niedziela, 31 maja 2015

67 Wypierniczaj



Po tygodniu byłam padnięta.
Wstać, biegiem na gimbus, w szkole dać z siebie wszystko żeby wyglądać normalnie, napisać sprawdziany na czwórki, nie kłócić się z koleżankami, nie uciekać od ludzi, dotrwać do końca, wsiąść do gimba, odrobić prace domowe na kolanie i dotrzeć do drzwi domu nie zasypiając po drodze.
Potem zrobić sobie obiad, nakarmić kota i sprawdzić podwórko, zająć się domem i podliczyć rachunki.
Myślicie, że to tak łatwo? Hm. Nie za bardzo.
I jeszcze się okazało, że nie wiem jak trzeba zapłacić za rachunki. Nigdy tego nie robiłam, a tu sobie w środę listonosz coś takiego przynosi. No ej! Ale jak tak patrzyłam, to wcale tak dużo nie wydałam. Tyle, że w ciągu miesiąca, to kasy mieć już nie będę. A to źle.
Trzeba by iść do pracy… Ale kto przyjmuje nieletnich? No nikt. Chyba, że za dwie dychy miesięcznie rozdając ulotki. Tak, to ja długo nie pożyję. Muszę wymyślić coś innego.
Tak sobie siedziałam właśnie przy biurku, kiedy nagle zaczęłam pisać z… Nim. Tym wyobrażeniem.
-Hejo, laska!
-Cześć.
-Co taka markotna, mordka?
-Jak zarabiasz kasę?
-Co?
-No się pytam, jak ty zarabiasz? Przecież forsy z drzewa nie zrywasz.
-Co ty kombinujesz, Julka?
-Nic. Tak tylko…
-Już to widzę. Opowiadaj.
Opowiedziałam mu o wszystkim zapisując prawie dwie strony.
-Tym razem, to ja myślę, że to przegięcie.
-Przegięcie? Jakie przegięcie? Czy ty się słyszysz? Ja tu świat ratuję, a ten mi, że to przegięcie!
-A co ty myślisz? Że to tak teraz wszystko do normy wróci?
-No… tak myślałam, ale…
-No właśnie. Ale! Ale ty blondyna jesteś.
-Ej!
-Co ej? Głupia jak but jesteś. Nie pomyślałaś ani sekundy o tym, jakie to jest dziwne, że nadal żyjesz?
-Przecież mówiłam ci, że te przemiany…
-Żadne przemiany! Tu chodzi o to!
-O co?
-O dom. Pomyśl. MUR cię znalazł, zabrał ci rodzinę, zostawił ślady i…
-I?
-I kurde tak po prostu pozwolił żyć! Ile już tak tu siedzisz? Dwa dni?
-Tydzień…
-Tydzień?! Ty się stąd wynoś, póki możesz. Ale już!
-Ale… Czemu? Nawet nie mam gdzie pójść.
-Masz tyle ciotek i wujków i ty nadal tu siedzisz. Ja się zaraz zastrzelę. Bier rzeczy i wypad.
Zastanowiłam się przez chwilę. On miał rację. Coś tu śmierdziało, z tym MURem i chyba najlepiej byłoby się wynieść. Tak na wszelki wypadek.
-Wszystkiego nie wezmę, ale nie mogę tutaj tego zostawić. Rodzice ciężko pracowali, żeby…
-Ty mi tu nie lamentuj. Rodziców chwilowo nie masz. Ale coś czuję, że oni nie chcieliby, żebyś ty też zginęła.
-No… Nie.
-No właśnie.
-Ale to co ja mam teraz…
-Klikając jeden, wybierz osobę, u której przenocujesz. Klikając dwa, spakuj najpotrzebniejsze rzeczy. Klikając trzy, posprzątaj resztę rzeczy. Klikając cztery, wreszcie stąd wypierniczaj!
Zrobiłam jak powiedział. Wpakowałam do torby pieniądze, ubranie, ręcznik, zeszyty, szczoteczkę i resztę przydatnych rzeczy. Do drugiej władowałam książki od pani Michaliny, nóż, rapier, apteczkę i komputer, a ostatni zgarnęłam plecak. Po drodze wysłałam esemesa cioci, że zaraz u niej będę, bo rodzice pojechali z dziadkiem do szpitala. Godzinę później siedziałam u niej w kuchni. Ciocia Renata, to najbliższa kuzynka mojej mamy. One same są swoimi przeciwieństwami, choć w jednym się nie różnią. Obie mają córkę, syna, męża i rodziców w tym samym domu.
-Spoko. Idę ci rozłożyć materac. Który chcesz kubek?
-Czerwony.- Daria podała mi naczynie i wyszła z kuchni. Nalałam sobie herbaty z dzbanka i wgryzłam w kanapkę. Z kuzynką zawsze miałam dobry kontakt choć była ode mnie jakieś sześć lat starsza. Kuzyna miałam już zbyt dorosłego, żeby móc mieć z nim takie układy. Zerknęłam za okno. Na dworze zaczynało kropić. Ciocia usiadła na krześle obok.
-To bunt?- Pytanie całkowicie na miejscu. Ciocia zawsze była prostoduszna.
-Yhy.
-Ach. To nie na długo, tak?
-Nie. Nie, no. Co ty, ciocia?
-Wiesz, że to nic nie da. Nie możesz uciekać przed problemami. Trzeba je rozwiązać.- Ciocia lekko się uśmiechała. Zaczęła opowiadać o jej młodości. Wciągnęło nas to tak bardzo, że spać położyłam się o pierwszej. Z całej rozmowy zapamiętałam jedno. To, że powinnam wreszcie załatwić te sprawy. A do tego potrzebne mi jest coś…

