wtorek, 31 marca 2015

22 Szrama



Ona nie mogła tego zrobić!
-Ale… ale.
-Siadaj!
-Pani Szramo, ja przecież… to tylko spóźnienie. Ja byłam po torbę.
-Nie dyskutuj ze mną!
-pani Szramo ja…
-Powiedziałam siadaj!- Matematyczka była purpurowa ze złości, a Milena biała ja sufit (ściany są zielone). Usiadła jednak, bo nie wiedziała co innego miałaby zrobić.
-Co wyście jej zrobili?- Mili miał siłę mi się o to zapytać.
-Mówiła coś, że ona tylko zamawia i rezerwuje, a my jesteśmy nieodpowiedzialnie rozwydrzeni, i że to wszystko jest naszą winą.
-Kuuuźnia…- Słynne powiedzonko Mili, którego używa zamiast przekleństw.
-Nowak! Minus dwadzieścia za rozmowy!- Jakim cudem ona to usłyszała? Szrama nie może mieć tak dobrego słuchu. Ale, ale. Co ja takiego zrobiłam, żeby zasłużyć aż na minus dwadzieścia (choć za gadanie jest minus pięć), a Milena na minus czterdzieści? Rozglądnęłam się po klasie szukając wsparcia. Znalazło się parę osób. Względnie cała klasa. Podjęłam więc ryzyko.
-Proszę pani,- wstałam- ja chciałam tylko spytać dlaczego dostałam minus dwadzieścia, a Milena minus czterdzieści. Wszyscy wiedzą, że za spóźnienie się na lekcje jest minus dziesięć, a za rozmowy minus pięć. Proszę mi to wytłumaczyć.- Szramie oczy wyszły z orbit. Moim ludziom natomiast przysporzyłam uśmieszków.
-C.. co?
-Chciałabym, żeby wytłumaczyła mi pani, czym przewiniłyśmy.
-Gadanie! Mam ci za dyskusję wstawić kolejne minusy?
-Ależ ja nie dyskutuję. Wydaje mi się tylko, że statut nie pozwala nauczycielom na dowolne kary. Poproszę zatem o przydzielenie mi przepisowej kary w wysokości minus pięciu.- Milena nabrał kolorów. Inni patrzyli na mnie jak na bohatera. Szkoda tylko, że tego nie widziałam. Całkowicie pochłonęła mnie walka na spojrzenie z nauczycielką.
-Nie dyskutuj i siadaj! Wpisuję ci minus pięć.
-A Milena?
-Siadaj, bo zmienię zdanie! Milenie też.- Mówiła prawdę, bo widziałam jak kreśli coś w karcie zachowania. Niestety to mi nie wystarczyło.
-Dziękujemy. Chciałabym też, jeśli mogę, dowiedzieć się dlaczego jest pani na nas wściekła. Być może mogę jakoś pomóc.-Szrama była skłonna do rozmowy.
-Dlaczego?! Ach, bo ciebie nie było…- Trafna uwaga, droga pani. Ech, ci nauczyciele.
-Tak i niestety nikt nie potrafił mi wytłumaczyć, co się działo przez ten czas.
-Twoi koledzy nie wpłacili na czas pieniędzy, więc nasza wycieczka klasowa zostaje odwołana.- Wszyscy westchnęli słysząc to po raz pierwszy.
-A psze pani! Przecież wpłaciliśmy. Tyle osób ile była mowa.- Niski Kondziu i jego wybuchowy temperament wyskoczyli do przodu.
-No.- Potakiwała mu reszta. Ja nadal stałam.
-Wpłaciło tylko siedemnaście osób.
-Na dwadzieścia. No i jeszcze Julki pani nie policzyła, czyli osiemnaście.- Milena dodała właściwe słowa. Szrama nie wiedziała co ma powiedzieć. Ola natomiast tak.
-To przez klasę równoległą! Ich miało pojechać dziesięciu, a jedzie tylko trzech. Nie nasza wina.
-Koniec dyskusji! Wasze tłumaczenia zabrały już za dużo czasu. Robimy zadania strona czterdziesta piąta w podręczniku. Dawid do tablicy!- Nauczyciele tylko tak potrafią rozmawiać. Każąc rozwiązywać durne zadania albo robiąc kartkówki. I to nie na ich lekcjach! Matmę przecież mamy po w-f`ie. Lekcja była okropna. Zapomniałam o niej już na korytarzu idąc na przejściówkę, żeby tam poczekać na w-f. Te przerwy lubię najbardziej. Jesteśmy wtedy wszyscy razem i świetnie nam się gada. Przejściówka to terytorium w-fistów, których tym razem na niej nie było. Wejście na kompleks sportowy też było zamknięte. Wszyscy snuliśmy historyjki na temat tego, co może nas czekać i co to wszystko oznacza.
Ja miałam najlepsze najgorsze przypuszczenia.

