niedziela, 27 września 2015

89 W kuchni



-Możesz mnie zapewnić, że nikt nie zginie?
-Aż tak ci na tym zależy, słonko?
Spędziliśmy w kuchni dobrą godzinę zanim omówiliśmy cały plan. Wydawał się być nawet dobry, a przynajmniej wystarczająco efektowny, żebym mogła wziąć w całym procederze udział. Lexowi zależało na dość cennych danych, które być może będą związanie również ze mną, przy czym nikt nie mógł się dowiedzieć, że wszystko to jego sprawka. Nawet dziecko rozpoznałoby w tym zarys fabularny prostego filmu akcji. Niby nie powinnam się zgadzać, ale… hm… macie czasem wrażenie, że dookoła dzieje się coś, od czego zależy wasze życie, ale wy nie macie na to żadnego wpływu? I nie mówię tutaj o prawdziwym życiu, tylko o mojej możliwości na wzięcia sprawy w swoje ręce i na trochę więcej rozrywki niż na co dzień. Potrzebowałam informacji o tym ukrytym i cały czas zaskakującym mnie świecie, a ta akcja dawała mi taką możliwość.
-Tak. Nikt nie musi ginąć- powiedziałam.
-A wypadek przy pracy?
-Masz na myśli rzucenie nożem w niewłaściwą stronę?
-Nie koniecznie nożem, ale na przykład wazonem. I co wtedy? Też się liczy?- najemnik oparł się o metalowy blat.
-Wiesz, o co mi chodzi. To ważne.- spojrzałam na niego sponad listy.
-Dobra. Niech będzie. Rozkażę moim podwładnym zmniejszenie użycia siły do minimum. Wygrałaś słonko.
-Ok.- uśmiechnęłam się do niego szczerze i wróciłam do studiowania ważnego kawałka papieru. Nie sądziłam, że ten prawdziwy morderca psychopata się na to zgodzi.
-Podoba ci się?
-To, że będę musiała chodzić na lekcje tańca, czy shopingi ze stylistkami? Hm… niech się zastanowię… Nie.
-Każda blondyna marzy o spędzeniu takiego tygodnia!
-No patrz. To pewnie ty już tak z miesiąc balujesz, co?- spojrzałam na niego z ukosa.-Dobra. Nie ważne. Wracając do zlecenia…
-Jeszcze jakieś wymagania, księżniczko?- najemnik sięgnął po notes i długopis.
-Taa. Po pierwsze, chcę dostać wszystkie rzeczy, których będę używać, na własność.
-Acha. Nie rozumiem, słonko.
-Wszystkie ubrania, gadżety, broń i takie tam.
Lex nabazgrał coś w notesie i pokiwał mi głową.
-Po drugie, to ja wybieram sobie te wszystkie rzeczy.
-Yhym.
-Po trzecie, będę to robić po swojemu.
-Umiesz aż tak dobrze randkować? Czy może masz jakiś hipnotyzer w oczach, że jesteś tak pewna siebie?
-Ten gościu raczej nie chciałby słyszeć z ust ukochanej takich tekstów jak twoje.
-Taa. Bo ty umiesz lepiej, co? Byłaś w ogóle kiedykolwiek na randce?
Lex trochę przesadzał. Myślał, że jest taki cool i wszystkie laski na niego lecą, to i facet poleci. No chyba po to, żeby mu zdzielić, a nie się umówić. Nie mogę sobie tego wyobrazić. Lex w sukience i z tym głupim irokezem puszcza oczko jakiemuś elegantisiowi. Ha! Zabawne.
-I co? Fajnie było, słonko?- zakpił najemnik.
-Fajniej niż z tobą, Leksik.
-Miałaś tak do mnie nie mówić, słonko- najemnik zrobił groźną minę.
-A ty mi słonko- odpowiedziałam zajadle zeskakując ze stołu, na którym siedziałam.
-Nie zaczynaj ze mną- Lex zmierzył mnie morderczym wzrokiem.
Może i miny robił dobre i umiał udawać twardziela, ale… no cóż… jakby to powiedzieć, nie był już „tym najgroźniejszym” w moim towarzystwie.
Oblizałam usta i poprawiłam włosy. Zobaczyłam jak zerknął na moje dłonie. Podeszłam do niego powoli i stanęłam tak blisko, jak wtedy w kościele.
-Nie chciałbym ci zrobić krzywdy- powiedział najemnik patrząc mi w oczy.