Dobra. I tutaj moja wizja się kończy. Tak na serio, się kończy. Nie dam rady nic więcej wymyślić, więc pliss, podeślijcie mi jakieś pomysły. Błagam. Będę wdzięczna za choćby poradnik jak posmarować bułkę masłem, żeby smakowała najlepiej. Chociaż to.

czwartek, 28 maja 2015

66 Płatki



 I do czego doszłam?
Doszłam do tego, że użalanie się nad sobą to bezsensowna strata energii. Oni mogli jeszcze żyć! Do tej pory nie zobaczyłam jeszcze ani jednego śladu krwi czy walki. A jeśli żyją, to ja już wiem u kogo są. MUR sam zostawił mi zaproszenie. Tylko, że teraz nie mogę z niego skorzystać, bo naprawdę nie mam jak z nimi walczyć. Muszę się sprężyć, ogarnąć sprzęcior, jakiś ludzi, podszkolić się, nauczyć panować nad mutacją, nauczyć się o niej czegokolwiek. To trochę zajmie. Ale, ale! Jeśli oni żyją i ich już uratuję… kiedy ich uratuję, to wszystko wróci do normy sprzed JulkoŻycioApocalipsy więc o normalność też muszę zadbać. I chodzi mi tutaj o szkołę i o dom.
No więc, do dbania o dom potrzebna jest kasa. Moi rodzice mają uzbierane oszczędności, ja sama też, ale to za mało. Zresztą kasa potrzebna jest do wszystkiego. Trzeba by jakoś zarobić, nie? Ale o tym później, bo teraz muszę wracać do nauki. Jest niedziela, a ja mam do nadrobienia cały tydzień. W życiu chyba się tak nie namęczę!
Naukę skończyłam o dziesiątej w nocy i poszłam pod prysznic. W tym czasie o niczym nie myślałam. Pierwiastki, układy, wyżyny i inne takie poszły odpocząć. Wraz ze strumieniami ciepłej wody nuciłam sobie piosenkę Eda S. z „Hobbita”. Jutro będę musiała udawać normalną mocniej niż zwykle. Świat jest głupi! Raz daje ci piekielnie trudne wyzwania, a raz nudę. Co lepsze? Sama nie wiem.
Rano wpakowałam książki do torby, zgarnęłam bułkę z chlebaka i poleciałam na przystanek. Prawie zaspałam i przyznam się, że nawet dobrze mi zrobił pośpiech. Kierowcy powiedziałam dzień dobry, rzuciłam cześć do kolegów, usiadłam na moim zwykłym miejscu i prawie wczułam się w normalne życie. Prawie. Potem przyszła Ania i Milena i zaczęłyśmy gadać. Wygadały mi wszystkie najnowsze ploteczki i cały czas się chichrały. Jak wreszcie dojechaliśmy, to już nie wytrzymałam i wypaliłam:
-Co was tak śmieszy?           
-Jak to?- Spojrzały się na mnie zdziwione.
-Nie było mnie i …
-Racja!
