niedziela, 25 października 2015

95 Na tańce



No świetnie!
Miałam nadzieję na kolejny nudny tydzień, ale nie, Julka musi dostać za swoje! No bo przecież wszystkich bawi jak Julka kolejny raz się wyglebia! Bosz jak mi duszno-o *głosem pustej blondi*. Wiecie, jak chcecie zrozumieć, co mam na myśli, to może zacznę opowiadać, zamiast wyjeżdżać z takimi bzdurami.Wybaczcie mi, bo to będzie trochę chaotyczna opowieść, ale nie umiem inaczej. Nie chcielibyście chyba słychać Narratora, co?
Zaczęło się rano. Jak zwykle wlazłam do gimbusa z głośnym „Dzień dobry!” i przybiwszy parę żółwików z resztą umęczonych uczniów, zasiadłam na miejsce.  Wysiadłam trochę wkurzona, bowiem dostałam głupkowate  sms`y od kolegi z klasy, który myślał, ze nie wiem, kim jest, więc postanowił udawać anonimowego. Oczywiście wiedziałam, co to za dżentelmen, ale jak chciał się bawić w kotka i myszkę, to proszę bardzo. Powiedziałam o tym dziewczynom, a one od razu rozchichotane wymyśliły swoje teorie i na chwilę zajęły się tą sprawą. Starały się nawet wyciągnąć info od biednego Adriana, ale chociaż chodzi z Anią, to jednak jest lojalny wobec swoich i trzymał gardę. Nie chciałam już tłumaczyć dziewczynom, że wszystko wiem, więc te nadal próbowały rozwikłać zagadkę. Przy czym muszę powiedzieć, że te sms`y lekko mnie zaskoczyły, bo były… hm… całkiem miłe. Powiem szczerze, że trochę sobie z chłopakiem poflirtowałam, a on w szkole jakby zaczął się do mnie mile uśmiechać.
Potem zrobiło się popołudnie i zamiast do gimba wskoczyłam do limuzyny. Po drodze się przebrałam, więc na koncert weszłam już nieźle odpicowana. Wysłuchałam jakiejś dziwnej wokalistki, pogadałam z kumpelami Jessici, pokręciłam się niedaleko i zrobił się późny wieczór. W domu znowu mi się oberwało, ale jakoś wybrnęłam, bo w szkole dawałam radę wyciągnąć oceny na piątki, a tego dnia dostałam szóstkę z polaka.
We wtorek tajemniczy wielbiciel z klasy znowu do mnie napisał, ale rano jakoś mniej mi to przeszkadzało. Poflirtowałam z nim trochę i pouśmiechałam się ładniej na matematyce. Później Jess zabrała mnie na miasto, na pokaz mody w jakiejś galerii. Pokaz był nudny, a kreacje strasznie… nieładne, ale udawałam, że świetnie się bawię i jakoś zleciało. W domu mama zaczęła nabierać  do mnie jakby innych przekonań. Powiedziała, że się zmieniłam, że już mnie nie poznaje, że coraz częściej robię głupie rzeczy. Gdyby ona o wszystkim wiedziała! Ogólnie trudno jest mi ukrywać prawdę, a samej sobie jest łatwo wytłumaczyć, że to co się robi, to nic takiego. Szkoda… szkoda, że nie wiem czy to prawda. Ale przecież nie może być złym wykonywanie zlecenia na kradzież za liniami wroga! No ej. Przecież to może nawet uratować komuś życie. Nie ważne.
