wtorek, 23 czerwca 2015

75 Niezaschła krew



[Przekierowanie na narratora]
Dziewczyna zaczęła powoli i spokojnie. Musiała ostrożnie dobierać słowa.
-Co chcesz wiedzieć?
-Co? Wszystko! Wszystko od samego początku. To była niedziela, prawda? Siedziałaś sobie na mszy i co?
-Twoi ludzie nagle wpadli do kościoła.
-Kto dowodził?
-Blondyn z irokezem.
-Ha! Mój człowiek. A wiesz, że go straciłem? Pewnie tak… No, już nie przerywam. Mów dalej.
-Wpadli do kościoła i zagrozili, że zabiją wszystkie dzieci, jeśli nikt nie zgłosi się na ochotnika do eksperymentu.
-I…- Kraus ponaglał ją wyraźnymi gestami.
-Nikt się nie zgłosił. Wybrali mojego brata. Chcieli go podłączyć do jakiejś maszyny.
-I wtedy ty się zgłosiłaś, prawda?- Wskazał na mnie tryumfalnie palcem.
-Tak.
-Wiedziałem! Widziałem jak szwindlujesz towar. Gdybyś nie musiała zginąć, to pewnie sam bym cię zatrudnił. Ale nie schlebiaj sobie. Przyjście tutaj, to była głupota. No dobra. Opowiadaj dalej!
-Zadałam blondynowi pytanie. I zaczęliśmy rozmawiać.
-Rozmawiać?- Tutaj znowu był dość zdziwiony.
-Tak. Powiedział mi co robi Diabolizator i…
-Demonizator!
-Demonizator i kim jesteś. Nic więcej. Wtedy przyjechała policja.
-Wiem. W kartotekach narobiłaś niezłego szumu. Jak udało ci się do nich zadzwonić?
-Najpierw wysłałam sms`a, a potem zostawiłam telefon pod ławką, a oni wszystko słyszeli.
-Rzeczywiście…
-Ale wtedy zjawili się jacyś ludzie w pomarańczowych strojach.
-Pomarańczowych?
-Tak.
-Zaczęła się bitwa. Tamci strzelali do tych i takie tam. Wtedy straciłam przytomność.
-Tak?
-Tak.- Po tym dziewczynie wreszcie udało się złapać za rękojeść noża. Odliczyła do dwóch i błyskawicznie wbiła go w udo goryla stojącego za nią. Ten drugi prawie nacisnął spust, ale na linii miał kolegę.
-Brawo!- Kraus klaskał i śmiał się.
-Wypuść moją rodzinę, albo go zabiję!- Zagroziła.
-A zabijaj sobie, zabijaj. Mam takich jeszcze setki, więc jeden nie zrobi na mnie różnicy.
-Mówię na poważnie.- W ranie widać było krew, a karabin mężczyzny upadł na podłogę.
-Ja też! Wyobraź sobie, że ja też!- Mężczyzna pluł śliną cedząc słowa. Był wściekle poczerwieniały na twarzy.- Nie zabijesz go. Zanim to zrobisz, on zdejmie cię krótką serią chociażby miał zabić… jego!
Dziewczyna podniosła głowę na mężczyznę. W głębi czuła, że miał rację.
-Jeśli to zrobię, to będę miała po kłopocie, prawda? Nie będę już musiała opowiadać ci o wszystkim.
-Nie wygłupiaj się! Nie chciałabyś zginąć w kwasie, prawda? A teraz pomyśl, że twoja rodzinna się w nim rozpuści, jeśli nie będziesz… współpracować.
-Każ mu uklęknąć.- Julia przekręciła nóż tak, że goryl aż westchnął.
 Na polecenia szefa goryl z sapnięciem opadł na ziemię. Dziewczyna wyjęła nóż z rany i przyłożyła mu go do szyi.
-No nie… Dobra. Widzę, że już się wyluzowałaś.
-Tak.
-To teraz kontynuuj proszę opowieść. Skończyliśmy na twoim odpływie. Gdzie się obudziłaś? A może się nie obudziłaś? No, młoda!
-Obudziłam się na miejscu wypadku. To było gdzieś w lesie. Nikt nie żył.
-Nie kłam! Widziałem to, dziewczyno. Nie waż się mnie kłamać!
-Nikt nie żył.
-Chwileczkę.- Rozluźniony sięgnął po teczkę i wyciągnął z niej kopertę, z której wyciągnął plik kartek.