-Trzeba jej powiedzieć. Powiedz jej Milka!- Ania dodawała przyjaciółce odwagi.
-No dobra! Nika mówiła, że masz chłopaka i to prawda! No spójrz na siebie! Łał!
-Whaaaaat?
-Oj! Ty nas już nie okłamuj. My wiemy, Julcia.
-Ale. Ale… What? A jak niby on ma na imię?- Kolejna głupia plotka.
-Nika mówi…
-… że Lex! Romantyczne imię!- I znowu zaczęły chichotać. A ja takie: what? Ale dlaczego… Acha. Pewnie z tego szoku Nika pamięta, że wydarzyło się całkiem co innego. Czytałam o tym w księgach od pani Michaliny. To normalne.
-Gdzie tam! Ja i chłopak?- Uśmiechnęłam się szczerze.
-Ale przecież widać jak promieniejesz!- Obie spojrzały na mnie lustrującym wzrokiem.
-Heh. Normalnie wypoczęłam dzięki tej chorobie, nie?
Całe szczęście na tym się skończyło. Reszta dnia była nudna jak flaki z olejem. No dobra, nie całkiem. W-F w tych czasach nudne nie są. Zajęcia artystyczne też nie. No chyba, że jesteś mną, bo mój najmniej nudny moment to była rozmowa z Włodkiem.
-Julka… Cześć.
-Hejo. Co tam? Z cyborgiem wszystko ok?
-Taaa. Wyłączony.
-Acha. Co dalej?
-Nic. Julka?
-Co?
-Sorry za tamto.
-No ok.
-Ej? Kto to był, ten gościu z tobą?
-Nie twój interes. Jest konserwator?
-Nie ma. Wziął chorobowe.
-Pewnie…
-Ty! Ale co się z tobą działo? Twoich też nie ma.
-Wiem. Wyjechali do sanatorium. Wrócą za tydzień.
-Nie zabrali cię?
-Mieli tylko pięć biletów. Mówi się trudno.
-Acha. Dobra…
-Wiesz co? To ja już pójdę, bo mi gimbus odjedzie. Na razie.
-No. Cześć.
Po tym wsiadłam do gimbusa. Prawie znowu zaczęłam płakać. To sanatorium, to chyba raczej w stylu więzienia.
W domu siedziałam sama z miską płatków w ręku oglądając jakieś durne programy.
Płatki są dobre.

środa, 27 maja 2015

65 Rodzina. Jak mgłabym nie.



Deszcz nie przestawał padać.
Dziewczyna robiłam się coraz mokrzejsza, ale tego nie zauważała. Już od jakiejś chwili ryczała jak raniony lew. Jej świat znowu zaczął się rozpadać, jak posklejane taśmą lustro.
-Aargh! Potwory!- krzyczała na całe gardło.- Mordercy! Mordercy!

Wiecie jak to jest, dowiedzieć się, że przez was zamordowano wam rodzinę? Nie chcecie czuć tego, co ja w tamtej chwili. To było jak esemes od świata: „nienawidzę cię”. Tak. Przez to płakałam. Nawet nie pamiętam co myślałam kiedy sobie wszystko uświadomiłam. Pamiętałam tylko łzy. A wiecie co ja sobie kiedyś obiecałam? Że nie będę płakać. Nie udało mi się.