Środa była trochę niezręcznym dniem. Konrad tego dnia był przygnębiony, więc podeszłam do niego i zapytałam, co tam u niego. Po prostu się do niego przysiadłam i zaczęłam rozmawiać. Zwykle nie robię takich rzeczy, ale pomyślałam, że to będzie miłe… A on to docenił. Zrobiło mi się nawet cieplej na sercu kiedy na koniec lekcji spojrzał na mnie i ujmująco się do mnie uśmiechnął. Z setka chłopaków się do mnie tego dnia uśmiechnęła! Jessica ubrała mnie w „fatałaszki” i poszłyśmy „poszaleć” na „dyskotece”. Znaczy się, założyłam spódnicę i dałam się wyrwać na tańce do klubu. Lokal całkiem odjechany, z neonowymi światełkami i głośnym bitem. Pamiętałam co mi mama zawsze powtarza o takich miejscach: nie pij drinka, którego na chwilę odłożyłaś, bo ktoś mógł ci w tym czasie czegoś do niego dosypać; nie zadawaj się z obcymi jakkolwiek mili by nie byli, bo nie wiesz kto to jest; nigdy nie bądź sama; staraj się nie narobić głupot. Posłuchałam też rad agentki, ale zabawa i tak nie była dla mnie, więc wyszłyśmy wcześniej i poszłyśmy jeszcze na chwilę na miasto. Wróciłam późną nocą, zmęczona i rozeźlona. Lex fundował mi przechlapane sytuację z rodzicami. I nawet za to nie płacił!
Czwartek był dniem rozczarowującym. Tak dla mnie, jak i dla ludzi z mojego otoczenia. Mówię tutaj o Konradzie. Tego dnia nawet nie mnie nie patrzył. Omijał mnie wzrokiem, był cały czas smutny, ze słuchawkami na uszach. Beznadzieja. Szczególnie dlatego, że nie wiedziałam, co zrobiłam chłopakowi, że się tak zaobraził. I do tego cały czas pisał z moją koleżanką, a mnie nie chciał odpisać. Kiedy się go zapytałam, czy coś się stało, czy może coś zrobiłam, albo czy ktoś mu coś powiedział, to odparł, że to nic, że nic się nie stało. Acha! Już to widzę. A mówią, ze faceci są prości. Niby tak, a jednak nie wiesz jak z nimi jest naprawdę. Poczułam się wtedy, jakby on ze mną tylko pogrywał, a że się znudził, to się przerzucił na inną. Gratuluję sobie. A bałam się, że to ja dam mu zbędną, boląca nadzieję! No bo wiecie, ze mną , jeśli chodzi o szkołę i normalne życie, jest tak, że ja nie za bardzo chcę mieć chłopaka. Tzn. chcę! Jak najbardziej! Tyle, że ja nie potrafię okazywać uczuć. Nie potrafię się przytulać, cmokać na dowiedzenia… Nie… Z chłopakami najlepiej gada mi się jako z kumplami i nikim więcej.  Inaczej robi się niezręcznie. Głupek ze mnie.
Acha! No i tego dnia, agentka postanowiła zgarnąć mnie na shoping do centrum handlowego. Pochodziłyśmy po sklepach i nawet kupiłyśmy parę ciuszków. Ja osobiście zgarnęłam sportowy komplet, obcisłe, ale bardzo dopasowujące się spodenki i czarny sportowy stanik o takich samych właściwościach. Sami domyślcie się po co.
Wychodziłyśmy już ze sklepu, kiedy do Jessicy nagle zadzwonił telefon.
-Tak. Oczywiście. Będziemy. Dobrze. Odbiorę na skrzynkę. Tak- po tym agentka rozłączyła się i długo wypisywała coś na klawiaturze.
-Co jest? Kto to był?- zapytałam w końcu.
-Szef.
-Aha.
Blondynka nie była skora do mówienia o Lex`ie. (A właśnie. Znowu te życiowe rozkminy. Leksie, czy Lex`ie?) Wiele razy o niego wypytywałam, ale ta zawsze uciekała tematem. Ciekawe… Czyżby Lex miał złą sławę? A wydawał się takim misiem pysiem! XD
-O co mu chodziło? Zmiana planów?
-Taak… Szef jutro spotyka się z Jonathanem Mekler, aby przedyskutować kwestie prawne ich przedsiębiorstw. Rozmowa odbędzie się w Krakowie, w nowym…
-Niech zgadnę. W centrum handlowym?- spojrzałam na nią trochę złośliwie.