-A to? Co to niby jest, hę?- Pokazał zdjęcie z miejsca wypadku. Wyraźnie widać było ślady, przemawiające na niekorzyść dziewczyny.
-On był już martwy.- Powiedziała bez namysłu.
-Taaak? A to po co było ci tyle apteczek? Dla martwego, czy może byłaś aż tak ranna?
-On był martwy już w chwili gdy wszedł do mojego kościoła.
-O! Widzę w tobie dramatyczną nutę, dziewucho. No cóż… A więc, co zrobiłaś z tym „martwym”?
-Doprowadziłam do stanu, w którym nie zdechłby mi w trakcie przesłuchania.
-Uuuu. I co ci powiedział?
Gdzieś z dołu dobiegły ich rumor. Obedayah obejrzał się na swojego człowieka i kazał mu zejść i sprawdzić co się dzieje, a potem złożyć kwiecisty raport. Na argument, że dziewczyna może spróbować zaatakować Kraus wyciągnął spod stołu Walthera, z którym ona przyszła. Nawet nie zauważyła kiedy jej go zabrali.
-No! Kontynuuj, kontynuuj. Chcę wiedzieć więcej. Jak dostałaś się do bazy You-kon`a? A nie! Może najpierw powiedz mi co to ma znaczyć. I skąd wzięłaś szminkę?
Na stole pojawiło się przedziwne zdjęcie. Na słonecznej polanie leżało ciało łysego mężczyzny z rozrzuconymi kończynami do pozycji pajacyka. Na czaszce i połowie twarzy narysowaną miał gwiazdę, a od czerni jego stroju oddzierał się czerwienią napis. Gdzieś za drzwiami padł pojedynczy strzał. Obedayah wstał z krzesła wciąż w nią celując. Przeczytała napis jeszcze raz. Gwiazda i „padnij!”. To mogło oznaczać tylko jedno. A mianowicie, że powinna właśnie przytulać podłogę. Dziewczyna rzuciła się w dół. 

!!!KRACHBUMPOWGRUCH!!!

Podłoga eksplodowała. Nie centralnie pod nią, ale wyrwa kończyła się dokładnie w połowie jej ciała, tak, że nogi zwisały już do przepaści. Całe szczęście, że rzuciła się w stronę ściany. Mniej pociechy miał goryl z nożem w gardle. Z rozpędu niestety zahaczyła o niego ręką i teraz sterczał z niego niezły kawałek metalu. Charcząc mężczyzna doczepił się jej nóg i ciągnąc ją w dół opadł runął do tyłu. Złapała za odstający od betonu drut, ale miała lepkie dłonie od krwi i w końcu również spadała. Lot trwał krócej niż myślała i lądowanie było o wiele przyjemniejsze. Otworzyła oczy i zobaczyła… jego. Nie myliła się wypowiadając jego imię.
-Lex…
Chłopak o jasnym irokezie trzymał ją w ramionach. Na twarzy miał ten szelmowski uśmiech, który tak dobrze zapamiętała. Niebieskie oczy iskrzyły z radości. Chyba bardziej z okazji udanego planu niż na jej widok. I jak to musiało wyglądać! Nagle w podświadomość wbiła jej się jakby ostrzegająca o niebezpieczeństwie szpilka. Kątem ucha usłyszała przeładowywanie karabinu. W odblasku czerni źrenic najemnika zobaczyła zarysy sylwetek za sobą. Po podjęciu szybkiej decyzji zrobiła coś niespodziewanego.
-Gwia…- Najemnik nie dokończył, bo jego głowa odskoczyła od uderzenia. Po celnym ciosie główką dziewczyna zręcznie opadła na ziemię w przyklęku, już celując z karabinu w trzy, stojące przed nią postacie i jednocześnie wyjmując z cholewy buta kolejny nóż. Tamci podnieśli broń, a ona odbezpieczyła swój karabin i przyłożyła Lexowi nóż do policzka. Stała pomiędzy nimi jednocześnie zasłaniając najemnika i grożąc, że jeśli się poruszy, to poharata mu twarz. W napięciu patrzyli na siebie przez dobre pół minuty.
-Ch-chłopaki! Opuście broń. Spokojnie…- Wykrztusił blondyn. Tamci poruszyli się nieznacznie, ale nadal trzymali palce na spustach.
-Na ziemię.- Zakomendowała dziewczyna.
-To ona!- Dopiero kiedy Lex to dodał, mężczyźni rzeczywiści powoli odłożyli broń na ziemię.