 

21 Siadaj i cisza



Siedziałyśmy na parapecie przed salą matematyczną.
-To kiedy cię zabiera na tą randkę?
-W następną sobotę. Nie wiem jeszcze gdzie, ale mówi, że to coś specjalnego.- Rumieniąca się Ania taka słodka! Jestem jej przyjaciółką i bardzo cieszę się kiedy jest szczęśliwa, a teraz na pewno jest. Adriana jeszcze nie ma w szkole więc mamy z nią trochę czasu sam na sam. Potem trzeba będzie odpuścić. W końcu są zakochani!
-Robiliście już coś?- Milena była tak samo ciekawa jak ja.
-Musieliście coś robić!- Werka i Ola też z nami siedziały.
-Przyjechał do mnie w niedzielę i poszliśmy na spacer…- Ania była nieźle zakłopotana, ale chichotała równo z nami.
-Taaa… Już ja widzę ten wasz spacer! Ha!
-Nie no. To wcale nie… My nie… My tylko rozmawialiśmy.
-Trzymając się za ręce! Potrafię to sobie wyobrazić. O czym więc tak rozmawialiście?- Ola nie odpuszczała.
-O truskawkach i o jego zawodach. Wiecie, że on już parę razy wygrał! No i oczywiście trochę o szkole i o filmach. Może on mnie weźmie do kina? Byłoby cudownie!
-Chwila, chwila.- Przerwałam jej rozmyślania, bo jeszcze by sobie popsuła niespodziankę.- Dlaczego o truskawkach? Nie, no. Ja wiem, że można gadać o arbuzach, ale o truskawkach?
-Okazało się, że on był dwa lata temu na Dniu Truskawki! No wiecie, tym festiwalu, o którym tak często gadam.
-Przypadek?- Zaczęła Milena.
-Nie sądzę!- Dokończyłyśmy wszystkie.
 I kiedy tak się śmiałyśmy po schodach wszedł Adrian ze świtą. Jak tylko nas zobaczył od razu się uśmiechnął. Do wszystkich, ale w szczególności do Ani.
-Hej Aniu…- Stanął naprzeciw niej i… W sumie nie wiem, bo odeszłam, żeby zostawić im trochę miejsca. Zgarnęłam też dziewczyny. Nie powinny im przeszkadzać. Podeszłyśmy za to do chłopaków. Chwilę minęło zanim zakochani do nas dołączyli. Obawiałam się, że będę zachowywać się inaczej, ale oni byli naprawdę dobraną parą. Widać było, że na siebie zerkają i stali bardzo blisko, ale normalnie się śmiali i głupkowali. Zadzwonił dzwonek.
-Do klasy! Cisza! Do klasy!- Matematyczka krzyknęła na nas zbierających torby z podłogi. Co jej się mogło stać? To moja pierwsza lekcja z nią od czasu szpitala, bo wcześniej miała dwa zastępstwa, ale nawet teraz widzę jak się zmieniła. Była wściekła. Aż pluła pianą. Nikt oczywiście nie wiedział co się stało, więc woleliśmy zachować stosowne milczenie. W klasie było ciszej niż na pustyni.
-Co wy sobie wyobrażacie! Ja się męczę, organizuję, zamawiam, a wy! Jesteście nieodpowiedzialni i rozwydrzeni! Nic więcej już w tej klasie nie zrobię! Żadnych przełożeń kartkówek, żadnych plusików! To wasza wina! Bo wam dać rękę, a zjecie całego! Wstyd mi! Za was! Za wasze gadulstwo, niewychowanie! Wy też się wstydźcie! Bo ja tylko się męczę i idę wam na rękę! A może by pani przełożyła, a może dała, a może nie dawała… Dość! Albo weźmiecie się do pracy… albo was wszystkich obleję!- Kobieta stała się prawdziwym szaleńcem. Ja nie wiedziałam o co chodzi, ale nawet reszta była zszokowana jej wyczynami. Nauczyciel nie powinien… no dobra. Po tym co widziałam, to już nie wiem co nauczyciel powinien.
-Adrian?- Musiałam się dowiedzieć o co kaman więc wychyliłam się trochę do tyłu z pytaniem.
-Co?- On też szeptał.
-O co jej chodzi?
-Nie wiem. Zapytaj Patryka.- Dzięki Adrian. Dużo pomogłeś. Spytałam się go tylko dlatego, bo Mileny jeszcze nie było w klasie. Wróciła na dół, bo zostawiła torbę w szatni. Weszła w nieodpowiednim momencie, bo akurat kiedy nauczycielka była najbliżej drzwi.
-Dzień dobry, przepraszam za spóźnienie.- Powiedział z półobrotu zamykając drzwi.
-Mileno P! Czy nie wiesz kiedy zaczyna się lekcja!? Minus czterdzieści za wagary! Siadaj i cisza!- Zatkało mnie. 
Mili spóźniła się tylko pięć minut i tylko dlatego, bo wróciła po torbę.
Nikt nie wiedział co powiedzieć.