Jak mogłam starałam się zachować spokój. Nie mogłam się przy nim przemienić, a przynajmniej nie całkowicie, bo nie byłabym pewna co z tego wyjdzie. Nie chciałam też pokazywać wszystkiego co umiem, bo przez to byłabym otwartą kartą. Wystarczyła tylko drobna cząsteczka mocy żeby przemienić dłoń lub oczy. Chociaż… oczy w sumie nie.
Uśmiechnęłam się najdelikatniej jak potrafiłam i jeszcze bardziej zbliżyłam.
-Nie bój się- szepnęłam.-Postaram się nie ugryźć za mocno.
Może i rozgorzałaby między nami walka, może i polałaby się krew. Na jego szczęście w momencie gdy już miałam się ruszyć do kuchni weszła kobieta pachnąca bzem. Żadne z nas się nie poruszyło, a kobieta zamarła zaraz przy wejściu.
-Może innym razem- powiedział najemnik.
Wyczułam w jego głosie irytację, zimno… i coś jeszcze. Nie umiem tylko tego sprecyzować. Uczucie jakby kojarzące się z truskawkami. Taa. Może to i dziwne porównanie, ale tak jest łatwiej opisać coś nienamacalnego. Czasami zdarza mi się też mówić w taki sposób o ludziach. Trudno jest kogoś opisać słowami, a daniami trochę łatwiej. Gdym miała opisać np. moją mamę, to powiedziałabym, że jest jak spaghetti. XD I teraz zrozumcie o co mi chodzi.
-Wracając do tematu- odsunęłam się od niego.- Po czwarte, chcę mieć nieograniczony dostęp do danych i informatorów.
- Coś jeszcze, czy możemy już zacząć przygotowania? Jessico? - najemnik zwrócił się do kobiety.
-Samochód już czeka, szefie- powiedziała tamta patrząc na nas w lekkim szoku.
-Już dzisiaj zaczynamy?- spytałam.
-Tak. Jessica się tobą zajmie. Ona też zna cały plan.
-Dobrze. Gdzie najpierw jedziemy?- spojrzałam pytająco na Lexa.
-Wszystkiego dowiesz się w drodze.
Sprawdziłam czy w kieszeni nadal mam telefon. Musiałam wysłać sms`a mamie, że wrócę później, bo inaczej jeszcze by po policję dzwoniła i nie potrzebnie się zamartwiała.
-Ok. Gdzie ta umowa, którą mam podpisać?
-Dostaniesz ją najwcześniej jak to będzie możliwe- najemnik kiwnął kobiecie stojącej już w drzwiach.
-Panno Gwiazdko, proszę za mną- powiedziała tamta, a ja zrobiłam głupią minę.
-Widzę, że moje przezwisko złapało nawet u twoich.
-Sam kazałem im tak do ciebie mówić, słonko- najemnik nadal stał w miejscu. 
Ruszyłam uśmiechnięta w stronę drzwi.
-Ty nie jedziesz?- zapytałam jeszcze zanim wyszłam.
-Nie.
Znowu byłam w sali z pięknie zastawionymi stołami. Nikt jeszcze nie posprzątał dań, od których odeszli agenci i na ich widok poczułam się trochę głodna. Przechodząc obok naszego stolika zgarnęłam swój wojskowy plecak i rzuciłam okiem na zamówione danie. Wyglądało jak kwiecisty bukiet z warzyw i mięsa. Całkiem smacznie. 
Westchnęłam w duchu i podążyłam za agentką.

środa, 23 września 2015

88 Carpe die`m



-Czy ty zwariowałeś?
Siedzieliśmy z najemnikiem w jednej z droższych restauracji w mieście czekając na zamówione dania. Nazwy w karcie nie brzmiały apetycznie, ale zapewnienia towarzysza jakoś mnie przekonały do wywijasowo zapisanych dań.
-Nie. To moja propozycja.
-Przecież widzę! No way! Nie zgadzam się.
-Zastanów się- Lex patrzył na mnie w sztywny sposób.  
Od samego momentu zaparkowania przy „Carpe die`m” był wycofany, zimny i bardzo konkretny. Nie jak on. Ani razu nie nazwał mnie „słonkiem”. To znaczy, nie żeby mi to przeszkadzało… po prostu było jakoś tak… nieprzyjemnie.
-Nie mogę- odpowiedziałam po chwili milczącego wgapiania się w okno.
-Dlaczego? Wynagrodzenie…
-… mnie nie interesuje- przerwałam mu.- Nie jestem jakimś tanim rzezimieszkiem, który za stówkę pójdzie na akcję! I to jeszcze taką! Za kogo ty mnie masz? Za... za… swawolną dziewoję?!