-Tak.
-Super. To może odwieź mnie do domu, bo muszę się przygotować na jutro.
-Przecież wszystko jest w bazie.
-Mówiłam o psychicznym przygotowaniu- odpowiedziałam i ruszyłam do wyjścia.
Udawanie kogoś, kim się nie jest,  jest strasznie męczące. W domu zebrałam się w sobie, ułożyłam w głowie plan i tyle. Nie miałam już siły na nic innego. Szkoła się zaczyna walić, a z ziomkami nagle porobiły się problemy.
A ten plan przecież i tak nie wyjdzie!

czwartek, 22 października 2015

94 Więcej niż kieliszek



 Ale jazda!
Życie tajnej agentki to fajowa sprawa. Jessica wygadała mi się na różne tematy nie zachowując żadnej dyskrecji. Punkt dla niej!
Po balu wróciłyśmy do restauracji będącej naszą bazą wypadową, ale agentka trochę (heh. „trochę”, ten nadęty buc najwyraźniej próbował ją upić i wykorzystać!) się spiła, więc kazała mi jechać z nią do jej mieszkania. Nie mogłam odmówić. Nie miałam serca zostawiać jej samej w takim stanie. Na mnie alkohol wcale nie podziałał, bo w sumie nic oprócz kieliszka szampana nie wypiłam, a na nią działał bardzo źle. Nie wiem jak Lex może sobie pozwolić na taki brak profesjonalizmu, ale zważywszy na mój antyprofesjonalizm i to, że ona jest chyba tylko sekretarką… nie. Jednak nie rozumiem.
Spędziłam z nią więc całą noc, aż w południe kazała mnie odwieść. Wielkie dzięki! Rodzice się całkiem ucieszyli, jak mnie zobaczyli. To że mnie uziemili, to mało powiedziane. Hm... Będę się musiała z domu jakimiś magicznymi sztuczkami wyrywać.
W domu mało co słuchałam wywodów mamy na temat odpowiedzialności, bo cały czas byłam myślami przy poniedziałku (sprawdzianie z matematyki i niemieckiego) i przy tym, jaką strategię wybrać przy kolejnym spotkaniu z Jonathanem. Musiało ono nastąpić za dość niedługo, żeby chłopak się nie znudził szukaniem mnie. Lexowa Ferajna miała w tym czasie jak najbardziej go na mnie „napalić”. Nie do słownie i raczej nie tak, jak wy myślicie. Ich zadaniem miało być podkładanie Jonathanowi różnych, przypominających mnie rzeczy. Nagle w jego otoczeniu po prostu znajdzie się mnóstwo niezapominajek, granatowych sukienek, spinek do włosów w gwiazdki i takich tam. Co do spinek, to te miały odegrać jeszcze jedną rolę, o której nie za dużo wiem. Są dezintegratorem czegoś… aktywatorem… findinatorem? Nie wiem. Coś tam miały zrobić. Mniejsza, bo i tak głównym problemem są Goryle w garniturach będący całodobową obstawą przy Moim Księciu. No… Randka nie wyjdzie jeśli oni będą cały czas nad nami stać.