W pewnym momencie zaświeciły jej oczy. Ona też to poczuła. Zaczęła się przemieniać.
A jednak nagle Lex złapał ją za ramiona i mocno przytulił. To uspokoiło mutację. Dziewczyna jednak nie wpadła w szał. Przestała krzyczeć, a jedynie płakała rzewnie w objęciach najemnika. On czuł oszalałe bicie jej serca. Czuł jak Gwiazdka cała drży ze strachu. A jednak nie było w niej nienawiści. Po tym co przeżyła, ta zwyczajna gimnazjalistka, jak sama się nazwała, nie czuła nienawiści do ludzi i do świata. Dla niego to była nowość. On sam otoczony od zawsze był „tymi złymi”. I ten jeden raz, właśnie przy niej, poczuł, że chce być dobry.
W końcu deszcz przestał padać. Noc zrobiła się gwieździsta i piękna. Poczuł, że dziewczyna spokojnie oddycha. Spojrzał na nią. Musiała zasnąć z tego całego wyczerpania. Nie dziwił się. Dla „zwykłych” ludzi, to co ona robiła było śmiertelne. Ale w rękach nadal wydawała się być… krucha. Tak. A może nie? Wiedział jak twardą jest osobą.
 Podniósł ją i wziął w ramiona. Nie była taka ciężka jak myślał. Przeszedł przez drogę, kopniakiem wyważył furtkę i powoli wkroczył na posesję dziewczyny. Nie wierzył, że MUR zostawiłby jakieś niespodzianki, ale wolał być ostrożny. Drzwi wejściowe były uchylone. Dom dziewczyny był dwupiętrowy. W ganku z ciągnął ich ubłocone buty. Najpierw zaniósł ją do najbliższej łazienki i położył ją w wannie. Potem ze zdobytnim rewolwerem przeszukał dom. Wyglądał jakby właściciele wyjechali na wakacje. Nie roztrzaskiwanie talerzy było jak najbardziej stylem MUR`u. Wrócił po dziewczynę. Zdążył się zorientować, który pokój był jej więc tam planował ją zanieść. Najpierw jednak zdjął z niej przemoczony płaszcz i jako tako osuszył ją ręcznikami. Nawet nie chciał myśleć jak by to wyglądało gdyby ona nagle się obudziła. Sam też się wysuszył. Niestety jego koszulka była już nie do użytku, więc musiał ją zdjąć. Przy okazji przyjrzał się swoim szwom. To przypomniało mu, że ona też jest ranna. Nie mógł jednak uwierzyć, w to co widział. Jej rany całkowicie się zagoiły! Całkowicie.
-Cholera…- Mruczał dotykając swoich.
Wreszcie zaniósł ją na rękach do pokoju i położył w łóżku z białego drewna. Chciał ją nakryć kocem, ale uświadomił sobie, że nie może wstać. Nadal ją trzymał i chciał puścić, ale nie dał rady, bo ręce dziewczyny oplotły jego szyję, więc aby jakkolwiek się poruszyć musiałby ją obudzić. A tego nie chciał. Zamiast wyrywać się spróbował inaczej. Położył się obok i chciał wreszcie zdjąć ją z siebie, ale nagle poczuł jak bardzo jest zmęczony. Utrzymanie otwartych oczu szło  mu coraz gorzej. Aż w końcu usnął dokładnie obok niej.
Gangster bez koszulki w ramionach zwyczajnej nastolatki.


Ach te poranki!
W szczególności kiedy budzisz się przy mężczyźnie bez koszulki, oparta o niego, a w sumie to całkiem  w niego wtulona. Szczególnie kiedy to Lex, a ty nie pamiętasz nic z wczorajszego dnia.
-Okej…
Zaczęłam się robić czerwona. Nie żeby mi się to nie podobało, bo tej nocy spało mi się całkiem przyjemnie, ale wyobraziłam sobie jak to wygląda z góry i stwierdziłam, że dla postronnych całkiem jednoznacznie.
No i nie miałam co zrobić. Nie chciałam rozmawiać o tym z Lexem, bo nasza gadka byłaby bardziej niż niezręczna. Najlepiej żeby on to jakoś rozwiązał, nie?
Z błaganiem w duszy uspokoiłam serce i wygodniej się w niego… no… ten… no wiecie. No przytuliłam się do niego! Starałam się nie drżeć, żeby go nie obudzić i byłam już prawie ułożona kiedy on otworzył oczy. Tym razem byłam bliżej niego niż poprzednio. Trzymałam ręce na tej jego umięśnionej klacie i brzuchu. Nie wiedziałam co powiedzieć. Nie wiedziałam co zrobić! A on miał takie piękne oczy! I nic nie zrobił! Nawet się nie poruszył, tylko się na mnie patrzył. Westchnęłam lekko. Serce znowu zaczęło bić mocniej. Nie wiem tylko, jego czy moje?
-Śpij, słonko. Jeszcze wcześnie.
Jego słowa dotarły do mnie jak przez mgłę. Najemnik objął mnie ramieniem i z powrotem zamknął oczy. Ogłupiałam. Serio. I co ja mam teraz zrobić? I wtedy sobie uświadomiłam. To tylko sen! Bosz, ale ja jestem głupia! Czasami już mi się tak zdarzało i wtedy wystarczyło poczekać, aż sen minie. Uśmiechnięta wróciłam do snu. Niech sobie będzie. Nic dziwnego, że taki, bo przecież Lex brzydki nie jest. Ma fajne ciało, jest przystojny i irokez bardzo mu pasuje. I ten jego tatuaż… No. Całkiem, całkiem. Z uśmieszkiem znowu zasnęłam. Jeszcze nigdy nie byłam tak blisko „wyśnionego”.