20 Zielone kropelki



Macki, które nas oplatały były okropne. 
Po bliższej obserwacji można było zobaczyć jak cieknie z nich śluz. Przyglądając się jednaj z takich macek usłyszałam jak Ania rozmawiała z Mileną, z którą siedziała.
-Nie chcę umierać! On chce ze mną iść na randkę, a ja nawet nie mam co włożyć. Dlaczego to musi być akurat dzisiaj? Zawsze tak jest. Nigdy nic mi nie wychodzi. To przez to, że jestem taka…- I tu słuchać skończyłam. Ania dodała mi bowiem ochoty do walki i pomyślałam, że lepszej okazji nie będzie. Przeciągnęłam się i zabrałam do roboty. Najpierw wyjęłam okularki pływackie i mniejszy ręcznik, z reklamówki na basen. Potem dosięgłam plecaka i wody. Zmoczyłam czapkę i chustę i szczelnie na siebie włożyłam. Musiałam poświęcić też skórzane rękawiczki bez palców. Pewnie już wiecie, co zamierzałam zrobić. Chciałam wyjść na zewnątrz. Wspięłam się więc między siedzeniami do góry. Z tyłu, okno ze szczeliną można było otworzyć. Pchnęłam mocno ale nie chciało się otworzyć. Nagle cały gimbus zaczął trzeszczeć. Macki na zewnątrz strasznie się naprężyły. Zaczęły nas zgniatać. Myśl, że za chwilę zostanę sardynką w puszce pomogła mi wreszcie wydostać się na zewnątrz. Miałam jakieś pół minuty zanim mgła dojdzie do reszty, a mnie zacznie piec. Wyskoczyłam na zewnątrz i stanęłam gapiąc się na… to coś. Widzieliście kiedyś ośmiornicę? A sowę? Pewnie tak. To teraz to połączcie w jedno i wyjdzie to, co zobaczyłam. Okropieństwo!
Zaraz jak mnie zobaczyło, to zbliżyło do mnie ten swój wielki dziobaty łeb. Wywąchało we mnie człowieka i rzuciło się na mnie z mackami (w prawdzie tylko jedną i dość krótką, ale jednak!). Uskoczyłam przed ciosem. Mój brązowy płaszcz musiał wtedy nieźle wyglądać! Nie zastanawiałam się nad tym, bo właśnie nadarzyła się świetna okazja. Sowiośmica (tak nazwałam potwora) uderzyła dziobem o centymetr ode mnie i teraz nie mogła go wyjąć spomiędzy blachy. Zrobiłam bardzo heroiczną rzecz. Z całej siły kopnęłam ją w oko. Kiedy to zrobiłam, to ona nagle wypuściła pojazd i szarpnęła do tyłu zostawiając strzępki dzioba pomiędzy blachą. Ja natomiast poleciałam w dół na łeb na szyję. Przez mgłę nie widziałam co się dzieje. Zrozumiałam dopiero jak wpadłam do środka nimbusa przez szyberdach. Potwór musiał trzymać nasz pojazd dość nisko, bo i ja i pasażerowie za bardzo się nie poobijaliśmy. Mgła opadła, a raczej skropliła się i pozostawiła na wszystkich zielone kropelki. Nie były jednak trujące i nie piekły, więc nie było to nic strasznego. Moje ręce wyglądały gorzej niż te Kamila. Miałam też szramę na szyi i pod okiem. Dzięki okularkom nadal widziałam. Przez zmoczone ubranie było mi zimno. Obiłam też sobie nieźle plecy i żebra. Bardziej współczuję gimbusowi. Oprócz zniszczonego okna (jak się okazało tylnego nie można było otwierać, bo nie było do tego stworzone), dziur w dachu, wyłamanego szyberdachu i zipiejącego silnika, był jeszcze smród, zielonej cieczy. Pomimo wszystko dojechaliśmy do szkoły spóźnieni tylko pięć minut. Wspaniały początek dnia.

[Jest jeszcze jedna rzecz. Podczas całej akcji bohaterskiej z mojej strony nikt nic nie zrobił. Po niej, nikt nic nie powiedział. Nikt nawet nie wspomniał, że to byłam ja! Zachowanie ludzi jest naprawdę dziwne. Tak jakby mieli wbudowane zabezpieczenie, które każe ci brać dziwne rzeczy za normalne, a te prawdziwie dziwne po prostu zapominać. Czułam się po tym źle. Uratowałam ich, a oni jeszcze tego dnia kazali mi zamknąć gębę, bo za głośno gadam. Dlaczego? Czy ja też czasami tak się zachowuję?]

Doprawdy wspaniały.