A właśnie! Tak naprawdę, to ja nie wiem, kiedy będzie kolejna randka. Nie mogę wiedzieć, bo Jonathan ma mnie w niespodziewany sposób odnaleźć i ja mam się zachowywać wtedy całkiem naturalnie. Co z kolei oznacza, ze codziennie przez najbliższe nie wiem ile dni mam się zachowywać jak „obyta w towarzystwie”. Jessica, jako moja najbliższa przyjaciółka, będzie zabierać mnie na miasto, shoping, do kina, na pokazy mody i gdziekolwiek zapragnę. Ha! To jest akurat najbardziej pozytywny z pozytywów tej misji. Wszystkie rzeczy, z których korzystam, lub chociażby dotknę, są moje! I co Lex? Tego się nie spodziewałeś, co? A nie… Przecież ten idiota podpisał kontrakt. No to ten… Jego pewnie w ogóle nie obchodzi, że w mojej szafie wisi teraz granatowa sukienka, a jak mi da broń, to ja ją schowam do specjalnie przygotowanego futerału. Ech. O czym ja mówię…
Nie ważne! Bądźmy optymistami! Świat jest piękny. Ludzie (i inni) wspaniali. Szkoła jest super. Totalny luz. No prawie. Moje zdrowie się pogorsza… Nie mówię tutaj o napadach konwulsji przedśmiertnych, tylko… jakby… trudno to określić. Jakoś ostatnio czuję się trochę inaczej w swoim ciele niż zwykle. To dziwne, wiem, ale mówię dosłownie o ciele. Mój wygląd zewnętrzny się zmienił! Nie pytajcie jak, bo nie wiem i tylko przypuszczam. Myślę, że to może po tym ostatnim cyrku w lesie, ale to może też być zwyczajne „dorastanie” i bez związku z Ciemną Stroną Totalnej Ofiary Losu. Może tak, a może nie. Co dokładnie się zmieniło? Twarz najbardziej. Zrobiła się bardziej wyraźna i zarysowana, jakby mnie ktoś z obrazka wziął. Potem jeszcze stopy, które nagle są bardziej kształtne. Plus reszta wszystkiego, czyli nogi, tyłek, brzuch, em, szyja, uszy. Trudno to tak określić, no! Wyobraźcie to sobie i zapomnijcie. Ja nadal jestem tą samą Julką, która wyglebiła w pierwszej klasie przed tablicą na biologii ;)
Wracając. Niedziela była powolna i strasznie wpadłam  w tryb „kujon”, ale jakoś przetrwałam. Jutro poniedziałek, full school mod i do domciu, a potem zabawa w małą księżniczkę. 
Życzcie mi szczęścia! :)

niedziela, 18 października 2015

93 Romantyzm



Ależ ze mnie flirciara!
A może nie… Może to ten eliksir w drinku działał tak dobrze? Jeśli tak, to Lex zarobi na nim niezłe pieniądze, bo każda stara panna będzie chciała coś takiego mieć. Jonathan naprawdę się we mnie zakochał! Wieczór okazał się szybki jak kartkówka z geografii i zakończył się bardzo romantycznie.
Kiedy zmęczyliśmy się już tańczeniem, a rozmowy z celebrytkami i książętami biznesu nam się znudziły, to chłopak zaproponował, że oprowadzi mnie po ogrodzie. Miejsce było wspaniałe!
Ogród był jednym wielkim labiryntem podzielonym na cztery części. Każda z nich była inna, z własną fontanną i szczególnym kwiatem. Sam środek labiryntu był jednak najpiękniejszy z nich. Miał wysadzaną kamieniami fontannę z aniołami oraz marmurową ławeczkę podtrzymywaną przez dwa, groźne lwy.  Jego kwiatem była krwista róża.
Zaproponowałam Jonathanowi jedną z wielu dworskich zabaw z XVIw. Jak prawdziwa dama miałam uciec przed nim w głąb labiryntu, a on miał mnie odnaleźć. Mijałam zakręty i rozświetlone kwiaty zawsze będąc blisko niego, ale nie dając się złapać. Dobrze wiedziałam, w która stronę biec, ale pozwoliłam mu się dogonić dopiero na ostatniej prostej. Uśmiechnęłam się tajemniczo, a on tryumfalnie kiedy znowu byliśmy blisko siebie.