Ze snu zbudziłam się nie wiem kiedy, ale przez okno do pokoju wpadały wesołe promyki słońca. Sprawdziłam, ale koło mnie nikogo nie było. Rzeczywiście, to wszystko było snem! Co za ulga. Musiałabym się tłumaczyć. Z drugiej strony… trochę szkoda. Lex to nawet uroczy BadBoy z charakterkiem… Nie! Wywal z głowy te myśli. Ostatnim razem skończyło się nieprzyjemnie. Skończyło się Mateuszem. No i jeszcze był Włodek. A kiedyś taki jeden K. Chyba nie powinnam tyle myśleć o facetach…
Nie ważne. Wstałam i przeciągnęłam się. Drzwi balkonowe do pokoju były uchylone. Mama musiała rano tworzyć. Hm… Przecież od wczoraj nie miałam mamy… Ani żadnej innej rodziny.
-Kurde no! No kurde, kurde, kurde!- Kopnęłam ścianę. Chciałam kopnąć jeszcze raz, ale z kuchni dobiegały jakieś dźwięki. Od razu pomyślałam o Leksie.
-Ciekawe…- Zastanowiłam się nad wczorajszym dniem. Pamiętałam tylko jak bardzo było mi mokro i moment kiedy prawie się przemieniłam. Reszty już nie. Pewnie byłam zbyt wściekła. A w takim razie, to gdzie był najemnik?
Wyszłam po cichu z pokoju i poszłam do kuchni. Nikogo tam nie było. Za to na stole stał talerz z kanapkami, kubek herbaty i jakaś kartka. Hałas robił kot. Jak tylko mnie zobaczył, to podbiegł się przywitać.
-Hej kicia! Jak tam u ciebie? Widzę, że ktoś nalał ci mleka. To pewnie ten wstrętny gangsta, co nie? Pewnie tak.- Odłożyłam wygłaskanego kota na podłogę. Nadal nie mogłam znaleźć najemnika. Spojrzałam na kartkę.
„Słonko,
wczoraj dałaś niezłego czadu, więc zaniosłem cię do pokoju. Na stole masz śniadanie. Przemyśl co dalej zrobisz. Ja radzę ci wziąć się w garść. Spadam pozałatwiać swoje sprawy. Nie czekaj. Kiedyś zadzwonię.
Przystojniak Lex.
PS: Nie zapomnij zapłacić rachunków.”
Acha. Mogłam się tego spodziewać. Ale w sumie się nie dziwię. Na jego miejscu też bym tak zrobiła.
Wywalam więc go z głowy i koniec sprawy. Nie on jest teraz najważniejszy.
Włączyłam telewizję i usiadłam do śniadania. Kanapki były dobre, ale nie porównywałam ich z tymi mojej babci. Popiłam herbatą. W TV leciały same wiadomości i jakieś głupie seriale typu „Trudne Sprawy”. Była piątkowa godzina ósma trzydzieści. W szkole właśnie trwała geografia, a ja musiałam zastanowić się co teraz. Na sucho myśleć nie mogłam więc skoczyłam się po kartki i pisaki. Pierwsza lista dotyczyła domu, druga mnie, trzecia szkoły, czwarta innych ludzi.
Od razu się wszystkim zajęłam. Najpierw przeszukałam dom i wyskoczyłam po szlaufa żeby zmyć graffiti. Potem radą Lexa zgarnęłam rachunki i inne papiery. Mój mózg nie chciał się wysilać, więc to zostawiłam na później. Kolejną rzeczą było sprawdzenie kurnika, który okazał się pusty, nakarmienie pupili, którymi okazała się tylko kocica i posprawdzanie podwórka.
Tego dnia dużo myślałam o rodzinie.
Jak mogłam nie?