-Uspokój się. Nie uważam tak. Chcę cie wynająć do fachowej… misji…
-No właśnie! Masz tyle idących na łatwiznę agentek, a akurat ja wpadłam ci w oko! Niedoświadczona, gimnazjalistka, nieobyta, nieumiejąca… Zastanawiam się po co ci ktoś taki jak ja. Jako przynęta? A może najemnicy teraz w takich gustują, co? W bezbronnych.
-Nie jesteś bezbronna- najemnik złapał mój wzrok i zmusił do zamknięcia niewyparzonej buzi, jaką posiadam.
-A więc o co chodzi?- zapytałam w końcu spokojnie.
Patrzyłam na niego nie z nadzieją, że tylko sobie żartuje. Nie wiem, czy czułam się jak gdyby właśnie wpadł do środka nauczyciel i powiedział, że jutro mam pisać test z całego materiału, czy raczej jak dziecko, któremu mama każe posprzątać pokój.
Lex chciał, żebym przyjęła ofertę. Miałam zgodzić się i wykonać zlecenie. Czy mogłam to zrobić? Czy mogłam uwieść jednego z młodych miliarderów, wejść w jego łaski, zaprzyjaźnić się z nim, a potem wystawić  okradając z tego, o co prosił mnie najemnik? Na razie wiedziałam tylko tyle, ale przeczuwałam, że sprawa jest większa, bo inaczej Lex nie stawiał by na tak niepewnego konia.
Bosz. Porównałam się do zwierzęcia…
-Potrzebuję cię…
-Przestań. Nie chcę więcej tego słyszeć- rzuciłam w niego ostrymi emocjami.- Albo powiesz o co, konkretnie chodzi i przestaniesz sprzedawać mi ten słodki kit, albo stąd wyjdę i już nigdy więcej mnie nie zobaczysz.
Ech. Z tym trochę przesadziłam, ale nie mogłam się powstrzymać. Ten idiota zaczynał mnie wkurzać. Wyjeżdżał mi z takimi tekstami, a mówił o czymś na serio poważnym. Nie lubię takich sytuacji.
-Nie mogę przedstawić ci wszystkich aspektów oraz planów zadania. To byłoby…
-Bardzo odpowiednie w tej sytuacji.- weszłam mu w słowo.
Chyba tego nie lubi, bo wzdrygnął się i jeszcze bardziej wyprostował.
-No co? Czego się spodziewałeś? Że podpiszę kontrakt nie wiedząc co w nim jest? Najpierw wyłożysz mi kawę na ławę, wszystkie dane jakie posiadasz, cały plan, zarys sytuacji, cele i kolorowe mapki, a potem zdecyduję, czy warto brać w tym udział.
-Nie mogę.
Jego jasna fryzura mocno kontrastowała z czarnymi szkłami okularów. Nie mogłam się dopatrzyć błękitu oczu. Mogłam jednak przeglądnąć się w czerni jak lustrze. A właśnie. W czerni.
-Nie idę z tobą w ciemno, Lex. Zdecyduj się. Ta misja jest dla ciebie, aż tak ważna, żeby do zabawy mnie zapraszać, czy nie?
-Jest. Pozwól, że przedstawię ci moich ludzi. -uśmiechnął się tak szelmowsko i uroczo, że nawet podłapałam ten gest i lekko odpowiedziałam.
Zanim jednak odwróciłam wzrok w stronę, którą wskazał poczułam w głowie okropny, pulsujący nieprzyjemnie dźwięk dzwoneczka ostrzegawczego. W szkłach okularów dostrzegłam zarys sylwetki. Zareagowałam machinalnie. W sekundzie znalazłam się za osobą z bronią, trzymając jej nadgarstek i unieruchamiając dłonią zaciśniętą na szyi. Kopnęłam człowieka, który według „MutantSense” mi zagrażał, w kolana, zmuszając go do klęknięcia. Trzymając przechyloną szyję niedoszłego napastnika przy wilczych kłach wyczułam kwiecistą woń bzu. Różowe perfumy bardzo pasowały do sylwetki kobiety, którą unieruchomiłam.
W restauracji nie było żadnych cywili. Uświadomiłam to sobie gdy na znak Lexa wszyscy znieruchomieli tak, jak stali. Widziałam dłonie zaciśnięte pod marynarkami i przygotowane na wszystko twarze. Pstryknięcie palców i już bym nie żyła. No… może gdybym nadal była człowiekiem. A teraz? Kto to wie…
-Czyżbyś się mnie bał, Leksik?
