-Dość
ryzykowne.
-Wiem.
-Tym razem
na pewniaka zginiesz, laska. Na pewniaka.
-Nie bądź
taki pesymistyczny.
-Nie jestem
pesymistą, tylko realistą.
-Moc
realizmu! Naprawdę. Aż z ciebie bije ta moc, kurczę.
-No widzisz.
Babki lubią facetów z mocą.
-Jak są
prawdziwi!
-Ej. Ale
gdybym jednak był prawdziwy, to byś się ze mną umówiła, nie?
-Ha ha ha
Bardzo śmieszne.
-Na serio
pytam.
-Przestań…
-Na serio.
-No dobra.
Umówiłabym.
-Ha!
Wiedziałem.
-Daj spokój.
Ja już muszę kończyć. Muszę jeszcze wyrzucić gdzieś ten zeszyt. To w końcu nasz
tajemny plan…
-Taaa… Wywal
go za okno.
-Doczytają
się.
-Jesteś na
autostradzie!
-Doczytają
się.
-To najpierw
to zgumuj.
-Piszę
piórem, idioto. Ha! Wiem co zrobię.
Nie mówiłam
wcześniej, ale zwykłam nosić wszędzie ze sobą moje pióro. Fajnie tak nie musieć
pożyczać długopisu. Do zatuszowania dosłownie użyłam tuszu, rozlewając go po
wszystkich kartkach. Dopiero wtedy wywaliłam go przez okno. Nawet już nie
zależało mi na procentach mojej dziwności w oczach dezerterów. Miałam już swój
plan. Dość radykalny, ale jednak.
Plan był
prosty. Musiałam tylko trzymać się prawdy. Interesująca koncepcja, c`nie?
Kolejną bazą
do podbicia okazało się być stare, przedwojenne lotnisko z kamiennym zamkiem w
środku. Musieli nie znaleźć lepszego miejsca na pasy startowe, a budowli nie
opłacało się burzyć, więc teraz wyglądało to dość dziwacznie. Lotnisko używane
pewnie nie było już od wojny, bo budynki obsługi były w stylu sprzed „Gierka”.
Wszystko wyglądało na opuszczone, ale takie na pewno nie było. Widoczne ślady
opon, jakieś skrzynie przykryte płachtami, wrak samolotu…
Ok. Zanim wszystko
się zacznie.
Nie chcę,
żebyście myśleli, że uważam się za bohatera. Nie uważam. Nie wiecie jak źle się
ze sobą czuję. Posiadania na koncie jakiekolwiek ofiary, winnej lub nie, nie
życzę żadnemu z was. Myśl, że jesteście przekreśleni, może doprowadzić do
prawdziwego szaleństwa. Myśl, że przez was inni są przekreśleni, doprowadza do
większego. I właśnie dlatego to zrobiłam. Zrobiłam to, bo gdyby nie ja, wielu
innych by zginęło w o wiele bardziej bolesny sposób. Tylko przypomnijcie sobie,
jak cierpieli tamci „JużNieLudzie”. Czy ja się tym usprawiedliwiam? Nie. Dla
takich czynów usprawiedliwienia nie ma. I może powinnam się nad sobą głębiej
zastanowić, ale nie mam na to ani czasu, ani siły. Kiedy zaczęłabym takie
rozmyślania, to bym ich już pewnie skończyła, a przy najmniej na niczym dobrym.
Nie wnikajcie w moje czyny. Impulsywność nigdy nie była moją mocną stroną, bo
albo zbyt lekka albo wręcz za mocna. Czy idąc z dezerterami „do boju” myślałam
co dalej zrobię? Nie. Nic nie dało się zrobić. Niczego nie dało się zaplanować.
I właśnie dlatego zastosowałam zasadę „lepiej coś robić, niż nic nie robić”, bo
robienie czegoś, to ruch, a nierobienie do jego przeciwieństwo. Jakby to coś
tłumaczyło, nie?
