Szkoła.
Chce mi się
wyskoczyć przez okno kiedy słyszę to słowo. Szczere dzięki za to, że jednak los
nie kazał mi siedzieć w niej cały tydzień. Zacznę od początku.
W
poniedziałek było fajnie. Chłopakom coś odwaliło i na serio czułam się przy
nich świetnie. Uśmiechy, dokuczanie sobie, cięte riposty, gra w karty i takie
tam. Do domu wróciłam szczęśliwa. Niestety od razu musiałam zabrać się za
naukę. Kiedy sięgnęłam po książki, to przypomniało mi się, że przecież nawet
nie otworzyłam od ostatniego razu tych od DziwnejPaniPedagog, a więc rzuciłam
się do półki. I kiedy już dotknęłam okładki pierwszej z nich, to ta nagle cała rozsypała
się jakby była z kurzu. To było dziwne na tyle, żeby mnie przytrzymać w miejscu
przez prawie dwie minuty. Nie miałam jak tego wytłumaczyć, więc sięgnęłam po
drugą. Wszystkie pod moim dotykiem rozpadły się w popiół! A co najgorsze, to
teraz na półce miałam sporą kupkę brudzącego kurzu, no i przez kolejną godzinę
sprzątałam pokój (książki w postaci sypkiej są bardzo uciążliwe). Jakoś
zdołałam się wyrobić. Tylko nie mogłam w nocy zasnąć, bo jak tylko zamykałam
oczy, to widziałam rozsypujące książki z mojej ZłotejPółki. Koszmar.
Wtorkowy
poranek spędziłam w biegu. W gimbusie prawie usnęłam ale Ania robiła mi
zdjęcia, więc z drzemki nici. Oczywiście musiałam zapomnieć dresów na w-f (Okazało
się, że sala jest w przebudowie i lekcje wychowania fizycznego będą na dworze,
o czym rodzice powinni nas powiadomić. Ale nie. Tata zapomniał.)więc byłam
osobą, która miała najkrótsze spodenki i nieposiadana bluzy. Nawet chłopaki
mieli dresy! A ja, głupia, musiałam wytrzymywać przez 45minut żeby nie dygotać
z zimna na oczach kolegów. Idiotka ze mnie.
Dzisiaj
natomiast wydarzyło się coś mega nieoczekiwanego. Poza nazwaniem mnie zjebaną
(nie wiem czy w miłym kontekście czy raczej jako niekomplement), zjedzeniem
zupy będącej wodą z grzybami, niesamowitą rozgrywką karcianą pomiędzy Anią a
Olą, było coś jeszcze.
Na gimbusa
czekaliśmy jakieś pół godziny, a kiedy już zebraliśmy się do wyjścia, to
naprawdę nie chciało mi się gadać z nikim. Byłam trochę wyczerpana
udawaniem jak jest mi wesoło i świergotaniem
z dziewczynami. Włożyłam więc słuchawki na uszy i zamknęłam oczy podążając tak
znaną mi drogą przez drzwi, chodnikiem i do gimbusa. Tylko, że jak już wyszłam
na zewnątrz i poczułam chłodniejszy podmuch na twarzy, to dookoła zaroiło się
od „chichów”, „łałów”, „jejów” i takich tam. Oczekiwałam westchnień ulgi ze
strony pobratymców w etapie nauczania, ale nie aż takiego zachwytu nad
wolnością. Za późno jednak zareagowałam i z półprzymkniętymi oczami wpadłam na
coś dość twardego, dużego i ruszającego się. Otworzyłam oczy. Oczywiście nie mogłam
się spodziewać tego, co zobaczyłam.
Pierwsze
myśli: filar… nie, materiały budowlane…
nie, człowiek?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze motywują :)