Usiedliśmy na marmurowej ławeczce i odetchnęliśmy głęboko podziwiając gwiazdy. Nic nie mówiliśmy. Wystarczyło nam, że byliśmy blisko. Dopiero po jakimś czasie odczułam, że zrobiło się chłodno. Jak zwykle mój nos i policzki od razu się zarumieniły. Sukienka z takim dekoltem nie dawała zbyt dobrego okrycia. Jonathan zauważył to i z wyczuciem ofiarował mi swoją marynarkę. Kiedy mi ją zakładał nasze twarze były nagle bardzo blisko siebie. Wyczułam bijące od niego ciepło i męski zapach jego włosów.
-Dziękuję- szepnęłam.
-To ja dziękuję. Bez ciebie bal byłby tylko kolejnym nudnym przyjęciem.
Spojrzeliśmy sobie w oczy.
-Powiedz,- chłopak ogarnął się i spojrzał na mnie już bardziej opanowany- jakie kwiaty lubisz najbardziej?
-Każde, które ktoś daruje mi od serca. Uwielbiam drobne różyczki i niebieskie niezapominajki.
-Rozumiem...  A twoje ulubione danie?
Spojrzałam na niego zaciekawiona i lekko zdziwiona.
-Jonathanie, czy ty próbujesz zaprosić mnie na randkę?- wypaliłam prosto z mostu starając się włożyć w to tyle dziewczęcego uroku, ile potrafiłam.
-Nie wychodzi mi, prawda?- zapytał zmieszany.
-Nie jest tak źle- puściłam mu oczko.
-A więc… Czy może… Czy dałabyś się zaprosić… -chłopak widocznie nie umiał powiedzieć tego, co chciał.
-Z chęcią wybiorę się z tobą na randkę, Jonathanie- powiedziałam i lekko zatrzepotałam rzęsami.
Noc rozświetlały gwiazdy, w oddali słychać było kolejną piosenkę odgrywaną przez orkiestrę.
-Wiesz, jeszcze nigdy nie spotkałem kogoś tak niesamowitego jak ty- Jonathan patrzył w niebo zmartwiony.
-Być może ja wcale nie jestem prawdziwa? Może jestem tylko twoim snem?
-Jeśli tak, to nie chcę już nigdy się obudzić.
Chłopak wstał i podszedł do krzewu róży. Pogładził czerwone płatki.
-O czym myślisz?- zapytałam.
-Nigdy wcześniej cię nie widziałem. Nigdy nawet nie słyszałem twojego nazwiska. Doprawdy nie wiem kim jesteś!  A jednak… jednak jesteś tu ze mną, teraz. Dlaczego cię nie znam?
-Czy to aż tak ważne?- powiedziałam lekko zawiedziona.- Dobrze jednak. Odkryję się przed tobą.
Spojrzałam jeszcze raz w gwiazdy i zaczęłam mówić. Opowiedziałam mu o mojej rodzinie, o tym jak uciekliśmy z kraju, jak krążyliśmy po świecie szukając swego miejsca. Opowiedziałam o szkole, do której chodziłam, o śmierci matki, złych interesach ojca. Opowiedziałam jak sama od niego uciekłam, do wujostwa mieszkającego w Anglii, jak oni mnie przygarnęli i wychowali. Mówiłam długo, cała przepełniona smutkiem i żalem, jakby ta historia była prawdziwa. I tak, nagle odnalazłam się płacząca w jego ramionach.
-Przepraszam, Charlotte. Najmocniej cię przepraszam. Nie powinienem był…
-Nic… Nic się nie stało. Nie wiem dlaczego zawsze się tak wzruszam. Przecież teraz jest już inaczej- odsunęłam się od niego stając po drugiej stronie fontanny.
Chłopak uwierzył we wszystko, co powiedziałam. Nawet nie wahał się w ocenie. To dobrze. To oznaczało, że był już mój.
-Opowiedziałam ci o sobie. Może teraz ty powiesz mi coś o tobie?
Uśmiechnęłam się do niego prawie zawstydzona. Chłopak skrzętnie powiedział to, co już wiedziałam. Znowu zaczęliśmy rozmawiać o kwiatach i gwiazdach. Znowu usiedliśmy na ławeczce i, nie wiem nawet kiedy, patrzyliśmy sobie głęboko w oczy.