Zacisnęłam usta nie pokazując mu jak białe mam ząbki. Teraz był jego ruch.
-Ha! Ja, ciebie? Nigdy!
Nagle dawny Lex znowu powrócił. Poczułam ulgę. Moje kobiece zmysły podpowiadały, że to była próba, a ja ją przeszłam. Całe szczęście rozmowy o pracę w normalnym świecie tak nie wyglądają! Rozwinęłam podłapaną myśl i doszłam do wniosku, że sprawa jest poważna, a Lex nie pozwoli mi wyjść bez podpisania umowy. I dlatego powinnam wynegocjować jak najlepsze warunki.
-Twoi ludzie mi przeszkadzają.
-Oczywiście księżniczko! Już rozkazuję swoim podwładnym. Podwładni!
Na teatralny rozkaz tamci zebrali swoje psychopackie tyłki i opuścili lokal. Została tylko kobieta, którą trzymałam.
-Może byś jej pozwoliła wykonać rozkaz, co? Inaczej będę musiał ją według prawa księżniczek ściąć, słonko.
-Acha. IronicznyPanLexWielki powrócił.- Odpowiedziałam zgryźliwie puszczając jego człowieka wolno.
Odezwałam się dopiero gdy zostaliśmy sami.
-A teraz przejdźmy do interesów.
-Ależ oczywiście, słonko! Lecę i zadzieram kiecę! Chodźmy zatem do kuchni.- Zaśmiał się odkładając okulary i kierując się na zaplecze.
-A więc jednak mam zostać twoim rzeźnikiem, co?
-Zapewne pięknie siekasz nożem, ale potrzebuję twojej dziewczęcej wersji.
-Czyżbyś sugerował, że siekając mięcho nie jestem dziewczęca?
-Nie… Ja to powiedziałem?
Zaczęliśmy się śmiać. Weszliśmy wreszcie do kuchni, która okazała się być prawdziwym składowiskiem smacznych potraw i kart danych. Pełno pysznych wykresów, map i list.
Chyba jednak nie mogę się doczekać nowej pracy…
XD

środa, 9 września 2015

87 Nierealna sytuacja



Dlaczego ja?
 Kiedy tak stałam na chodniku otoczona zewsząd ludźmi zakrywającymi usta z jakiegokolwiek powodu, czy to zachwytu, oburzenia, niedowierzania, czy drwiny, to na serio miałam dość. Robiło się dobrze, zaczynałam wpadać w klimat, a tu masz! Ot, sobie przylazł, stanął na środku chodnika i ja akurat musiałam na niego wpaść. Niby moja wina, bo szłam z zamkniętymi oczami, ale jaki idiota stoi na środku chodnika? I to jeszcze z motorem?!
-Lex, ty idioto!
-Gwiazdko!
Najemnik zmierzył mnie wtedy wzrokiem tak dokładnie, że miałam ochotę mu przyłożyć. Przyłożyć tak, że potrzaskałby sobie te wycackane okularki o postawiony na sztorc toną kleju irokez. Wyciągnęłam wzburzona słuchawki z uszu tak, że zwisały luźno zza bluzy. Miałam akurat na sobie skórzane czarne rurki, bordowe glany i szarą bluzo-koszulkę odsłaniającą czarny pasek od spodni. Na ramionach ciężki wojskowy plecak wypakowany po brzegi książkami, a w głowie tylko jedna myśl: co on sobie wyobraża?!
W czasie gdy rzucałam w niego gniewnymi spojrzeniami, a on w e mnie zadziornymi uśmiechami moi szkolni przyjaciele utworzyli wokół nas wielką arenę tarasując całe przejście. Zbierało się coraz więcej ludzi, żeby popatrzeć na niecodzienne zjawisko. JulkaOfiaraLosuNowak została nazwana Gwiazdką przez jakiegoś super przystojniaka, którego inni ludzie nie znają! Wow. O tym, to trzeba do gazety napisać, no!
-Gwiazdko…- Lex rozłożył ręce w geście przywitania. Miał na sobie krwistoczerwoną koszulę, kurtkę na motor i poszarpane jeansy. Za nim stała prześliczna maszyna. Motor był cały czarny, chromowane detale, zgrabny, wyglądający na ciężki i bardzo zachęcający do przejażdżki. Rozglądnęłam się dookoła. Ludzie patrzyli się na mnie z coraz to szerzej otwartymi ustami. Jeśli to był plan Lexa, zwrócić na mnie uwagę wszystkich w mieście, to przyznaję, że mu się udało. Musiałam coś wykombinować, żeby nie dać im najemnikowi satysfakcji, nie dać sobą manipulować, jakoś się wywinąć i nie wyjść na głupka.