poniedziałek, 30 marca 2015

19 Macki



Samochodem zatrzęsło. 
Mgła przykleiła się do szyb, pozostawiając po sobie zielone krople. Zasłaniała cały widok. Coś szarpnęło, zacharczało i huknęło. Silnik widocznie zgasł bo poczułam, że zwolniliśmy i w końcu zatrzymaliśmy się. Wszyscy szeptali i wiercili się. Na przedzie pani przewoźniczka rozmawiała z kierowcą. Wydawali się być bardzo zaniepokojeni. Odwróciłam się do tyłu. Oliwier nadal spał. Ten to potrafi! Dalej jacyś trzecioklasiści strasznie się szamotali. Zdjęłam słuchawki.
-Prze pani! No niech pani przyjdzie! To tu jest! No pani, no!- Maksym, mój daleki kuzyn starał się wrzeszczeć, ale przez lata wdychania dymu nikotynowego nie za bardzo mu to wychodziło. Do tego nikt nie zwracał na to uwagi. Ktoś przeklinał. Wtedy, kiedy zwróciłam się w jego stronę, to ujrzałam. Smużka mgły dostawała się do środka przez szczelinę w oknie. Ciągnęła się do najbliższego z chłopaków. Chyba miał na imię Kamil. Dziewczyny prosiły żeby stamtąd odszedł. Prosiły nawet jak przechodziły na siedzenia bliżej. Nie usłuchał i sięgnął do niej ręką, żeby ją odgonić. Zdziwił się kiedy poczuł ból od poparzenia, oj zdziwił! Ha! Idiota. Trzeba było uciekać. Tak najpierw pomyślałam. Trzeba coś z tym zrobić! Tak pomyślałem sekundę po tym. Przyjrzałam się szczelinie. Uszczelnienie okna było całe pokryte rdzą. Wystarczyło czymś to zatkać. Kamil zaczął krzyczeć. W szamotaninie zablokował się między siedzeniami i teraz tylko patrzył jak smużka pełzła dalej po rękawie. Rzuciłam okiem na to, co miałam. Basen! Sięgnęłam po reklamówkę z rzeczami na basen i wyciągnęłam ręcznik. Wyskoczyłam na przejście i dobiegłam do Kamila. Najpierw rozwiałam mgiełkę, a potem przyłożyłam ręcznik do szczeliny. Wepchnęłam go między obudowę od tylnego „parapetu” szczelnie zamykając dojście trujących oparów. Kamil trochę się uspokoił. Jeszcze bałam się puścić, więc tylko przekręciłam się i na niego spojrzałam. Dłoń trzymał mocno zaciśniętą przy klatce piersiowej.
-Nic ci nie jest?- Spytałam.
-Nie wiem. Boli mnie ręka.- Teraz stał już na przejściu szukając wzrokiem pomocy. Dlaczego nikt mu nie pomaga? Co za ludzie.
-Hej! Pulina! Tak, ty! No chodź. Trzeba mu pomóc, a ja muszę to trzymać.- O dziwo przyszła do Kamila. Najpierw go posadziła, a potem próbowała zobaczyć jego dłoń, ale za bardzo się brzydziła.
