[Przekierowanie
na narratora]
Dziewczyna
zaczęła powoli i spokojnie. Musiała ostrożnie dobierać słowa.
-Co chcesz
wiedzieć?
-Co?
Wszystko! Wszystko od samego początku. To była niedziela, prawda? Siedziałaś
sobie na mszy i co?
-Twoi ludzie
nagle wpadli do kościoła.
-Kto
dowodził?
-Blondyn z
irokezem.
-Ha! Mój
człowiek. A wiesz, że go straciłem? Pewnie tak… No, już nie przerywam. Mów
dalej.
-Wpadli do
kościoła i zagrozili, że zabiją wszystkie dzieci, jeśli nikt nie zgłosi się na
ochotnika do eksperymentu.
-I…- Kraus
ponaglał ją wyraźnymi gestami.
-Nikt się
nie zgłosił. Wybrali mojego brata. Chcieli go podłączyć do jakiejś maszyny.
-I wtedy ty
się zgłosiłaś, prawda?- Wskazał na mnie tryumfalnie palcem.
-Tak.
-Wiedziałem!
Widziałem jak szwindlujesz towar. Gdybyś nie musiała zginąć, to pewnie sam bym
cię zatrudnił. Ale nie schlebiaj sobie. Przyjście tutaj, to była głupota. No
dobra. Opowiadaj dalej!
-Zadałam
blondynowi pytanie. I zaczęliśmy rozmawiać.
-Rozmawiać?-
Tutaj znowu był dość zdziwiony.
-Tak.
Powiedział mi co robi Diabolizator i…
-Demonizator!
-Demonizator
i kim jesteś. Nic więcej. Wtedy przyjechała policja.
-Wiem. W
kartotekach narobiłaś niezłego szumu. Jak udało ci się do nich zadzwonić?
-Najpierw
wysłałam sms`a, a potem zostawiłam telefon pod ławką, a oni wszystko słyszeli.
-Rzeczywiście…
-Ale wtedy
zjawili się jacyś ludzie w pomarańczowych strojach.
-Pomarańczowych?
-Tak.
-Zaczęła się
bitwa. Tamci strzelali do tych i takie tam. Wtedy straciłam przytomność.
-Tak?
-Tak.- Po
tym dziewczynie wreszcie udało się złapać za rękojeść noża. Odliczyła do dwóch
i błyskawicznie wbiła go w udo goryla stojącego za nią. Ten drugi prawie
nacisnął spust, ale na linii miał kolegę.
-Brawo!-
Kraus klaskał i śmiał się.
-Wypuść moją
rodzinę, albo go zabiję!- Zagroziła.
-A zabijaj
sobie, zabijaj. Mam takich jeszcze setki, więc jeden nie zrobi na mnie różnicy.
-Mówię na
poważnie.- W ranie widać było krew, a karabin mężczyzny upadł na podłogę.
-Ja też!
Wyobraź sobie, że ja też!- Mężczyzna pluł śliną cedząc słowa. Był wściekle
poczerwieniały na twarzy.- Nie zabijesz go. Zanim to zrobisz, on zdejmie cię
krótką serią chociażby miał zabić… jego!
Dziewczyna
podniosła głowę na mężczyznę. W głębi czuła, że miał rację.
-Jeśli to
zrobię, to będę miała po kłopocie, prawda? Nie będę już musiała opowiadać ci o
wszystkim.
-Nie
wygłupiaj się! Nie chciałabyś zginąć w kwasie, prawda? A teraz pomyśl, że twoja
rodzinna się w nim rozpuści, jeśli nie będziesz… współpracować.
-Każ mu
uklęknąć.- Julia przekręciła nóż tak, że goryl aż westchnął.
Na polecenia szefa goryl z sapnięciem opadł na
ziemię. Dziewczyna wyjęła nóż z rany i przyłożyła mu go do szyi.
-No nie…
Dobra. Widzę, że już się wyluzowałaś.
-Tak.
-To teraz
kontynuuj proszę opowieść. Skończyliśmy na twoim odpływie. Gdzie się obudziłaś?
A może się nie obudziłaś? No, młoda!
-Obudziłam
się na miejscu wypadku. To było gdzieś w lesie. Nikt nie żył.
-Nie kłam!
Widziałem to, dziewczyno. Nie waż się mnie kłamać!
-Nikt nie
żył.
-Chwileczkę.-
Rozluźniony sięgnął po teczkę i wyciągnął z niej kopertę, z której wyciągnął
plik kartek.
-A to? Co to
niby jest, hę?- Pokazał zdjęcie z miejsca wypadku. Wyraźnie widać było ślady,
przemawiające na niekorzyść dziewczyny.
-On był już
martwy.- Powiedziała bez namysłu.
-Taaak? A to
po co było ci tyle apteczek? Dla martwego, czy może byłaś aż tak ranna?
-On był
martwy już w chwili gdy wszedł do mojego kościoła.
-O! Widzę w
tobie dramatyczną nutę, dziewucho. No cóż… A więc, co zrobiłaś z tym „martwym”?
-Doprowadziłam
do stanu, w którym nie zdechłby mi w trakcie przesłuchania.
-Uuuu. I co
ci powiedział?
Gdzieś z
dołu dobiegły ich rumor. Obedayah obejrzał się na swojego człowieka i kazał mu
zejść i sprawdzić co się dzieje, a potem złożyć kwiecisty raport. Na argument,
że dziewczyna może spróbować zaatakować Kraus wyciągnął spod stołu Walthera, z
którym ona przyszła. Nawet nie zauważyła kiedy jej go zabrali.
-No!