Wtedy dziewczyna zauważyła, że pomiędzy ruinami pokoju, w którym byli, stali też inni faceci w czerni. Każdy miał kolorową chustę zasłaniającą twarz. Oni nawet nie podnosili swoich karabinów.
-Co jest grane?- Dziewczyna spojrzała na Lexa.
-Spokojnie. Bez nerwów…- Delikatnie odsunął od siebie ostrze.- Poznaj moją ekipę, słonko.
-Twoją ekipę?- Obrzuciła ich nieufnym wzrokiem. Najemnik odstąpił kroku i zrobił pokazowy obrót.
-Ekipo! Poznajcie… Gwiazdkę!- Był niczym klaun w cyrku przedstawiający nowy pokaz.  Na jego słowa mężczyźni zaczęli klaskać. Nawet tych trzech stojących za nią. Opuściła dłoń z nożem. Ludzie zaczęli podchodzić do niej i gratulować. Któryś zagwizdał, wszyscy ściągnęli chusty z twarzy pokazując jak różnymi ludźmi byli.
-Dobra, już dobra! Dajcie jej odetchnąć, co?- Lex wygonił ich powrotem na pozycje.
-Widzę, że wziąłeś sobie wszystkie moje rady do serca…- Dziewczyna mruknęła otaksując go wzrokiem. Na sobie miał dokładnie taki sam strój jak podczas akcji w kościele.
-Taaa.
-A z czego oni się tak cieszą?
-No wiesz… To już tak wyszło, słonko. Starałem zachować dyskrecję, ale…
-Chwila… Nie powiedziałeś im chyba… Nie! Nie wygadałbyś się… albo… Nie.- Dziewczyna poczerwieniałą na twarzy. Nie wiedziała co ma powiedzieć. Ci wszyscy ludzie prawdopodobnie wiedzieli jakim potworem jest. Odepchnęła od siebie złe myśli. Na ziemi obok leżało ciało z rozharatanym gardłem. Podeszła do niego i wyjęła z niego swój nóż.
Niezaschła jeszcze krew została jej na rękach.



poniedziałek, 22 czerwca 2015

74 Goryle



-Dość ryzykowne.
-Wiem.
-Tym razem na pewniaka zginiesz, laska. Na pewniaka.
-Nie bądź taki pesymistyczny.
-Nie jestem pesymistą, tylko realistą.
-Moc realizmu! Naprawdę. Aż z ciebie bije ta moc, kurczę.
-No widzisz. Babki lubią facetów z mocą.
-Jak są prawdziwi!
-Ej. Ale gdybym jednak był prawdziwy, to byś się ze mną umówiła, nie?
-Ha ha ha Bardzo śmieszne.
-Na serio pytam.
-Przestań…
-Na serio.
-No dobra. Umówiłabym.
-Ha! Wiedziałem.
-Daj spokój. Ja już muszę kończyć. Muszę jeszcze wyrzucić gdzieś ten zeszyt. To w końcu nasz tajemny plan…
-Taaa… Wywal go za okno.
-Doczytają się.
-Jesteś na autostradzie!
-Doczytają się.
-To najpierw to zgumuj.
-Piszę piórem, idioto. Ha! Wiem co zrobię.
Nie mówiłam wcześniej, ale zwykłam nosić wszędzie ze sobą moje pióro. Fajnie tak nie musieć pożyczać długopisu. Do zatuszowania dosłownie użyłam tuszu, rozlewając go po wszystkich kartkach. Dopiero wtedy wywaliłam go przez okno. Nawet już nie zależało mi na procentach mojej dziwności w oczach dezerterów. Miałam już swój plan. Dość radykalny, ale jednak.
Plan był prosty. Musiałam tylko trzymać się prawdy. Interesująca koncepcja, c`nie?
Kolejną bazą do podbicia okazało się być stare, przedwojenne lotnisko z kamiennym zamkiem w środku. Musieli nie znaleźć lepszego miejsca na pasy startowe, a budowli nie opłacało się burzyć, więc teraz wyglądało to dość dziwacznie. Lotnisko używane pewnie nie było już od wojny, bo budynki obsługi były w stylu sprzed „Gierka”. Wszystko wyglądało na opuszczone, ale takie na pewno nie było. Widoczne ślady opon, jakieś skrzynie przykryte płachtami, wrak samolotu…
Ok. Zanim wszystko się zacznie.