-Ty mi tu nie gwiazdkuj, Leksik.- uśmiechnęłam się uroczo stając ze skrzyżowanymi rękami i puściłam mu porozumiewawcze oczko. Od razu załapał o co chodzi, a i tak doskoczył do mnie i, no nie wiem… przytulił? Z mojej strony trochę tak to wyglądało, ale to było raczej złapanie w talii i przysunięcie do siebie niż misiak. W głębi zrobiło mi się niesamowicie głupio i miałam ochotę rozszarpać najemnika na drobne kawałeczki, ale powstrzymałam się i zamiast tego zachichotałam po dziewczyńsku.
-Spadamy stąd. Ja prowadzę.- Wyszeptałam mu na ucho.
-Dla ciebie wszystko, Gwiazdko. Weź moją kurtkę.- Podał mi ją pokazowo.
Z tą bliskością przesadził i dlatego właśnie zamierzałam się na nim w ten sposób odegrać. Zdjęłam plecak i włożyłam kurtkę odbierając od wciąż zawadiacko uśmiechniętego najemnika kask. Nagle jednak coś sobie przypomniałam. Odwróciłam się w stronę największego tłumu. Ludzie nagle zaczęli się jakby odwracać wzrok i iść w różnych kierunkach.
-Pani przewoźniczko! Prze Pani!- dotarłam wreszcie do nauczycielki, która stała pomiędzy chłopakami z klasy, a dziewczynami z gimbusa.
-Ta-ak?- Przewoźniczka była wysoką blondyną chodzącą w butach na obcasach i koronkowych miniówkach.
-Chciałabym się zwolnić z gimbusa, czy to nie problem?
-N-nie.
-Acha. Ok. To do widzenia.- Powiedziałam i już miałam odejść kiedy obok pojawiła się Ania.
-Kto to jest, Julcia?- Zapytała z takim niedowierzaniem w głosie i pogardą, że zrobiło mi się trochę przykro.
-Taki mój… znajomy. Cześć, Aniu! Zobaczymy się jutro.- pożegnałam się szybko, włożyłam kask i wskoczyłam na czekający motor. Silnik był już włączony. Dałam po gazie i wyjechałam na ulicę. Czułam jak Lex za mną próbował jeszcze pomachać, ale dostał ode mnie łokciem i już się nie wiercił. Nie zatrzymywałam się. To była prawdziwa adrenalina i cudowne emocje. Nie wiedziałam gdzie mam jechać, ale coś wyczuwałam, że na pewno nie do domu. Skręciłam w stronę autostrady w pamięci odtwarzając trasę. Zatrzymałam się dopiero na parkingu przed Decathlonem.
-Łoł! To było NIE-SA-MO-WI-TE!- wykrzyknęłam nadal czując w sobie wiatr.
-Wiem.- Lex spojrzał na mnie poważnie.
Zdałam sobie sprawę, że dla niego jestem teraz mutantem i nie wiem czego on ode mnie chce. Bałam się jednak zapytać. Zamiast tego ściągnęłam kask i oddałam najemnikowi. Ten znowu się uśmiechnął. Pomyślałam, że tak jest lepiej. Jak się uśmiecha.
-Dlaczego?
-Jesteś mi coś winna, słonko- powiedział.
-Ja? Tobie? To nie twoje buty zginęły w akcji!- udałam obrażoną.
-Buty? Jakie buty?- był szczerze zdziwiony i chyba nie dowierzał temu, co słyszy.
-Jakie byty? Jakie buty?! Ty sobie chyba żartujesz! To przez ciebie straciłam moje żółte martensy!
-Ee… Odkupię ci…
-No ja myślę.- uśmiechnęłam się, a on zrozumiał, że przegrał.
-Ej!
-Ale miałeś minę! Gdybyś siebie widział! Ha ha ha!- prawie padłam tam ze śmiechu. Na serio. To była tak nierealna sytuacja, że trudno było zachować powagę.
-Ok. Wygrałaś, słonko. Przestań się już śmiać, bo czkawki dostaniesz.- on też był trochę rozbawiony.
-Już przestaję… Dobra. To po co mnie zgarnąłeś, najemniku?- zapytałam już całkiem serio.