Kontynuuj, kontynuuj. Chcę wiedzieć więcej. Jak dostałaś się do bazy You-kon`a?
A nie! Może najpierw powiedz mi co to ma znaczyć. I skąd wzięłaś szminkę?
Na stole
pojawiło się przedziwne zdjęcie. Na słonecznej polanie leżało ciało łysego
mężczyzny z rozrzuconymi kończynami do pozycji pajacyka. Na czaszce i połowie
twarzy narysowaną miał gwiazdę, a od czerni jego stroju oddzierał się
czerwienią napis. Gdzieś za drzwiami padł pojedynczy strzał. Obedayah wstał z
krzesła wciąż w nią celując. Przeczytała napis jeszcze raz. Gwiazda i „padnij!”.
To mogło oznaczać tylko jedno. A mianowicie, że powinna właśnie przytulać
podłogę. Dziewczyna rzuciła się w dół.
!!!KRACHBUMPOWGRUCH!!!
Podłoga
eksplodowała. Nie centralnie pod nią, ale wyrwa kończyła się dokładnie w
połowie jej ciała, tak, że nogi zwisały już do przepaści. Całe szczęście, że rzuciła
się w stronę ściany. Mniej pociechy miał goryl z nożem w gardle. Z rozpędu
niestety zahaczyła o niego ręką i teraz sterczał z niego niezły kawałek metalu.
Charcząc mężczyzna doczepił się jej nóg i ciągnąc ją w dół opadł runął do tyłu.
Złapała za odstający od betonu drut, ale miała lepkie dłonie od krwi i w końcu
również spadała. Lot trwał krócej niż myślała i lądowanie było o wiele
przyjemniejsze. Otworzyła oczy i zobaczyła… jego. Nie myliła się wypowiadając
jego imię.
-Lex…
Chłopak o
jasnym irokezie trzymał ją w ramionach. Na twarzy miał ten szelmowski uśmiech,
który tak dobrze zapamiętała. Niebieskie oczy iskrzyły z radości. Chyba
bardziej z okazji udanego planu niż na jej widok. I jak to musiało wyglądać!
Nagle w podświadomość wbiła jej się jakby ostrzegająca o niebezpieczeństwie szpilka.
Kątem ucha usłyszała przeładowywanie karabinu. W odblasku czerni źrenic
najemnika zobaczyła zarysy sylwetek za sobą. Po podjęciu szybkiej decyzji zrobiła
coś niespodziewanego.
-Gwia…-
Najemnik nie dokończył, bo jego głowa odskoczyła od uderzenia. Po celnym ciosie
główką dziewczyna zręcznie opadła na ziemię w przyklęku, już celując z karabinu
w trzy, stojące przed nią postacie i jednocześnie wyjmując z cholewy buta
kolejny nóż. Tamci podnieśli broń, a ona odbezpieczyła swój karabin i przyłożyła
Lexowi nóż do policzka. Stała pomiędzy nimi jednocześnie zasłaniając najemnika
i grożąc, że jeśli się poruszy, to poharata mu twarz. W napięciu patrzyli na
siebie przez dobre pół minuty.
-Ch-chłopaki!
Opuście broń. Spokojnie…- Wykrztusił blondyn. Tamci poruszyli się nieznacznie,
ale nadal trzymali palce na spustach.
-Na ziemię.-
Zakomendowała dziewczyna.
-To ona!-
Dopiero kiedy Lex to dodał, mężczyźni rzeczywiści powoli odłożyli broń na
ziemię.
Wtedy
dziewczyna zauważyła, że pomiędzy ruinami pokoju, w którym byli, stali też inni
faceci w czerni. Każdy miał kolorową chustę zasłaniającą twarz. Oni nawet nie
podnosili swoich karabinów.
-Co jest
grane?- Dziewczyna spojrzała na Lexa.
-Spokojnie.
Bez nerwów…- Delikatnie odsunął od siebie ostrze.- Poznaj moją ekipę, słonko.
-Twoją
ekipę?- Obrzuciła ich nieufnym wzrokiem. Najemnik odstąpił kroku i zrobił
pokazowy obrót.
-Ekipo!
Poznajcie… Gwiazdkę!- Był niczym klaun w cyrku przedstawiający nowy pokaz. Na jego słowa mężczyźni zaczęli klaskać.
Nawet tych trzech stojących za nią. Opuściła dłoń z nożem. Ludzie zaczęli
podchodzić do niej i gratulować. Któryś zagwizdał, wszyscy ściągnęli chusty z twarzy
pokazując jak różnymi ludźmi byli.
-Dobra, już
dobra! Dajcie jej odetchnąć, co?- Lex wygonił ich powrotem na pozycje.
-Widzę, że
wziąłeś sobie wszystkie moje rady do serca…- Dziewczyna mruknęła otaksując go
wzrokiem. Na sobie miał dokładnie taki sam strój jak podczas akcji w kościele.
-Taaa.
-A z czego
oni się tak cieszą?
-No wiesz…
To już tak wyszło, słonko. Starałem zachować dyskrecję, ale…
-Chwila… Nie
powiedziałeś im chyba… Nie! Nie wygadałbyś się… albo… Nie.- Dziewczyna
poczerwieniałą na twarzy. Nie wiedziała co ma powiedzieć. Ci wszyscy ludzie
prawdopodobnie wiedzieli jakim potworem jest. Odepchnęła od siebie złe myśli.
Na ziemi obok leżało ciało z rozharatanym gardłem. Podeszła do niego i wyjęła z
niego swój nóż.
Niezaschła
jeszcze krew została jej na rękach.