Zresztą nie będę przeciągać. Sami sobie
wyobraźcie.
Szesnastu
„wspaniałych” wpada do pierwszego budynku, ludzie padają martwi, a oni w zbitym
szyku wyżynają ich coraz więcej. Na prawo i lewo sypią się kule, a żadna w nich
nie trafia. Kolejne poziomy podbite. Wtedy słyszą wrzaski. Wpadają do wielkiej
sali wypełnionej medycznymi instrumentami grozy. W szklanych klatkach jest nikt
inny jak moja rodzina. Pięć przeźroczystych paczek stoi pod ścianą czekając aż
wreszcie do nich podejdę. Jestem w połowie drogi. Dotykam pierwszej i moja
rzeczywistość się łamie w rytm powolnych oklasków. Odwracam głowę i widzę jak
paręnaście luf patrzy mi prosto w oczy. A pośród nich wyróżnia się sylwetka
tego jednego. Szef MUR`u, zgrabny długowłosy człowieczek w purpurowym kimono,
właśnie gratuluje sobie wygranej. Dzięki masce nie widzi jak przygryzam wargę i
mrużę oczy.
Dzięki masce
nie widzi mojego uśmiechu.
-Witam,
witam!- Idiota myśli, że właśnie stoję jak wryta z opuszczoną szczęką gapiąc
się na niego z szeroko otwartymi oczami.
-Szefie. To
ta dziewczyna.- Goryl z boku ostentacyjnie wskazuje na mnie karabinem.
-No przecież
widzę!- Obedayah Kraus wykrzywił twarz. Był prawdziwym wariatem.
-Szefie…
-Dość!
Zwalniam cię.- Wycedził przez zęby naciskając spust karabinu. Krople krwi
bryznęły nawet na mnie.- Idioci. Czy teraz mogę wreszcie zacząć zajmować się
naszym gościem? Hę?! Nikt nie zamierza już nam przeszkadzać?!
Mężczyzna
rzucał się i wrzeszczał. Nikt nie śmiał mu przeszkodzić. Dlaczego ja zawsze
muszę trafiać na takich debili? Atmosfera gęstnieje, robi się dziwnie, nie
wiesz czego masz się spodziewać. Nie moje klimaty. Kraus odchrząknął i poprawił
strój. Dla zilustrowania uczuć lekko przechyliłam głowę.
-Przepraszam
za nich. Pozwól, że się przedstawię. Jestem…
-Wiem kim
pan jest.- Przerwałam mu dźwięcznym głosikiem. Maska potrafiła modulować głos.
-O.- Był
dość zdziwiony.- To ułatwia nam sprawę. Możecie iść.
-Ale…
-Wyjść!
Teraz! Albo nie. Ty i ty! Zostajecie. Reszta wypad!
Jego ludzie
niepewnie patrzyli po sobie jak tamten rzucał się i machał rekami. Miał
rozbiegane oczy, co chwilę oblizywał usta i zmieniał wyraz twarzy.
-Czy ja się
nie wyraziłem jasno?!- Z sufitu poleciał tynk, a goryli już nie było. Ich szef
był prawdziwym psychopatą. Zanim drzwi się zatrzasnęły on już był w
odleglejszym koncie zrzucając narzędzia ze stołu. Mnie ciągle obserwowali
goryle. Stałam więc tam czekając na to, co miało się zdarzyć. Za mną stały
klatki, a w nich leżeli nieprzytomni ludzie, tak bliscy memu sercu, że nawet
tutaj radowało się będąc blisko nich. Czekałam i czekałam. I patrzyłam się im
prosto w twarze. A oni coraz bardziej się niecierpliwili. Pierwszy spojrzał na
szefa. Tamten właśnie przysuwał krzesła. Spojrzałam uważniej na człowieka,
który popsuł mi plany na niedzielę. Nie tak go sobie wyobrażałam. Nie jako
roztrzepanego psychopatę w japońskim stroju. Był śliski i jakiś taki… szalony.
