poniedziałek, 22 czerwca 2015

74 Goryle



-Dość ryzykowne.
-Wiem.
-Tym razem na pewniaka zginiesz, laska. Na pewniaka.
-Nie bądź taki pesymistyczny.
-Nie jestem pesymistą, tylko realistą.
-Moc realizmu! Naprawdę. Aż z ciebie bije ta moc, kurczę.
-No widzisz. Babki lubią facetów z mocą.
-Jak są prawdziwi!
-Ej. Ale gdybym jednak był prawdziwy, to byś się ze mną umówiła, nie?
-Ha ha ha Bardzo śmieszne.
-Na serio pytam.
-Przestań…
-Na serio.
-No dobra. Umówiłabym.
-Ha! Wiedziałem.
-Daj spokój. Ja już muszę kończyć. Muszę jeszcze wyrzucić gdzieś ten zeszyt. To w końcu nasz tajemny plan…
-Taaa… Wywal go za okno.
-Doczytają się.
-Jesteś na autostradzie!
-Doczytają się.
-To najpierw to zgumuj.
-Piszę piórem, idioto. Ha! Wiem co zrobię.
Nie mówiłam wcześniej, ale zwykłam nosić wszędzie ze sobą moje pióro. Fajnie tak nie musieć pożyczać długopisu. Do zatuszowania dosłownie użyłam tuszu, rozlewając go po wszystkich kartkach. Dopiero wtedy wywaliłam go przez okno. Nawet już nie zależało mi na procentach mojej dziwności w oczach dezerterów. Miałam już swój plan. Dość radykalny, ale jednak.
Plan był prosty. Musiałam tylko trzymać się prawdy. Interesująca koncepcja, c`nie?
Kolejną bazą do podbicia okazało się być stare, przedwojenne lotnisko z kamiennym zamkiem w środku. Musieli nie znaleźć lepszego miejsca na pasy startowe, a budowli nie opłacało się burzyć, więc teraz wyglądało to dość dziwacznie. Lotnisko używane pewnie nie było już od wojny, bo budynki obsługi były w stylu sprzed „Gierka”. Wszystko wyglądało na opuszczone, ale takie na pewno nie było. Widoczne ślady opon, jakieś skrzynie przykryte płachtami, wrak samolotu…
Ok. Zanim wszystko się zacznie.
Nie chcę, żebyście myśleli, że uważam się za bohatera. Nie uważam. Nie wiecie jak źle się ze sobą czuję. Posiadania na koncie jakiekolwiek ofiary, winnej lub nie, nie życzę żadnemu z was. Myśl, że jesteście przekreśleni, może doprowadzić do prawdziwego szaleństwa. Myśl, że przez was inni są przekreśleni, doprowadza do większego. I właśnie dlatego to zrobiłam. Zrobiłam to, bo gdyby nie ja, wielu innych by zginęło w o wiele bardziej bolesny sposób. Tylko przypomnijcie sobie, jak cierpieli tamci „JużNieLudzie”. Czy ja się tym usprawiedliwiam? Nie. Dla takich czynów usprawiedliwienia nie ma. I może powinnam się nad sobą głębiej zastanowić, ale nie mam na to ani czasu, ani siły. Kiedy zaczęłabym takie rozmyślania, to bym ich już pewnie skończyła, a przy najmniej na niczym dobrym. Nie wnikajcie w moje czyny. Impulsywność nigdy nie była moją mocną stroną, bo albo zbyt lekka albo wręcz za mocna. Czy idąc z dezerterami „do boju” myślałam co dalej zrobię? Nie. Nic nie dało się zrobić. Niczego nie dało się zaplanować. I właśnie dlatego zastosowałam zasadę „lepiej coś robić, niż nic nie robić”, bo robienie czegoś, to ruch, a nierobienie do jego przeciwieństwo. Jakby to coś tłumaczyło, nie?
 Zresztą nie będę przeciągać. Sami sobie wyobraźcie.
Szesnastu „wspaniałych” wpada do pierwszego budynku, ludzie padają martwi, a oni w zbitym szyku wyżynają ich coraz więcej. Na prawo i lewo sypią się kule, a żadna w nich nie trafia. Kolejne poziomy podbite. Wtedy słyszą wrzaski. Wpadają do wielkiej sali wypełnionej medycznymi instrumentami grozy. W szklanych klatkach jest nikt inny jak moja rodzina. Pięć przeźroczystych paczek stoi pod ścianą czekając aż wreszcie do nich podejdę. Jestem w połowie drogi. Dotykam pierwszej i moja rzeczywistość się łamie w rytm powolnych oklasków. Odwracam głowę i widzę jak paręnaście luf patrzy mi prosto w oczy. A pośród nich wyróżnia się sylwetka tego jednego. Szef MUR`u, zgrabny długowłosy człowieczek w purpurowym kimono, właśnie gratuluje sobie wygranej. Dzięki masce nie widzi jak przygryzam wargę i mrużę oczy.
Dzięki masce nie widzi mojego uśmiechu.
-Witam, witam!- Idiota myśli, że właśnie stoję jak wryta z opuszczoną szczęką gapiąc się na niego z szeroko otwartymi oczami.
-Szefie. To ta dziewczyna.- Goryl z boku ostentacyjnie wskazuje na mnie karabinem.
-No przecież widzę!- Obedayah Kraus wykrzywił twarz. Był prawdziwym wariatem.
-Szefie…
-Dość! Zwalniam cię.- Wycedził przez zęby naciskając spust karabinu. Krople krwi bryznęły nawet na mnie.- Idioci. Czy teraz mogę wreszcie zacząć zajmować się naszym gościem? Hę?! Nikt nie zamierza już nam przeszkadzać?!