-Mam dla ciebie zlecenie, Gwiazdko.
No nie! Nie możliwe. Lex, WielkiNajemnik, IdiotaLeksik, PanSameMięśnie prosił mnie, zwykłą gimnazjalistkę o pomoc! Ha! Chociaż… może jednak prosił mutanta, którym jestem... Może to o maszynę do zabijania mu chodziło? Nie mogłam się domyślać, więc zgodziłam się z nim gdzieś tam pojechać, żeby mógł mnie wstępnie wdrożyć w plan. Oczywiście niczego mu nie obiecywałam, ale nie mogłam tak z góry odmówić. Szczególnie jeśli przy okazji miałam trochę zarobić i zgarnąć parę gadżetów i przede wszystkim umiejętności.
A więc wskoczyłam z tyłu na motor i objęłam go w pasie.
Nawet przez kurtkę czułam jak napinał mięsnie.

86 Filar



Szkoła.
Chce mi się wyskoczyć przez okno kiedy słyszę to słowo. Szczere dzięki za to, że jednak los nie kazał mi siedzieć w niej cały tydzień. Zacznę od początku.
W poniedziałek było fajnie. Chłopakom coś odwaliło i na serio czułam się przy nich świetnie. Uśmiechy, dokuczanie sobie, cięte riposty, gra w karty i takie tam. Do domu wróciłam szczęśliwa. Niestety od razu musiałam zabrać się za naukę. Kiedy sięgnęłam po książki, to przypomniało mi się, że przecież nawet nie otworzyłam od ostatniego razu tych od DziwnejPaniPedagog, a więc rzuciłam się do półki. I kiedy już dotknęłam okładki pierwszej z nich, to ta nagle cała rozsypała się jakby była z kurzu. To było dziwne na tyle, żeby mnie przytrzymać w miejscu przez prawie dwie minuty. Nie miałam jak tego wytłumaczyć, więc sięgnęłam po drugą. Wszystkie pod moim dotykiem rozpadły się w popiół! A co najgorsze, to teraz na półce miałam sporą kupkę brudzącego kurzu, no i przez kolejną godzinę sprzątałam pokój (książki w postaci sypkiej są bardzo uciążliwe). Jakoś zdołałam się wyrobić. Tylko nie mogłam w nocy zasnąć, bo jak tylko zamykałam oczy, to widziałam rozsypujące książki z mojej ZłotejPółki. Koszmar.
Wtorkowy poranek spędziłam w biegu. W gimbusie prawie usnęłam ale Ania robiła mi zdjęcia, więc z drzemki nici. Oczywiście musiałam zapomnieć dresów na w-f (Okazało się, że sala jest w przebudowie i lekcje wychowania fizycznego będą na dworze, o czym rodzice powinni nas powiadomić. Ale nie. Tata zapomniał.)więc byłam osobą, która miała najkrótsze spodenki i nieposiadana bluzy. Nawet chłopaki mieli dresy! A ja, głupia, musiałam wytrzymywać przez 45minut żeby nie dygotać z zimna na oczach kolegów. Idiotka ze mnie.
Dzisiaj natomiast wydarzyło się coś mega nieoczekiwanego. Poza nazwaniem mnie zjebaną (nie wiem czy w miłym kontekście czy raczej jako niekomplement), zjedzeniem zupy będącej wodą z grzybami, niesamowitą rozgrywką karcianą pomiędzy Anią a Olą, było coś jeszcze.
Na gimbusa czekaliśmy jakieś pół godziny, a kiedy już zebraliśmy się do wyjścia, to naprawdę nie chciało mi się gadać z nikim. Byłam trochę wyczerpana udawaniem  jak jest mi wesoło i świergotaniem z dziewczynami. Włożyłam więc słuchawki na uszy i zamknęłam oczy podążając tak znaną mi drogą przez drzwi, chodnikiem i do gimbusa. Tylko, że jak już wyszłam na zewnątrz i poczułam chłodniejszy podmuch na twarzy, to dookoła zaroiło się od „chichów”, „łałów”, „jejów” i takich tam. Oczekiwałam westchnień ulgi ze strony pobratymców w etapie nauczania, ale nie aż takiego zachwytu nad wolnością. Za późno jednak zareagowałam i z półprzymkniętymi oczami wpadłam na coś dość twardego, dużego i ruszającego się. Otworzyłam oczy. Oczywiście nie mogłam się spodziewać tego, co zobaczyłam.
Pierwsze myśli: filar… nie,  materiały budowlane… nie, człowiek?