Nie chcę, żebyście myśleli, że uważam się za bohatera. Nie uważam. Nie wiecie jak źle się ze sobą czuję. Posiadania na koncie jakiekolwiek ofiary, winnej lub nie, nie życzę żadnemu z was. Myśl, że jesteście przekreśleni, może doprowadzić do prawdziwego szaleństwa. Myśl, że przez was inni są przekreśleni, doprowadza do większego. I właśnie dlatego to zrobiłam. Zrobiłam to, bo gdyby nie ja, wielu innych by zginęło w o wiele bardziej bolesny sposób. Tylko przypomnijcie sobie, jak cierpieli tamci „JużNieLudzie”. Czy ja się tym usprawiedliwiam? Nie. Dla takich czynów usprawiedliwienia nie ma. I może powinnam się nad sobą głębiej zastanowić, ale nie mam na to ani czasu, ani siły. Kiedy zaczęłabym takie rozmyślania, to bym ich już pewnie skończyła, a przy najmniej na niczym dobrym. Nie wnikajcie w moje czyny. Impulsywność nigdy nie była moją mocną stroną, bo albo zbyt lekka albo wręcz za mocna. Czy idąc z dezerterami „do boju” myślałam co dalej zrobię? Nie. Nic nie dało się zrobić. Niczego nie dało się zaplanować. I właśnie dlatego zastosowałam zasadę „lepiej coś robić, niż nic nie robić”, bo robienie czegoś, to ruch, a nierobienie do jego przeciwieństwo. Jakby to coś tłumaczyło, nie?
 Zresztą nie będę przeciągać. Sami sobie wyobraźcie.
Szesnastu „wspaniałych” wpada do pierwszego budynku, ludzie padają martwi, a oni w zbitym szyku wyżynają ich coraz więcej. Na prawo i lewo sypią się kule, a żadna w nich nie trafia. Kolejne poziomy podbite. Wtedy słyszą wrzaski. Wpadają do wielkiej sali wypełnionej medycznymi instrumentami grozy. W szklanych klatkach jest nikt inny jak moja rodzina. Pięć przeźroczystych paczek stoi pod ścianą czekając aż wreszcie do nich podejdę. Jestem w połowie drogi. Dotykam pierwszej i moja rzeczywistość się łamie w rytm powolnych oklasków. Odwracam głowę i widzę jak paręnaście luf patrzy mi prosto w oczy. A pośród nich wyróżnia się sylwetka tego jednego. Szef MUR`u, zgrabny długowłosy człowieczek w purpurowym kimono, właśnie gratuluje sobie wygranej. Dzięki masce nie widzi jak przygryzam wargę i mrużę oczy.
Dzięki masce nie widzi mojego uśmiechu.
-Witam, witam!- Idiota myśli, że właśnie stoję jak wryta z opuszczoną szczęką gapiąc się na niego z szeroko otwartymi oczami.
-Szefie. To ta dziewczyna.- Goryl z boku ostentacyjnie wskazuje na mnie karabinem.
-No przecież widzę!- Obedayah Kraus wykrzywił twarz. Był prawdziwym wariatem.
-Szefie…
-Dość! Zwalniam cię.- Wycedził przez zęby naciskając spust karabinu. Krople krwi bryznęły nawet na mnie.- Idioci. Czy teraz mogę wreszcie zacząć zajmować się naszym gościem? Hę?! Nikt nie zamierza już nam przeszkadzać?!
Mężczyzna rzucał się i wrzeszczał. Nikt nie śmiał mu przeszkodzić. Dlaczego ja zawsze muszę trafiać na takich debili? Atmosfera gęstnieje, robi się dziwnie, nie wiesz czego masz się spodziewać. Nie moje klimaty. Kraus odchrząknął i poprawił strój. Dla zilustrowania uczuć lekko przechyliłam głowę.
-Przepraszam za nich. Pozwól, że się przedstawię. Jestem…
-Wiem kim pan jest.- Przerwałam mu dźwięcznym głosikiem. Maska potrafiła modulować głos.
-O.- Był dość zdziwiony.- To ułatwia nam sprawę. Możecie iść.
-Ale…
-Wyjść! Teraz! Albo nie. Ty i ty! Zostajecie. Reszta wypad!
Jego ludzie niepewnie patrzyli po sobie jak tamten rzucał się i machał rekami. Miał rozbiegane oczy, co chwilę oblizywał usta i zmieniał wyraz twarzy.