-Nie mogę. Przepraszam.- Zrobiła się strasznie czerwona. Nie dziwię się. Na szczęście koleżanki zaoferowały pomoc i też próbowały zobaczyć. Próbowały. W końcu zamieniłam się z Pauliną, a jej koleżanką poleciłam żeby znalazły taśmę klejącą i czymś to przykleiły. Sama podeszłam do chłopaka.
-Wyciągnij dłoń.- Kamil też był czerwony. Chyba jednak z bólu. Starał się odciągnąć dłoń od siebie, ale nie mógł.
-Spokojnie, spokojnie. Zamknij oczy. Nie. Poczekaj. Milena! Daj mi twoją chustkę. Ok. Teraz ci przewiążę oczy, a ty zrobisz wszystko co powiem.- Najpierw zawołam do tych na przedzie  po apteczkę. Nauczycielki przewodniczki nie mogli oderwać od rozmowy z kierowcą. Inni chcieli pomóc. Zaraz kazałam im sprawdzić czy wszystko jest w miarę szczelne, a jak nie, to zatamować dopływ. Minęło jakieś pięć minut zanim opatrzyłam Kamilowi dłoń i zorganizowałam resztę. „Dowodzenie” oddałam naszej koleżance przewodniczącej komitetu uczniowskiego, bo ona byłam najbardziej odpowiedzialna z nas wszystkich. Po prostu kazała wszystkim zająć normalne miejsca, poszła do przewodniczki, ale szybko wróciła.
-Co jest?
-Nic nie chcą powiedzieć i nawet wydarli się, że im przeszkadzam, a my mamy siedzieć i nic nie robić.
-O czym gadają?
-Nie wiem. Chyba już po kogoś zadzwonili.- Nic więcej nie wiedziałam, po za tym, co powiedziała Monika (ta dowódczyni). Czekaliśmy. Minęła jakaś minuta, może mniej, a pani przewoźniczka przeszła środkiem i nas odliczyła. Nawet nie zatrzymała się przy rannym Kamilu. Kiedy miała już coś powiedzieć, wtedy nagle gimbus zaczął się znowu trząść. Nie był to jednak silnik. Coś chodziło po dachu. Wszyscy wyraźnie słyszeliśmy stukot i jakby szarpnięcie. Zobaczyliśmy też jak coś co wyglądało jak macki, oplotło pojazd dookoła.
-Kurrrrrrrr…- Ktoś za mną nie dokończył, bo nagle cały pojazd poderwał się do góry. Byliśmy jak na karuzeli. Widocznie ten potwór (jak od razu zjawisko nazwałam w myślach) podniósł nas i teraz trzymał nie wiedząc co zrobić. Nie na długo. Przechylił nas przodem do dołu. Słyszałam jak Monika kazała wszystkim głębiej wcisnąć się w fotele i czegoś trzymać. Dla przewodniczki stanowiło to kłopot, bo ona nie siedziała. W ostatniej chwili wcisnęła się komuś na kolana i zaczęła wrzeszczeć jak opętana. Nadal nie widzieliśmy co się dzieje na zewnątrz, bo mgła nie chciała zniknąć. 

