środa, 9 września 2015

86 Filar



Szkoła.
Chce mi się wyskoczyć przez okno kiedy słyszę to słowo. Szczere dzięki za to, że jednak los nie kazał mi siedzieć w niej cały tydzień. Zacznę od początku.
W poniedziałek było fajnie. Chłopakom coś odwaliło i na serio czułam się przy nich świetnie. Uśmiechy, dokuczanie sobie, cięte riposty, gra w karty i takie tam. Do domu wróciłam szczęśliwa. Niestety od razu musiałam zabrać się za naukę. Kiedy sięgnęłam po książki, to przypomniało mi się, że przecież nawet nie otworzyłam od ostatniego razu tych od DziwnejPaniPedagog, a więc rzuciłam się do półki. I kiedy już dotknęłam okładki pierwszej z nich, to ta nagle cała rozsypała się jakby była z kurzu. To było dziwne na tyle, żeby mnie przytrzymać w miejscu przez prawie dwie minuty. Nie miałam jak tego wytłumaczyć, więc sięgnęłam po drugą. Wszystkie pod moim dotykiem rozpadły się w popiół! A co najgorsze, to teraz na półce miałam sporą kupkę brudzącego kurzu, no i przez kolejną godzinę sprzątałam pokój (książki w postaci sypkiej są bardzo uciążliwe). Jakoś zdołałam się wyrobić. Tylko nie mogłam w nocy zasnąć, bo jak tylko zamykałam oczy, to widziałam rozsypujące książki z mojej ZłotejPółki. Koszmar.
Wtorkowy poranek spędziłam w biegu. W gimbusie prawie usnęłam ale Ania robiła mi zdjęcia, więc z drzemki nici. Oczywiście musiałam zapomnieć dresów na w-f (Okazało się, że sala jest w przebudowie i lekcje wychowania fizycznego będą na dworze, o czym rodzice powinni nas powiadomić. Ale nie. Tata zapomniał.)więc byłam osobą, która miała najkrótsze spodenki i nieposiadana bluzy. Nawet chłopaki mieli dresy! A ja, głupia, musiałam wytrzymywać przez 45minut żeby nie dygotać z zimna na oczach kolegów. Idiotka ze mnie.
Dzisiaj natomiast wydarzyło się coś mega nieoczekiwanego. Poza nazwaniem mnie zjebaną (nie wiem czy w miłym kontekście czy raczej jako niekomplement), zjedzeniem zupy będącej wodą z grzybami, niesamowitą rozgrywką karcianą pomiędzy Anią a Olą, było coś jeszcze.
Na gimbusa czekaliśmy jakieś pół godziny, a kiedy już zebraliśmy się do wyjścia, to naprawdę nie chciało mi się gadać z nikim. Byłam trochę wyczerpana udawaniem  jak jest mi wesoło i świergotaniem z dziewczynami. Włożyłam więc słuchawki na uszy i zamknęłam oczy podążając tak znaną mi drogą przez drzwi, chodnikiem i do gimbusa. Tylko, że jak już wyszłam na zewnątrz i poczułam chłodniejszy podmuch na twarzy, to dookoła zaroiło się od „chichów”, „łałów”, „jejów” i takich tam. Oczekiwałam westchnień ulgi ze strony pobratymców w etapie nauczania, ale nie aż takiego zachwytu nad wolnością. Za późno jednak zareagowałam i z półprzymkniętymi oczami wpadłam na coś dość twardego, dużego i ruszającego się. Otworzyłam oczy. Oczywiście nie mogłam się spodziewać tego, co zobaczyłam.
Pierwsze myśli: filar… nie,  materiały budowlane… nie, człowiek?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze motywują :)