-Czy ja się nie wyraziłem jasno?!- Z sufitu poleciał tynk, a goryli już nie było. Ich szef był prawdziwym psychopatą. Zanim drzwi się zatrzasnęły on już był w odleglejszym koncie zrzucając narzędzia ze stołu. Mnie ciągle obserwowali goryle. Stałam więc tam czekając na to, co miało się zdarzyć. Za mną stały klatki, a w nich leżeli nieprzytomni ludzie, tak bliscy memu sercu, że nawet tutaj radowało się będąc blisko nich. Czekałam i czekałam. I patrzyłam się im prosto w twarze. A oni coraz bardziej się niecierpliwili. Pierwszy spojrzał na szefa. Tamten właśnie przysuwał krzesła. Spojrzałam uważniej na człowieka, który popsuł mi plany na niedzielę. Nie tak go sobie wyobrażałam. Nie jako roztrzepanego psychopatę w japońskim stroju. Był śliski i jakiś taki… szalony. Taaa. To był seriowy wariat. Wiecie, taki co go można wsadzić do izolatki. Jak on w ogóle rządzi tym bajzlem? Co to ma w ogóle być? Jakoś tak mało zabawnie, nie?
-Zapraszam.- Jego uśmiech był obrzydliwy. Goryle odsunęły się na boki przepuszczając mnie środkiem. Zajęłam miejsce naprzeciw Krausa. Zachowywałam się sztywno i mam nadzieję zimno, ale odsłonięte ręce mogły zdradzić moje rozczarowanie. Krzesło było metalowe i lekko skrzypiało.
-No więc… opowiadaj!- Mężczyzna cieszył się jak dziecko otwierające prezent spod choinki. Sięgnęłam ręką do kieszeni. W połowie ruchu goryl za mną przyłożył mi karabin do czaszki.
-Hi hi hi Spokojnie, spokojnie. Daj jej. Przecież nie masz tam granatu, co?- Obedayah był widocznie rozbawiony. Wyciągnęłam pomiętą kartkę z kieszeni. W miarę wygładziłam i położyłam przed mężczyzną.
-Co to? Raport?- Szczerzył zęby jak mój nauczyciel przy wystawianiu jedynki.
-Warunki.
-Ooo. Widzę, że się przygotowałaś. Hm… Mam wypuścić twoją rodzinę i zapewnić im nietykalność, a wtedy  ty powiesz mi wszystko, co wiesz… Ciekawe, ciekawe. Niepotrzebnie zużyłaś papier. Do niczego takiego nie dojdzie!- Był fatalnie uradowany. Przełknęłam ślinę. Wszystko zaczynało powoli zbaczać z moich planów.
-Nie?- Zapytałam z brakiem nadziei w głosie.
-Nie! Nie dojdzie! A wiesz czemu? Wiesz?! Bo ja tutaj jestem bossem! Ja!- Wrzeszczał i walił pięściami w metalowy stół.  Drgnęłam niespokojnie.
-Czego ode mnie oczekujesz?
-Ha! Ty! Przynieś mi teczkę.- Wskazany goryl wykonał polecenie.- Widzisz. Nie zdążyłem ci wszystkiego powiedzieć, a to bardzo ważne.
-Słucham.
-Oczywiście, że słuchasz. Każda moja ofiara słuchała. Każda błagała o litość. Czy ty też będziesz błagała o litość?
-Nie.- Był psychopatą który właśnie mówił mi, że mnie zabije.
-Jeszcze zobaczysz, że tak. A teraz… przedstawiam ci czerwony przycisk!
Z teczki wyciągnął czerwony guzik i jak tylko go odblokował, to każde ze szklanych pudeł zapikało na zielono. Facet podłączył moją rodzinę do zdalnie sterowanej bomby! Obejrzałam się przez ramię.
-Widzisz, jak to jest? Jeśli wszystkiego mi nie opowiesz, to twoja rodzina nie zginie od kulki w łeb, tylko od bomby kwasowej z mojego warsztatu. Dlatego teraz wszystko mi opowiesz, tak? Tak?!
Spojrzałam na niego nieobecnym wzrokiem. Pomachał mi guzikiem przed oczami.
Czy miałam jakiś wybór? Jakikolwiek? Co miałam zrobić? Plan o prawdzie poszedł w niepamięć.
Musiałam improwizować.

niedziela, 21 czerwca 2015

73 Kurczedzilla



Tej nocy ledwo spałam.