-Charli?
-Tak, Jonathanie?
-Jesteś najpiękniejszą istotą jaką kiedykolwiek widziałem- prawie wyszeptał chłopak.
Zbliżyliśmy się jeszcze bardziej. Nasze nosy prawie się dotykały. Czułam na sobie jego wzrok, jego podniecenie moją osobą. Chłopak sięgnął dłonią do mojej szyi. Przechyliłam głowę…
Ta bajka niestety tak się nie skończy, moi drodzy! Nawet o tym nie myślcie. Y-ym! Nie. Nie. Nie. Wiecie, czasami mam wrażenie, że moje życie przechodzi ze skrajności w skrajność. Potrafię być czarną, przerażającą istotą siejąca grozę i słodką, niewinną dziewczynką. Ciekawe, która z tych postaci jest  tą prawdziwą? No cóż. Tego dnia nie dane nam było się pocałować, ale to bardzo dobrze. Nie można być zbyt zachłannym w miłości, nawet tej udawanej.
Kiedy nasze usta już miały połączyć się w tak przepięknym akcie uczucia i więzi, fajerwerki wybuchły tysiącem kolorów na niebie. Wybiła północ. Mój czas właśnie się skończył. Oderwałam się od tego porywającego momentu zostawiając Jonathana samego na ławce. 
-Hej! Poczekaj. Zrobiłem coś nie tak?
-To nie twoja wina. Muszę… muszę już wracać. Do zobaczenia- odwróciłam się jeszcze na chwilę.
Chłopak był prawie zszokowany i bardzo zmartwiony. Tak o to ucieka jego miłość.
-Dlaczego uciekasz?
-Nie oglądałeś nigdy kopciuszka?- uśmiechnęłam się do niego ostatni raz i zniknęłam w głębi labiryntu. 
Chwilę później wpadłam na salę balową i porywając zagadaną z jakimś nadętym mężczyzną Jessicę obie wybiegłyśmy na zewnątrz. Wsiadłyśmy do czekającego samochodu i odjechałyśmy pozostawiając po sobie wspomnienia zabawy i sztucznego romantyzmu.
Odpięłam spinki rozpuszczając włosy i oddałam je agentce.
-Zrobione.

niedziela, 11 października 2015

92 Diamentowe żyrandole



Stresować zaczęłam się dopiero w samochodzie.
Jessica mówiła, że wyglądam naprawdę pięknie, ale sama nie jestem co do tego taka pewna. Jak agentka mnie zobaczyła, to prawie się zachłysnęła, ale miała taki… dziwny wyraz twarzy, jakby właśnie ujrzała ducha. Przed wyjściem pisała chyba do kogoś emocjonujące sms`y, bo w walenie po klawiaturze włożyła bardzo dużo energii. Dziewczyna też brała udział w głównej akcji, więc ona również musiała przebrać się w odświętne fatałaszki. Miała na sobie długą do ziemi białą suknię balową, która od bioder w górę zaczynała przechodzić w czarną, kwiecistą koronkę, aby na końcu pokazać dekolt, trzymając się jedynie na wąskich ramiączkach. Włosy spięte w kok i nałożone na niego czarne i białe kwiaty.
-Wejdziesz na salę dopiero o 20:00, równo z ostatnim oficjalnym toastem i rozpoczęciem tańców. Pamiętaj, żeby się nie potknąć schodząc po schodach. Plecy proste, biust do przodu.
-Wystarczy. Przez ciebie coraz bardziej się denerwuję…
-Nie masz czego. Szef zdecydował, że wypada ci jednak pomóc. Więc…
-Chwila. Szef zdecydował? Mnie pomóc?