wtorek, 26 maja 2015

64 Lewy samolot



Tutaj skrócę wam całą podróż.
A więc: dotarliśmy do miasta, wpakowaliśmy się w lewy samolot, przelecieliśmy (ledwo, ledwo) przez ocean, wylądowaliśmy w Hiszpani, wsiedliśmy w kolejny samolot i wylądowaliśmy w Polsce, a tam z Pyrzowic to już niedługa droga.
Przy czym zdarzyło się parę dziwnych rzeczy podczas tego  wszystkiego.
Nika rzuciła się na Lexa, który udał wielce zakłopotanego i powiedział, że on ma narzeczoną i nie może się spotykać z nieletnimi.
Ha! Banał.
Ale, co do tego! W samolocie, którym przemierzaliśmy ocean był chyba cały możliwy sprzęcior gamerowy (pożyczyliśmy samolot You-kona) i jak my byliśmy zajęci Mortal Kombatem, to Nika siedziała ze zwieszoną głową odwrócona do nas tyłem. Odrzucenia nie przyjmuje się dobrze, ale według mnie była to przesada. Puściłam to jednak płazem, bo wiedziałam ile przeszła.
My z najemnikiem zajęliśmy się sobą. Ej! Tylko sobie nie wyobrażajcie, kurczę! Ha ha ha. Wy to byście od razu nas spiknęli, nie? A my tylko się świetnie bawiliśmy. I mi i jemu potrzebne było wyluzowanie. A i tak jestem od niego lepsza w Call Of Duty. Lamusowi zawsze brakuje do mnie trzech punktów!
Po drodze wpadliśmy w dość ciekawe dyskusje. Trochę z siebie pożartowaliśmy.
I… tyle. Tak. To chyba wszystko. Tylko wiecie, w końcu nie powiedziałam im  jak uciekłam. Nie mogłam. A w szczególności Nice.
Do naszego miasta dojechaliśmy autobusem, bo kradzione auta w Polsce łatwo znaleźć. Najpierw odprowadziliśmy Nikę.
-Dzień dobry. Tu Julia…
-O! Już wróciłyście! Jak dobrze. Już wychodzę.- Rozmowa z panią mamą Niki przez interkom zaczynała się zachwycająco.
-To ja odstawiam Nikę…- Pani mama Niki ubrana był w długi szlafrok, a jak tylko zobaczyła córkę, to mocno ją siebie wtuliła.
-Jak minęła wam wycieczka?- Zapytała mnie.
-Wycieczka…
-Kraków to piękne miasto, prawda?
-Aaa… Ta wycieczka.- Spojrzałam pytająco na Lexa ale on tylko wzruszył ramionami.
-No dobrze. Chodź do domu kochanie.- Mama Niki zaciągnęła ją za furtkę i zamknęła ją na klucz. Jeszcze przez chwilę słyszeliśmy ich uroczą gadkę, a potem odwróciłam się do najemnika.
-Co to było?
-Mnie się pytasz, słonko?
I w tej chwili podjechał pod bramę znajomy samochód.
-Włodek!- Uśmiechnęłam się radośnie.- Wreszcie ktoś normalny!
Przeliczyłam się. Włodek wyskoczył z samochodu, dobiegł do mnie i z całej siły odepchnął. Zrobiłby to jeszcze raz, gdybym nie wpadła na Lexa, który zamienił nas miejscami i teraz on stał po środku.
-Co to miało być, Julka!? Co?! Co ty się na randki wyrywasz!- Chłopak warczał mocno gestykulując.
-Włodek, ja…
-Nic ty! Ty tylko o sobie myślisz! A co ze szkołą?! Musiałem za ciebie całą robotę odwalić!
-Włodek…
-I jeszcze wymyśliłem tą głupią wycieczkę, żeby cię nie przyłapali, bo drugiego zaginięcia, to byśmy nie przetrwali. Co ty sobie myślisz?!
Coraz mniej mi się to podobało. Nawet nie rozumiałam o co… Aaa. No to teraz już kumam. Włodek pewnie wszystkim opowiedział o tej wycieczce żeby mnie nie nakryli. Ale w takim razie… To co ja miałam mu powiedzieć. Hm? Jakieś pomysły?