Cały czas myślałam i myślałam co mam zrobić. Była już środa. Za chwilę zadzwoni budzik, będę musiała wstać, zjeść śniadanie i po cichu wymknąć się w mieszkania. Nie mam nic do stracenia. Jedynie życie. Ale to ważne nie jest. Być może już nadrobiłam zaległości…
-Brrrr You and I! You and I! Brrr
Wyłączyłam budzik i po cichu poszłam do łazienki. Przemywając twarz przypomniałam sobie, jak mama wrzeszczała zawsze o niemycie zębów. Znowu poczułam, że robi mi się słabo. Usiadłam na brzegu wanny i uspokoiłam oddech. Palce znowu zrobiły się czarne.
-Argh… Mutant! Jestem mutantem!
Wybiegłam z kwatery łapiąc torbę i plecak. Zbiegając po schodach przestawałam widzieć. Biegłam ile sił, skacząc po dziesięć schodów. I nagle buch! Trafiłam prosto w otwierające się drzwi. Rypło tak, że chyba obudziłam cały blok. Z wrażenia aż usiadłam sobie na ziemi, ale mnie to mocno otrzeźwiło.
Ktoś wyszedł z mieszkania. Kobieta w średnim wieku spojrzała na mnie krytycznie.
-Nic mi nie jest! To nic. Nic nie szkodzi.- Zaczęłam od razu nie pozwalając jej otworzyć ust. Podniosłam się z ziemi i już bez żadnych wpadek wybiegłam z bloku. Nie chciałam już dzisiaj iść do szkoły więc przesiadłam się do kolejnego autobusu i wysiadłam dopiero pod moim starym domem.
Był tam, jak zwykle. Nienaruszony. Jakby czekał na ich…  na nasz powrót.
Przejechałam dłonią po furtce. Nadal była zimna porankiem. Przekręciłam klucz i ostrożnie weszłam na posesję. Trawa była już za wysoka ale nie miał kto jej przyciąć. Przekręciłam klucz w zamku i odruchowo zamknęłam za sobą kopnięciem. Zawsze tak robiłam wracając ze szkoły. Buty zdjęłam w ganku i powoli wkroczyłam do środka. Wszystkiemu przyglądałam się jakbym miała już nigdy tego nie zobaczyć. Łza zakręciła się w oku.
Od tego zaczął się kolejny atak. Kolejny napad czerni i bólu rzucił mnie na kafelki. Był mocniejszy niż tamte. Tym razem czerń wspięła się wstęgami aż do łokci pozostawiając we mnie uczucie całkiem przeciwne do obcości jakiej mogłam się spodziewać. Kości zachrzęściły. Widziałam dokładnie jak dłonie zmieniają kształt i stają się łapami przypominającymi te u smoków. Pazury zachrzęściły o posadzkę. Powoli traciłam kontrolę. Jakbym była wilkołakiem w dniu pełni. Na wspomnienie o wilkołakach przypomniałam sobie tamtego Wielkiego Wilka. Przywódca powiedział, że mam w sobie odwagę i moc. Nie czuję jakoś żeby się mylił, a jeśli on twierdzi, że mam moc, to nie mogę okazać słabości. I to właśnie uspokoiło mnie na tyle, że zdołałam zapanować nad „przemianą”. Nie potrafię tego dokładnie wytłumaczyć, ale od tamtej pory już potrafiłam sama decydować co chcę „przemienić”. W domu zostałam aż do piątku. Zebrałam rzeczy i musiałam jeszcze wrócić do Dr Hanselhoffa i powiadomić go o moim zwolnieniu.
Znowu zestresowana pchnęłam szklane drzwi i weszłam do białej poczekalni. Niski chłopak pojawił się dosłownie sekundę po tym jak usiadłam.
-Masz wejść.- Powiedział i otworzył mi drzwi, a kiedy weszłam zamknął je za mną.
Jak zwykle bez słowa usiadłam na białym krześle. Mój szef siedział w fotelu czytając gazetę, którą po chwili odłożył i spojrzał na mnie uważnie.
-Szefie…- Zaczęłam, ale mi przerwał.
-Wiem, po co przychodzisz. Rozumiem.
Nie odpowiedziałam. Co miałam powiedzieć, jeśli on i tak o wszystkim wiedział. Bliżej na to patrząc, to musiał być kimś dość niezwykłym, że pozwalał sobie na zajmowanie się jednostkami takimi jak ja.
Brodaty wstał i podszedł do komody przy ścianie.
-Herbaty?- Pierwszy raz pytał mi się o coś takiego.
-Jeśli szef nalega…
-Ile kostek?
-Poproszę o dwie.