Nagle usłyszałam jakiś szum. Odwróciłam głowę i spojrzałam za siebie. Trzy dziewczyny próbowały utrzymać przeklinającego chłopaka, który zwisał trzymając się oparcia. Widocznie był ciężki, bo one też nie szczędziły słów. Koleś musiał siedzieć na środku tylnych siedzeń. W pewnym momencie rękaw jego kurtki się rozpruł i chłopak poleciał w dół. Szybko jak tylko mogłam wyciągnęłam się w poprzek przejścia. Miałam nadzieję, że go utrzymam. Niestety przeleciał nade mną i mogłam tylko modlić się że go dosięgnę. Udało mi się. Był cięższy niż myślałam. Teraz zwisał trzymany przeze mnie. A uratowało go to, że przed moim siedzeniem była płyta odgradzająca od drugiego wyjścia i mogłam się na niej oprzeć. Powoli i z wysiłkiem wszedł gdzieś między siedzenia wspomagany przez chłopców z pierwszej klasy. 
To nie był koniec...

sobota, 28 marca 2015

18. Zamknij okno



Niedzielny czas zawsze rezerwuję tylko rodzinie.
Razem wstajemy, razem jemy śniadanie, razem wychodzimy do kościoła, razem doprawiamy rosół i razem siadamy do stołu. Potem wylegujemy się na kanapie przed telewizorem, oglądając westerny. Ten dzień jest dniem nieodbierania telefonów. Zdarzają się jednak przypadki, kiedy rodzice i dziadkowie wychodzą wieczorem w gości, a my z bratem mamy dom dla siebie. Lubię kiedy tak jest, bo możemy się bawić w chowanego przy głośnej muzyce i nikt nie zwraca nam uwagi, żebyśmy nie biegali. Oczywiście w granicach rozsądku. Zabawa z bratem opiera się na walkach i udawaniu kury, żeby gonić dżdżownicę. Mnie też dziwi, że choć mam 15 lat nadal nie przeszkadza mi zabawa w zwierzątka, a nawet to lubię. E tam! Ja przecież nadal jestem dzieckiem, nie?
No więc w tą niedzielę rodzice pojechali do znajomych z mamy pracy (banda rozgadanych lejdis, z którymi nie ma jak porozmawiać), a dziadkowie skoczyli do sąsiadów „na drinka”. Wcześnie nie wrócą, na pewno. Zaczęliśmy z Piotrkiem, moim kochanym czwarto klasowym bratem zabawę. Najpierw zwołaliśmy kota. Jest naszym ukochanym, bardzo łownym i przynoszącym martwe małe zwierzęta przed drzwi, pupilem. Z kotem zawsze czuliśmy się bezpiecznie,  a tłumaczymy sobie to tak, że kiedy zwierzak robi się niespokojny, to coś jest nie tak. U nas zasada się sprawdza, bo kociak jest wojownikiem. Sorry, wojowniczką, bo to ona. Potem zgarnęliśmy przekąski i picie. Załączyliśmy telewizor i zaczęliśmy się bawić.
Jako że jestem bardzo duża w porównaniu z bratem, to mam większy problem ze znalezieniem kryjówek. On natomiast nie potrafi być cicho. Mamy więc równe szanse. Zaczęliśmy od ustalenia, że chowamy się tylko na poddaszu. Cały piętrowy dom to za dużo. Liczymy do trzydziestu, ściszamy muzykę i start.