Spojrzałam na nią w pół oddechu  i od razu się uspokoiłam. Jeśli Lex zamierzał mi pomóc, to znaczy, że we mnie nie wierzy, a jeśli tak, to ja mu muszę pokazać, że potrafię samodzielnie przeprowadzić taką akcję.
-Tak. Ale to nic takiego. Uznał, że musi wypróbować nowy środek… manipulacyjny, a lepszej okazji nie będzie.
-Acha. Czyli co? Wszczepi mu w mózg wyświetlacz?
Agentka spojrzała na mnie zaskoczona, ale po chwili się opanowała. Ona też miała zadanie do wykonania.
-Nie. Do drinka naszego celu dodaliśmy specjalnej substancji, która chwilowo wzmocni jego uczucia.
-Ach. I kiedy on wypija drinka, to ja akurat się pokazuję, on się zakochuje od pierwszego wejrzenia?
-Tak.
Agentka wydała się być zadowolona z siebie. Ja i tak do wszystkiego podchodzę z dystansem, byle tylko się na mnie nie rzucił z łapskami, bo chyba już nic nie potrafiłabym nic zrobić. Oprócz wyrwania mu rąk z kręgosłupa.
-Jesteśmy na miejscu- zakomunikowała Agentka, kiedy nasza limuzyna stanęła na podjeździe.
Wysiadłyśmy rozchichotane, bo nasza przykrywka zakładała, iż jesteśmy przyjaciółkami. Na chwilę się zawiesiłam, kiedy zobaczyłam przed jak piękną willą się znajdujemy. Wyglądała jak pałac. Od frontu szerokie schody z marmurowymi poręczami, w oknach złote zasłony lekko kontrastujące z bielą ścian i szarością tarasów. A to dopiero początek!
Na bal dotarłyśmy jako ostatnie. Jessica zostawiła mnie przy schodach i sama weszła do środka. Ja musiałam jeszcze chwilę poczekać. Na zewnątrz był nadal ciepło, a zachodzące słońce sprzyjało bajkowej atmosferze. Wiedziałam jak miało wyglądać wnętrze budynku, ale i tak nie mogłam się wszystkiego doczekać. Parkiet we wzorzysty brąz, sufit zalany malunkami, złote żyrandole… Jakbym miała zagrać w bajce o kopciuszku. Szkoda jedynie, że ja już wiem jak moja się skończy.
Została mi minuta. Powoli weszłam po kremowych schodach. Drzwi otworzyło mi dwóch goryli w prostych garniturach. Uśmiechnęłam się do obu. Przeszłam szerokim korytarzem i wzięłam głęboki oddech. Moja wielka chwila…
Kreacja Julki
Kiedy stanęłam na górze kolejnych pięknych schodów prowadzących na salę balową, to szum cichych rozmów, a nawet muzyka, ucichły. Oczy wszystkich skierowały na mnie. Sala tonęła w bieli i różu, bo to ten kolor był dziś modny w salonach piękności. Jedyną wyróżniająca się osobą był mężczyzna stojący na środku sali, a który jako jedyny stał do mnie tyłem. Mężczyzna, a może chłopak, zauważył, że wszyscy patrzą się na coś, czego on nie widzi, a więc nadal z kieliszkiem przy ustach odwrócił się i zamarł. Tak. Właśnie takie wrażenie na nim zrobiłam.
Uśmiechnęłam się i zaczęłam powoli schodzić ze schodów, uważając żeby się nie potknąć. Na nogach miałam czarne, sznurowane czółenka na średnim obcasie, w których prawie każdego dnia uczyłam się chodzić. Włosy pospinane niewidocznymi spinkami w gwiazdki. Jednakże to zapewne moja sukienka przykuła jego uwagę. Ciemno granatowa, przed kolano, wyprofilowana z ramionami i wysokim kołnierzem. Do tego wąski ale dostający prawie do końca żeber dekolt. Że też potrafiłam się w to wcisnąć…
Ale no nic. Bal musiał trwać dalej, a ludzie zachować się jakby nigdy nic, więc jak tylko dotknęłam parkietu, orkiestra wznowiła grę. Stałam więc tam, nagle zewsząd otoczona ludźmi i rozglądnęłam się po sali. Musiałam zacząć robić dobre wrażenie.