-Idiotka z ciebie, Julka! Centralnie blondyna jakich mało!- Włodek po raz kolejny się na mnie rzucił, ale Lex zręcznie go podciął.
-Czy ten chłopak ci się narzuca?- Najemnik spytał mnie nadal patrząc na chłopaka.
-Nie. Zostaw go. Włodek, a teraz mnie posłuchasz, dobra? No okej. To zacznijmy od tego, że Nika, nasza prawdziwa Nika, jest cała i zdrowa u siebie. Lex ją uratował. Spotkałam go i razem zaplanowaliśmy jak ją zwrócić. Twoja wycieczka, jak widzisz, nam to ułatwiła. A teraz kolejne. Trzeba gdzieś zabrać jej siostrę bliźniaczkę, bo jej mama się skapnie. Co z nią zrobisz, to już twoja sprawa. Acha. Jaki dziś mamy dzień?
-Czw-wartek.- Włodek zająknął się własnym zdziwieniem.
-No masz. Muszę się pouczyć do kartkówki z biologii. To my już lecimy. Życzę ci miłego dnia, Włodku. Cześć!- Uśmiechnęłam się, pomachałam i odeszłam w kierunku przystanku. Niech tam jeszcze poleży, to zrozumie. Za mną dreptał Lex.
Minęliśmy w ciszy jakieś trzy przystanki, kiedy wreszcie usiedliśmy przy czwartym. Była już noc i zaczęło padać.
-Ech…- Lex rozprostował kolana.
-Co jest?
-Teraz będę musiał załatwić sprawy z moimi, słonko. MUR nadal działa.
-MUR… Tak. Trzeba będzie to jakoś załatwić.- Zerknęłam na niego badawczo.
-Najlepiej zlikwidować.- Uśmiechnął się do mnie.
-Niby tak, ale…
-Wiem, słonko. Wiem. I dlatego to będzie jeszcze ciekawsze!
-Hm…
Myśli uderzyły we mnie jak piorun.
You-kon jest martwy. Demonizatory są martwe. Ale… Przez ten cały czas likwidowaliśmy CTS, a to przecież do MUR`u należał Lex. A jeśli MUR został nietknięty, to… Demonizatory też. A pamiętając akcję w kościele, to moja rodzina jest w niebezpieczeństwie!
-Hej! Co jest?- Lex złapał mnie za kołnierz, bo zachwiałam się i prawie spadłam z ławeczki. Do głowy przychodziły mi coraz gorsze pomysły i obrazy.
-Mój brat… Rodzice. A co jeśli…
-Słonko, mów wyraźniej, bo nie…- On też zrozumiał.
Autobus zatrzymał się przy przystanku. Najemnik pomógł mi wsiąść. W środku było pusto. Gdyby nie on, to chyba zaczęłabym płakać. Musiałam odrzucić złe myśli. Przecież oni pewnie teraz siedzą wspólnie przez telewizorem i zajadają rogaliki, które upiekła babcia. I pewnie rogaliki z jabłkiem.
-A co z twoją rodziną, Lex?- Zadałam mu nieoczekiwanie poważne pytanie. Na to on wykrzywił twarz.
-Nie mam rodziny, słonko. Tacy jak ja żyją sami. Zawsze singlem!- Próbował się uśmiechnąć ale nie potrafił.
-Przykro mi.- chciałam złapać go za rękę, ale się zawahałam.
-Nie potrzebnie. Twoja głowa jest od innych spraw, słonko.- Zauważył to i wybrnął z sytuacji.
Jak tylko wysiedliśmy zaczęłam biec. Ile siły w nogach. Deszcz przyjemnie chlupotał pod stopami. Wyminął nas autobus.
 Na dom spojrzałam dopiero, kiedy byłam dokładnie na chodniku naprzeciwko.
Stanęłam jak wryta.
Całą fasadę, którą malowałam wspólnie z dziadkiem,  pokrywało czerwone graffiti. Napis „To twoja wina!” był rozmazany deszczem, ale nadal czytelny. Na murze za to pisało grubą białą krechą „MUR”. To było dla mnie jednoznaczne.

Ręce mi opadły.
Deszcz połączył się z łzami.
Upadłam na kolana łkając żałośnie.
Zawyłam do księżyca.