Postawił na biurku tackę z filiżankami. Wzięłam tą z czerwonym uszkiem.
-Przywieziona z Indii.
-Bardzo smaczna. Dziękuję.- Napój rzeczywiście był dobry. Miał głęboki smak i mocny zapach. Przy kolejnym łyku zastanawiałam się po co on to robi. Po co zawracać sobie głowę? A co jeśli mnie ni wypuści? Albo powie, że nie może być światków? Przecież zawsze widziałam swój cel i mogłabym tych wszystkich Wysyłkowych nawet naszkicować. Z drugiej strony oni nie byli nikim ważnym…
-Twoja praca przysporzyła wzrost zysku o dwanaście procent.- Szef spojrzał na mnie uważnie.-Wiem dlaczego odchodzisz. Wiem, że jeszcze wrócisz.
-Być może.
-Znasz zasady.
-Tak.
Kontynuowaliśmy smakowanie herbaty. Kiedy mężczyzna skończył odłożył nasze filiżanki powrotem na komodę. Zamiast tego podniósł czerwoną paczkę i kiedy wstałam, wręczył mi ją sucho i bez uśmiechu.
-Premia.
-Dziękuję.
Odebrałam „prezent” i skierowałam się do drzwi, ale zanim wyszłam posłałam mu lekki uśmiech i bezuczuciowe „do widzenia”. Na zewnątrz czekał młody kamerdyner. Nic nie musiał mówić, bo od razu poszłam za nim.
-Powiedział, że możesz wybrać, co zechcesz.
-Spoko.- Teraz uśmiechnęłam się już w pełni otwarcie. Przez ten krótki dość czas zdołałam poznać już garderobę na tyle, żeby wiedzieć, co chciałam zabrać.
Zdjęłam z półki szklane pudełko. Maska była w nim zamknięta niczym potwór w skrzyni. Była maską potwora. Zakrywająca całą twarz i z wbudowanym wejściem do kompa. Spodobała mi się już za pierwszym razem, ale nigdy nie pasowała. Masek było oczywiście o wiele więcej, ale pośród czach, ogni, samurajskich wzorów, czy nawet jakby siatek ta wyróżniała się prostotą. Nie byłą nijaka. Była czarną taflą odpowiednio dopasowaną do twarzy. Nie widać było przez nią ostrzejszych zarysów, bo ona sama była ostra. Była idealna.
-Możesz wziąć jeszcze coś. To mało.- Tym razem chłopak nieco sobie pozwolił na… ch… odszorstkowienie? Tak by się to nazywało?
-Ok.
Wzięłam jeszcze buty, chustę i plecak. Niby taki sobie, ale wydawał się być porządny. Miał dużo kieszeni, czyli całkiem dla mnie. Bo ja to lubię jak mam wszystko poukładane w torbie, wiecie. Dlatego nie przepadam za torebkami, bo w nich trzeba grzebać. I jeszcze wykrzywiają ci plecy! Ach… ale gdybyście widzieli te zaje fajowskie rzeczy, które miałam do wyboru! Na przykład stertę peleryn, albo zbroje, albo chociaż te torebki.
Szef miał rację, że jeszcze do niego wrócę…
Obudziłam się wczesnym rankiem.
Zgarnęłam rzeczy i wyszłam. Pod barem byłam o 6:00. Wsiedliśmy do wozów i odjechaliśmy. Polska to wcale nie taki mały kraj. Dotrzeć musieliśmy aż do Wrocławia. Nie mieliśmy planu. Chcieliśmy tylko wejść, zrobić swoje i wyjść. Nasza ekipa składała się z piętnastu mięśniaków. Każdy miał własną broń. Ja też sobie coś zdobyłam. Walther  i nóż mi wystarczą. Czy robiłam pośród nich wrażenie? Może. Od byłego szefa w prezencie dostałam kamizelkę kuloodporną. Prawdziwe, lekkie i cienkie cacko. (Oczywiście wcześniej wypróbowałam, czy na pewno jest kuloodporna, bo nigdy nie wiadomo.) Do tego dodałam wojskowe spodnie z kieszeniami, buty z metalowymi noskami, tą zwiniętą z garderoby chustę i oczywiście maskę. Nie było to jakoś cool wypasiste, ale na jeden raz starczy.
Kiedy jechaliśmy nikt nic nie mówił. Miałam czas żeby trochę porozmyślać. Wyciągnęłam więc kartkę i zaczęłam rozmawiać z Nim. Tym NIM.
