkową! Yay. Na serio się nie spodziewałam. Myślałam, że będę miałą średnią najwyżej 4.40, a tu jednak. Musiałam komicznie wyglądać z tym głupim uśmieszkiem na twarzy. Kurde. Ale się cieszę, że już koniec roku!
Siedzę sobie teraz na łóżku i niedowierzam, że od jutra będę mogła spać do jedenastej. Poprawka jutro jeszcze nie.
Jutro jadę na Wrocławskie dni Fantastyki!

81 Trudne gadanie



Gadanie jest czasami trudniejsze od... od… od nie wiem czego! I najtrudniej było mi zacząć.
-Ja wcale… pewnie myślisz, że jestem potworem, co? Takim… demonem z piekieł, albo…
Lex ponaglił mnie wymachem dłoni i przekrzywieniem głowy.
-Em… nie wiem od czego zacząć. Nie umiem tak sama z siebie! Zadaj pytanie.- westchnęłam.
-Jeśli tak wolisz. Jesteś taka od zawsze?- Spojrzał na mnie jak prawdziwy terapeuta.
-Nie. Od dość niedawna.
-Kiedy odkryłaś czym…?
-Czym jestem? Zdałam sobie sprawę, że jestem mutantem  jakieś… dwa tygodnie temu?
-Hm…
-Hmmm? Hmm?! Jesteś okropny w zadawaniu pytań. I domyślaniu się! Idiota… Wiesz kiedy się to zaczęło? Wiesz?! Kiedy ty wparowałeś na Mszę! Wtedy! Porwałeś mnie, mieliśmy ten… ten… wypadek, a potem ta walka i… i… nie wiesz co oni mi zrobili! Nie wiesz! Nie było cię tam! Nie było cię tam… Bo… bo… Ech. Kogo ja oszukuję. To nie jest niczyja wina.
Spojrzałam na niego kątem oka, ale był jak kamień. Przynajmniej nie musiałam się martwić, że i on się rozpłacze.
-Kiedy ty zabrałeś Nikę na zewnątrz, ja zostałam, pamiętasz?
-Tak.
-Próbowałam, ale nie dałam rady się z tego wywinąć… ja… oni mnie po-ojmali. I.. tak wyszło, że ten świr prowadził tam eksperymenty, a mnie wcale nie chciał zabić, bo takie świry nie zabijają tylko torturują, więc dopięli mnie do takiej śmiesznej maszyny i patrzyli przez szybę i to było trochę straszne, ale starałam się trzymać dzielnie, wiesz? No i on mnie podłączył do D-demonizatora, a potem j-jakoś udało mi się uciec i poszłam do niego i tak jak ty powiedziałeś… tak jak powiedziałeś… ja…
No i tyle by było z prostej gadki. Emocje wzięły górę, a teraz chyba się rozpłaczę.
-I kurczę stałam się tym! Mutantem! Oślizgłym brzydactwem zabijającym ludzi!
Wykrzyczałam przez łzy. Nie mogłam… a może się bałam? Nie wiem. Ciężko jest mówić jak ktoś nas skrzywdził, a ja musiałabym jeszcze powiedzieć jak ja krzywdziłam. To było za dużo. I jeszcze przy tym wszystkim miałam świadomość, że nie mam prawa tak o sobie myśleć. Bo nie byłam przecież ofiarą.
Zaczęłam więc biec. Ile sił w nogach. Byle dalej od niego, byle uciec.
-Julka!
Słyszałam za sobą jak mnie wołał, ale nie chciałam reagować. Tylko biegłam. W pewnym momencie, kiedy już widziałam wyjście, on złapał mnie za rękę. Ale nie to mną wstrząsnęło. To mój wewnętrzny dzwon ostrzegawczy nagle zadudnił gdzieś pod czachą. Bez namysłu rzuciłam się do tyłu. Upadliśmy po raz kolejny tego dnia na zimny grunt. Nad głową zaświszczały kule.
-Staaać!- Ktoś wrzeszczał niemiłosiernie.- Stać, bo strzelam!
-Przecież już wystrzelił.- Powiedzieliśmy równocześnie z najemnikiem, na którym leżałam.
Nie zdążyłam nawet o tym pomyśleć, kiedy ten sam odezwał się nad nami równie głośno.
-Ohohoho! Koga ja widzę! Jacek i Barbara! Zakochana para!
Widać Borka jednak nie zginął, jeśli mógł tak perfidnie, ale jednak uroczo się z nas naśmiewać. Rzeczywiście wytrzymały z niego chłop.
- Jesteś zazdrosny?- Poderwałam się na równe nogi i tak po dziewczyńskiemu rzuciłam mu się w ramiona.
-O! A tego się nie spodziewałem! Hahaha.- Pachniał ogniem i lasem. Ciekawe połączenie.
-Cieszę się, że żyjesz.
-Mnie nic nie pokona!
-Pozwolisz, że sobie  pożyczę.- Założyłam skradnięte okulary i zawiązałam chustę na twarzy.
-Ma się rozumieć, że oddasz?
-No pewnie. Jak tylko znajdę nową maskę.
Zaczęliśmy się śmiać.
-No. Chodźmy, bo podwózka czeka.
-Taa? No patrz, Lex, ktoś jednak potrafi zorganizować tak prostą rzecz.- Odwróciłam się do najemnika.
On nie miał ochoty na takie bzdety, więc tylko wyminął nas i pomaszerował w stronę zaparkowanych samochodów. Ekipa była już w środku. Brakowało tylko mnie i rudego.
-Fiasko, dziewczyno! Nie cieszysz się? Jutro wypłata!
Muskularny pewnieirlandczyk wymachiwał łapskami w każdą stronę żebym tylko dobrze zrozumiała co ma na myśli.
-To Lex ma wystarczająco kasy na takich gości jak wy?
-Żartujesz? On to jest  dopiero przy forsie!- Szepnął mi na ucho.
Nie zdążyłam o nic więcej zapytać, bo w ciężarówce było dość ciasno.
Skierowaliśmy się w stronę domu.