Janathan Mekler
-Witaj piękna- dobiegł mnie ciepły głos.
Przede mną z rozszerzonymi, iskrzącymi oczami stał wysoki chłopak o ciemnych włosach i zarysowanych kościach policzkowych. To był mój cel.
-My chyba się nie znamy- powiedział.- Nazywam się Jonathan Mekler.
-Charlotte Blank.
Podałam mu dłoń, którą on delikatnie ucałował wciąż patrząc mi w oczy. Zarumieniłam się.
-Pozwól, że zapytam, czy jesteś tutaj sama?- uśmiechał się do mnie jakby zobaczył anioła.
Specyfik Lexa zapewne właśnie działał.
-Nie, jeśli dotrzymasz mi towarzystwa- powiedziałam z przekąsem.
-Będę zachwycony mogąc być blisko ciebie. Zatańczysz?
-Z chęcią- powiedziałam, a on delikatnie poprowadził mnie na środek parkietu.
Na jego znak orkiestra zagrała lżejszy kawałek, a ludzie zostawili nam dużo wolnego miejsca. Chłopak, a może mężczyzna, nie oderwał ode mnie oczu nawet na moment. Piękna melodia porwała nas w wir tańca, a prowadzona przez Jonathana na chwilę zapomniałam, jak bardzo ważną rzecz właśnie robiłam i dałam się ponieść chwili. Nasze ruchy były zgrane i idealnie do siebie pasowaliśmy. Moja balowa kreacja wyróżniała się z tłumu różowych i białych sukien, ale idealnie pasowała do stroju mojego celu, do jego srebrno-granatowego garnituru i ciemnych oczu. 
Chyba tańczyliśmy wtedy foxtrota… a może tango? Nie ważne. Liczyło się to, że byliśmy blisko siebie, ciało przy ciele. Liczył się mój oddech, który on czuł na karku, rwące bicie jego serca.
Ostatnie kroki, ostatnie nuty wygrywane przez skrzypce i ten klasyczny ruch, kiedy on odchylał mnie do tyłu. Trzymał mnie pewnie, ale i delikatnie. Z dreszczykiem ekscytacji dałam się prawie położyć na parkiecie. Wydało mi się, że zobaczyłam wtedy najemnika, jak stał z zaciśniętymi pięściami przyglądając nam się zimno, ale świat zawirował mi w oczach kiedy nasze ciała znowu się spotkały i nie byłam już tego taka pewna. 
Muzyka ucichła, żeby łagodnie przejść w kolejną nutę. A my staliśmy nadal na środku. Zatrzymani w przepięknej tanecznej pozie z rozgrzanymi sercami.
-Chyba powinniśmy zejść z parkietu- wyszeptałam po dłuższej chwili.
-Rzeczywiście… Przepraszam. Zwykle tak się nie zachowuję.
Jonathan odprowadził mnie na bok, gdzie stały i gawędziły sobie bogate osobistości, aby na chwilę odsapnąć.
-Przepiękne miejsce -skomentowałam rozglądając się wokół.
-Muszę powiedzieć, że to ty przykuwasz moją uwagę bardziej od diamentowych żyrandoli- odpowiedział chłopak podając mi kieliszek z sampanem.
-Dziękuję- uśmiechnęłam się nieśmiało. 
Nie wiem czy mogę nazywać mój cel chłopakiem, czy już mężczyzną… Dwadzieścia lat… Nie istotne. Niech będzie chłopak. A więc ten chłopak właśnie był moim obecnym, pierwszym świadomie wybranym celem. Wytrwać z nim cztery godziny, poflirtować, umówić się na randkę i jakimś sposobem wbić na chatę. Łatwizna! 
Heh.A więc misja dopiero się zaczęła.