Ja szukałam pierwsza. Głupek wcisnął się pomiędzy kibel, a prysznic i kaloryfer. Łatwa kryjówka, bo trudno jest się utrzymać w pozycji na przysiad. Ja schowałam się na szafce z winem. Gdyby nie to, że były zapalone wszystkie światła, to by mnie nigdy nie znalazł. Niestety rzucałam ogromniasty cień. Ja za to znalazłam go w koszu na pranie, pod kanapą, za kanapą i w szafce w biurku taty. On znalazł mnie za kominkiem, za zasłoną, w kanapie, pod prysznicem (gdzie prawie oblał mnie wodą) i w szafie rodziców. Ostatni raz szukał mnie najdłużej, bo szafa rodziców to tak naprawdę oddzielny pokój z wieszakami na stalowych rurkach. Byłam na samym końcu, przykryta ubraniami, a od dołu weszłam w pokrowiec na garnitur. Żeby mnie znaleźć musiał mnie usłyszeć. Niestety jak opowiedział po raz trzeci ten sam kawał, to zaczęłam się tak chichrać, że zobaczył ruch w szafie i mnie znalazł. Po tym byliśmy już tak zmęczeni, że usiedliśmy na kanapie i włączyliśmy sobie Call of Duty. Graliśmy tylko godzinę, bo młodemu kleiły się oczy i „kazałam” mu iść spać. W sumie, to tylko go przeniosłam na łóżko rodziców. Musiałam zostać na górze, bo inaczej by nie zasnął. Dzięki temu właśnie włączyłam telewizor. Akurat leciał terminator. Ha! Przez Dzień Cyborgów miałam wrażenie, że jestem o nieba lepsza od Sary Conor. A przynajmniej ładniejsza. Kiedy się skończył, było już po północy, ale nie chciałam jeszcze iść spać. Po cichu więc poszłam pod prysznic i już w piżamie usiadłam z herbatą na kanapie. Miałam wybór: niestraszny horror, dramat gangsterski, romans czy fantastyczny. Wybrałam „Hansel i Gretel: Łowcy Czarownic” z przystojnym Jeremym Rannerem. Byłam tak wciągnięta w film, że w momencie, gdy Hansel wpadł do jaskini pod podłogą i zadzwonił mój telefon byłam gotowa wyrzucić go przez okno. Niestety dzwonił nieznany numer i musiałam odebrać. Po prawdzie nie musiałam, ale nieznane numery o północy, to dość ciekawa propozycja.
-Halo?
-Sorry, że tak późno, ale ważna sprawa.- męski, lekko piskliwy głos. Hm… Maciek?
-Kto mówi?
-Hm? Aa! To ja, Adrian. Dodzwoniłem się do Julki, nie?
-Taaak…
-To dobrze. No, jest sprawa. Bo wiesz… ja i Ania…
-Chodzicie ze sobą. Tak wiem. Czemu dzwonisz do mnie?
-Bo nie wiem na jaki film mam ją wziąć i pomyślałem, że pomożesz, bo przecież znasz Anię.
-A jaki masz wybór?- Pierwszy raz ktoś prosi mnie o tak ważną radę, więc postanowiłam dobrze się spisać, jako doradca. Do tego mu z Anią dobrze się znamy i Adrian nie powinien się zawieść.
-Kurczę… No myślałem o tym filmie dla dziewczyn… yyy… „Czerwona jak krew i biała jak ściana”?