Mężczyzna rzucał się i wrzeszczał. Nikt nie śmiał mu przeszkodzić. Dlaczego ja zawsze muszę trafiać na takich debili? Atmosfera gęstnieje, robi się dziwnie, nie wiesz czego masz się spodziewać. Nie moje klimaty. Kraus odchrząknął i poprawił strój. Dla zilustrowania uczuć lekko przechyliłam głowę.
-Przepraszam za nich. Pozwól, że się przedstawię. Jestem…
-Wiem kim pan jest.- Przerwałam mu dźwięcznym głosikiem. Maska potrafiła modulować głos.
-O.- Był dość zdziwiony.- To ułatwia nam sprawę. Możecie iść.
-Ale…
-Wyjść! Teraz! Albo nie. Ty i ty! Zostajecie. Reszta wypad!
Jego ludzie niepewnie patrzyli po sobie jak tamten rzucał się i machał rekami. Miał rozbiegane oczy, co chwilę oblizywał usta i zmieniał wyraz twarzy.
-Czy ja się nie wyraziłem jasno?!- Z sufitu poleciał tynk, a goryli już nie było. Ich szef był prawdziwym psychopatą. Zanim drzwi się zatrzasnęły on już był w odleglejszym koncie zrzucając narzędzia ze stołu. Mnie ciągle obserwowali goryle. Stałam więc tam czekając na to, co miało się zdarzyć. Za mną stały klatki, a w nich leżeli nieprzytomni ludzie, tak bliscy memu sercu, że nawet tutaj radowało się będąc blisko nich. Czekałam i czekałam. I patrzyłam się im prosto w twarze. A oni coraz bardziej się niecierpliwili. Pierwszy spojrzał na szefa. Tamten właśnie przysuwał krzesła. Spojrzałam uważniej na człowieka, który popsuł mi plany na niedzielę. Nie tak go sobie wyobrażałam. Nie jako roztrzepanego psychopatę w japońskim stroju. Był śliski i jakiś taki… szalony. Taaa. To był seriowy wariat. Wiecie, taki co go można wsadzić do izolatki. Jak on w ogóle rządzi tym bajzlem? Co to ma w ogóle być? Jakoś tak mało zabawnie, nie?
-Zapraszam.- Jego uśmiech był obrzydliwy. Goryle odsunęły się na boki przepuszczając mnie środkiem. Zajęłam miejsce naprzeciw Krausa. Zachowywałam się sztywno i mam nadzieję zimno, ale odsłonięte ręce mogły zdradzić moje rozczarowanie. Krzesło było metalowe i lekko skrzypiało.
-No więc… opowiadaj!- Mężczyzna cieszył się jak dziecko otwierające prezent spod choinki. Sięgnęłam ręką do kieszeni. W połowie ruchu goryl za mną przyłożył mi karabin do czaszki.
-Hi hi hi Spokojnie, spokojnie. Daj jej. Przecież nie masz tam granatu, co?- Obedayah był widocznie rozbawiony. Wyciągnęłam pomiętą kartkę z kieszeni. W miarę wygładziłam i położyłam przed mężczyzną.
-Co to? Raport?- Szczerzył zęby jak mój nauczyciel przy wystawianiu jedynki.
-Warunki.
-Ooo. Widzę, że się przygotowałaś. Hm… Mam wypuścić twoją rodzinę i zapewnić im nietykalność, a wtedy  ty powiesz mi wszystko, co wiesz… Ciekawe, ciekawe. Niepotrzebnie zużyłaś papier. Do niczego takiego nie dojdzie!- Był fatalnie uradowany. Przełknęłam ślinę. Wszystko zaczynało powoli zbaczać z moich planów.
-Nie?- Zapytałam z brakiem nadziei w głosie.
-Nie! Nie dojdzie! A wiesz czemu? Wiesz?! Bo ja tutaj jestem bossem! Ja!- Wrzeszczał i walił pięściami w metalowy stół.  Drgnęłam niespokojnie.
-Czego ode mnie oczekujesz?
-Ha! Ty! Przynieś mi teczkę.- Wskazany goryl wykonał polecenie.- Widzisz. Nie zdążyłem ci wszystkiego powiedzieć, a to bardzo ważne.
-Słucham.
-Oczywiście, że słuchasz. Każda moja ofiara słuchała. Każda błagała o litość. Czy ty też będziesz błagała o litość?
-Nie.- Był psychopatą który właśnie mówił mi, że mnie zabije.
-Jeszcze zobaczysz, że tak. A teraz… przedstawiam ci czerwony przycisk!
Z teczki wyciągnął czerwony guzik i jak tylko go odblokował, to każde ze szklanych pudeł zapikało na zielono. Facet podłączył moją rodzinę do zdalnie sterowanej bomby! Obejrzałam się przez ramię.
-Widzisz, jak to jest? Jeśli wszystkiego mi nie opowiesz, to twoja rodzina nie zginie od kulki w łeb, tylko od bomby kwasowej z mojego warsztatu. Dlatego teraz wszystko mi opowiesz, tak? Tak?!
Spojrzałam na niego nieobecnym wzrokiem. Pomachał mi guzikiem przed oczami.
Czy miałam jakiś wybór? Jakikolwiek? Co miałam zrobić? Plan o prawdzie poszedł w niepamięć.
Musiałam improwizować.

2 komentarze:

  1. W takich sytuacjach zazwyczaj plany nie wylają...
    To totalny psychopata. Ale taki największy z możliwych. Przeraża mnie Twoja wyobraźnia :/
    Ale weny to ci nie brakuje ;)
    Ściskam mocno
    ~ Alex ♡ _ ♡

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, a kiedyś prawie powiedziałaś, że jestem normalna. :D XD

      Usuń

Komentarze motywują :)