Taaa. To był seriowy wariat. Wiecie, taki co go można wsadzić do izolatki. Jak
on w ogóle rządzi tym bajzlem? Co to ma w ogóle być? Jakoś tak mało zabawnie,
nie?
-Zapraszam.-
Jego uśmiech był obrzydliwy. Goryle odsunęły się na boki przepuszczając mnie
środkiem. Zajęłam miejsce naprzeciw Krausa. Zachowywałam się sztywno i mam
nadzieję zimno, ale odsłonięte ręce mogły zdradzić moje rozczarowanie. Krzesło
było metalowe i lekko skrzypiało.
-No więc…
opowiadaj!- Mężczyzna cieszył się jak dziecko otwierające prezent spod choinki.
Sięgnęłam ręką do kieszeni. W połowie ruchu goryl za mną przyłożył mi karabin
do czaszki.
-Hi hi hi
Spokojnie, spokojnie. Daj jej. Przecież nie masz tam granatu, co?- Obedayah był
widocznie rozbawiony. Wyciągnęłam pomiętą kartkę z kieszeni. W miarę
wygładziłam i położyłam przed mężczyzną.
-Co to?
Raport?- Szczerzył zęby jak mój nauczyciel przy wystawianiu jedynki.
-Warunki.
-Ooo. Widzę,
że się przygotowałaś. Hm… Mam wypuścić twoją rodzinę i zapewnić im
nietykalność, a wtedy ty powiesz mi
wszystko, co wiesz… Ciekawe, ciekawe. Niepotrzebnie zużyłaś papier. Do niczego
takiego nie dojdzie!- Był fatalnie uradowany. Przełknęłam ślinę. Wszystko
zaczynało powoli zbaczać z moich planów.
-Nie?-
Zapytałam z brakiem nadziei w głosie.
-Nie! Nie
dojdzie! A wiesz czemu? Wiesz?! Bo ja tutaj jestem bossem! Ja!- Wrzeszczał i
walił pięściami w metalowy stół. Drgnęłam
niespokojnie.
-Czego ode
mnie oczekujesz?
-Ha! Ty!
Przynieś mi teczkę.- Wskazany goryl wykonał polecenie.- Widzisz. Nie zdążyłem
ci wszystkiego powiedzieć, a to bardzo ważne.
-Słucham.
-Oczywiście,
że słuchasz. Każda moja ofiara słuchała. Każda błagała o litość. Czy ty też
będziesz błagała o litość?
-Nie.- Był
psychopatą który właśnie mówił mi, że mnie zabije.
-Jeszcze
zobaczysz, że tak. A teraz… przedstawiam ci czerwony przycisk!
Z teczki
wyciągnął czerwony guzik i jak tylko go odblokował, to każde ze szklanych pudeł
zapikało na zielono. Facet podłączył moją rodzinę do zdalnie sterowanej bomby!
Obejrzałam się przez ramię.
-Widzisz,
jak to jest? Jeśli wszystkiego mi nie opowiesz, to twoja rodzina nie zginie od
kulki w łeb, tylko od bomby kwasowej z mojego warsztatu. Dlatego teraz wszystko
mi opowiesz, tak? Tak?!
Spojrzałam
na niego nieobecnym wzrokiem. Pomachał mi guzikiem przed oczami.
Czy miałam
jakiś wybór? Jakikolwiek? Co miałam zrobić? Plan o prawdzie poszedł w
niepamięć.
Musiałam
improwizować.
W takich sytuacjach zazwyczaj plany nie wylają...
OdpowiedzUsuńTo totalny psychopata. Ale taki największy z możliwych. Przeraża mnie Twoja wyobraźnia :/
Ale weny to ci nie brakuje ;)
Ściskam mocno
~ Alex ♡ _ ♡
No widzisz, a kiedyś prawie powiedziałaś, że jestem normalna. :D XD
Usuń