Znowu musiałam mu o wszystkim powiedzieć.
-Acha. I właśnie teraz jesteś z nimi w aucie?
-Tak.
-I oni siedzą obok?
-Tak.
-I patrzą ci się przez ramię?
-Tak.
-To pewnie się dziwią, że wyprzedziłaś technikę i twój tablet wygląda jak zeszyt.
-Cooooo….
Luknęłam na faciów. Ten obok serio się na mnie gapił. Powoli odwróciłam głowę w jego stronę. Zmierzyliśmy się wzrokiem. Wygrałam!
-Ty się zabawiasz czy chcesz umrzeć?
-Nie rozumiem.
-Tak bardzo jesteś zrozpaczona, że o wszystkim zapominasz.
-Nie zapominam. Wzięłam przecież…
-Zapominasz. Zapomniałaś na przykład, że to nie jest film, a ty nie jesteś główną bohaterką, która dotrwa aż do końca.
-Nie wiem o czym mówisz.
-Gdybym miał dłonie, to właśnie byś poczuła plaskacza ode mnie.
-Przestań.
-Nie przestanę, bo zginiesz. Czy ty niczego nie rozumiesz? Otrząśnij się, dziewczyno!
-O co ci chodzi?! Ale z ciebie…
-Nie kończ. Zamiast tego pomyśl logicznie. Na trzy włączysz ten swój zamrożony mózg, o ile jeszcze go masz i odpowiesz na moje trzy pytania.
-Nie będę…
-Raz.
-Prze…
-Dwa.
-Arg!
-Trzy. Pytanie numer jeden: dlaczego MUR cię nie zabił?
-MUR mnie nie zabił, bo… ten… nie musiał.
-Taa? Jesteś pewna? Bo z tego co widzę, to musiał zabić ci rodzinę, nie? A myślisz, że czemu?
-Nie wiesz czy ich zabił.
-No właśnie! I ty też. I dlatego teraz sama jedna jedziesz do MURu, żeby się dowiedzieć.
-Jadę ich uratować…
-Od czego? Zresztą, z mojej strony to wygląda tak: wiedzą co zrobiłaś w kościele, wiedzą o dziwnym wypadku, wiedzą, że żyjesz ty i najemnik, wiedzą, że do najemnika się nie zbliżą, wiedzą, że jesteś im potrzebna, wiedzą jak cię zdobyć, wiedzą jak wykorzystać haka, którego na ciebie mają. Jesteś cała ich już od samego początku.
-Hm…
-O! Zaczynasz myśleć. Idźmy więc dalej. Czy ci goście nie wydają ci się dziwni?
-Kto?
-Dezerterzy. Przecież wiesz, że jak raz wstąpisz do gangu, to możesz jedynie wypisać się za pomocą karty zgonu, a oni nagle się znajdują w zasięgu ręki i jeszcze ci pomagają.
-No tak… Też mnie to zdziwiło.
-No właśnie! I tu docieramy do szokującego momentu. To wszystko to pułapko-gro-przedstawienie, żeby cię poznać, złapać i… sam nie wiem, zabić!
-Kurczę…
-Raczej kurczedzilla! A czego się spodziewałaś? Hm?
-I myślisz, że to wszystko tak od…
-… od akcji w kościele. Zdecydowanie od wtedy.
-A czego oni mogą ode mnie chcieć? Przecież jeśli to ukartowane, to wiedzą też o moim mutanctwie i o masakrze, którą spowodowałam.
-Tiaaa. A może nie wiedzą? Huh? Bo tak jakby, nie daliby tego zrobić, gdyby wiedzieli.
-To były wrogie gangi. Może o to im chodziło, żeby się wykończyły?
-Nie, bo przecież to wewnątrz cię przerobili.
-W takim razie…
-Oni wiedzą tylko tyle, że ty nadal żyjesz i ich rywalów nie ma.
-No tak i …
-Nie wpadajmy w szczegóły, bo jeszcze się zaplączemy. Ważne jest moje ostatnie pytanie: co zamierzasz teraz zrobić?
-Nie mogę zrezygnować, bo goryle mnie zlikwidują. Poza tym, to moja rodzina ma być chyba przynętą i hakiem. A więc czegoś ode mnie chcą. Póki im tego nie dałam, to jeszcze żyją. Muszę więc uratować ich…
-… zanim oni z ciebie to wyciągną. A jak chcesz to zrobić, różyczko?
-Powoli, powoli.
Daj mi pomyśleć…