-„Biała jak mleko, czerwona jak krew”. Nie za bardzo. My oglądamy takie filmy same. W samotności z czekoladą. Odpada.
-To morze zabiorę ją na maraton horrorów.
-Może być, jeśli chcesz żeby połamała ci kark. Ania mega się boi i jestem pewna, że nie zeszła by ci z kolan.
-To…
-Wiesz co? Ten maraton, to nawet dobry pomysł. Włącz wyobraźnię. Ale słuchaj, jak chcesz się z nią świetnie bawić, to weź ją na „Kopciuszka”.
-Serio? Nie będzie zawiedziona?
-Trudny wybór stawiam przed tobą. Horror i Ania na kolanach, czy baśń o miłości i Ania nie na kolanach. Ja bym zapytała się jej co woli. Zawsze możesz zarezerwować bilety na obie rzeczy. Albo wziąć bilety tu i tu, a potem sprzedać kumplom. Ja bym tak zrobiła.
-No… spoko. To tak zrobię. Tylko Julka…
-Wiem. Ode mnie niczego się nie dowie.
-Spoko. Naprawdę spoko. Wielkie dzięki.
-Nie ma za co. A teraz żegnam. Dobranoc. A tak w ogóle, to czemu dzwonisz do mnie o pierwszej w nocy?
-A czemu ty jeszcze nie śpisz? Jest już późno.
-Nie mogłam spać  i oglądam filmy.
-Ja też. No to spadam. Cześć.
-Dobranoc.
Spoko rozmowa. Zazdroszczę Ani takiego chłopaka. Nie wziął jej na film, który jemu się podoba, tylko podzwonił po koleżankach, żeby wziąć ją na to, co ona woli. Szczęściara.
Po tym wróciłam do filmu. Kiedy się skończył, zamknęłam sypialkę rodziców, napisałam karteczkę na drzwiach, że Piotrek tam śpi i poszłam do siebie. Wolę własne łóżko. Rano wstałam wcześniej, żeby się spakować i wyszłam do szkoły. Oczywiście babcia nie oszczędziła gadki na temat picia w szkole (znaczy żebym dużo piła, bo nerki są ważne), a w gimbusie puścili tak głośne rapy, że trochę byłam nawet zła. Ja szczerze nie cierpię polskiego hiphopu, nawet jeśli to Grubson i Magik. Nie lubię żadnej z polskich piosenek ani żadnego wykonawcy. Musiałam założyć słuchawki. Do mojej szkoły jedzie się około 45min. Jedziemy najpierw przez drogę podziurkowaną, potem lekką autostradą, przez parę rond, trochę świateł. Są też dwa momenty, kiedy przejeżdżamy przez las. Pierwszy jest bardzo blisko mojego przystanka, a drugi już daleko. Właśnie kiedy przejeżdżaliśmy przez ten drugi las coś zaczęło się dziać. Najpierw zrobiło się wszystkim duszno i gorąco. Oliwier za mną zaczął się dusić. Potem nagle zza drzew wyłoniła się gęsta, zielona mgła. Na początku nikt tego nie zauważył, nawet jak to zauważyli, to nic sobie z tego nie robili. Kiedy mgła doszła aż do początku ludzie już byli przyklejeni do szyb. Moja pierwsza myśl: zamknąć okna. Kazałam Milenie to zrobić. Całe szczęście nie pytała się dlaczego. Całe szczęście tylko jej, pani przewoźniczka pozwoliła to okno otworzyć.  
Nie minęła minuta, a całe moje obawy o to co się może stać… zaczęły się spełniać…