sobota, 23 stycznia 2016

99 Owocowa herbata



[Narrator odłączony]

Ten debil Lex niszczy mi życie.
Czy mówię to serio? Chyba nie. Facio po prostu sprawia że przydarzają mi się zbyt naszprycowane emocjami sytuacje, a ja tego nie lubię.
-Odwal się ode mnie. Nie mam ochoty z tobą rozmawiać.
-Jesteś mi to winna, słonko.
-Nic nie jestem ci winna! Z dachu spadłeś na łeb, że ci się tak poprzestawiało?!
Siedzieliśmy od półgodziny w kuchni na zapleczu i dopiero teraz zaczęła mi wracać pełna świadomość sytuacji. Z tego co powiedział najemnik po tym jak mnie postrzelił zawieźli mnie do chirurga, który nawiał z niewyjaśnionych powodów i to Lex mnie pozszywał. Do kwatery głównej też sam mnie przywiózł, bo jego ludzie musieli lecieć w te pędy pozałatwiać wszystkie ważne „sprawy”. Jak się ocknęłam na podłodze to prawie go rozszarpałam, bo próbował nie patrząc zmienić mi ciuchy. Przyznam, byłam bardzo otępiała i czułam się na początku słabo, więc nie robiłam mu wyrzutów tylko sama się ubrałam. Nie wiedzieć czemu byłam też mega głodna… Ale przynajmniej w lodówce mieli pieczeń i warzywa, wiec z tym problemu nie miałam. Problem leżał gdzie indziej.
Lex, ten wiecznie głupi idiota, uznał, że powinnam mu za wszystko podziękować, historia skończyła się szczęśliwie i w trzy godziny mam się przygotować do kolejnej misji. Eeee. On się zgrywa czy zawsze był takim dupkiem?
-Zabieram wynagrodzenie, premię za to co zrobiłam dodatkowo i wracam do domu.
-Jaką premię? Co zrobiłaś niby tak „dodatkowo”?- najemnik skrzywił się wlepiając we mnie wzrok.
-Co? A przepraszam bardzo, czy tą całą randkę to ja mam w kontrakt wypisaną?
-Tak. Po za tym nie widzę tutaj wielkiego wyczynu, słonko.
-Nie? I wyczynem dla ciebie powstanie z martwych też nie jest?! To chodź, zobaczymy czy tobie też się spodoba z kulką w sercu- patrzyłam na niego gniewnie, a prawie wściekła.
Dobrze, że jednak zobaczył gdzie błąd popełnił, bo z chęcią bym mu bycie półżywym fundnęła.
-To było… konieczne- odwrócił wzrok.
-I ty z ochotą to zrobiłeś. Gdyby ci kazał palnąć mi w łeb, tu, między oczy, to też byś to zrobił?
-Nie…
-A czemu? Za mało widowiskowe, jak na ciebie? Jonathanowi trzeba było pokazać jak umieram, prawda?
-Wiedziałem, że nie zginiesz,- Lex przeczesał włosy- a Mekler niczego nie widział.
Zatkało mnie. Najemnik mówił to na pewno szczerze i z trudem, przy czym wydawał się wstydzić za siebie i być na siebie złym, a więc na pewno była to prawda. I jak tak przed nim stałam, wciąż z widelcem w dłoni, to jednocześnie dwie rzeczy mi się po łbie tłukły. To, że najemnik strzelił tylko dlatego bo wiedział, że nie zginę… a więc co się z tym wiązało? I to, że Jonathan nic nie widział jak Charlotte , a mnie na czymś z nim związanym zależy. Potrzebowałam chwili na zastanowienie więc odwróciłam się tyłem do Lexa, żeby nie widział jak myślę.
Po pierwsze… czy to aby na pewno jego wina, że musiał strzelić? No bo przecież rzeczywiście taka była umowa. Miałam zdobyć dane nie wydając przy tym dla kogo pracuję. Ale czy ja poważnie jestem jego pracownikiem? A może raczej… Hm… To chyba bardziej działa na takiej zasadzie jak wtedy. Że jesteśmy… w jednej drużynie.
Po drugie Jonathan. Nie… Nie! Nie powinnam o nim myśleć. Był tylko celem! Nikim więcej… Zrobiłam wszystko bez uczuć, tak jak było w wytycznych. Nie zamierzam się roztkliwiać nad jednym dniem… To nie byłam ja! To była Charlotte Blank! Urocza dziewczyna, niewinna, posiadająca serce… Ja go nie mam. Nie mam uczuć! Nie jestem kimś, tylko monstrum powracającym w koszmarach. Zabijam… I nie mam uczuć!
Na ramieniu poczułam czyjś dotyk. Wyrwana do rzeczywistości szarpnęłam odruchowo w bok wykręcając rękę najemnikowi. Puściłam go jak tylko zobaczyłam jego minę. Zmartwiony- taki był mój „towarzysz broni”.
-Przestań-syknęłam. -Nie potrzebuję  twojego współczucia, opieki, czy czego ty tam ode mnie chcesz.
Puściłam go i opadłam na krzesło. Nie byłam zmęczona. Byłam przybita.
Lexowi wolno zachowywać się jak tępy baran, mi też.
-Mów czego ode mnie chcesz. Zadaj pytania, ja odpowiem. A potem… potem biorę swoje rzeczy i wracam do domu- byłam tak chłodna, jak potrafiłam.
Niech nie myśli, że jestem miękka. Po części to też jego wina, że jestem zimną suką.
Usiadł naprzeciwko wycofany i sztywny. Nie było mi go żal. Patrzyłam mu prosto w oczy, wyzywająco.
-Posiadamy wszystkie informacje… które są nam potrzebne. Przesłałem zalecenia zespołowi Alfa. Reszta ma się im przyporządkować. Wszystkie cele zostaną zrealizowane w przeciągu trzech dni. Obecnie posiadamy dokładne namiary na ludzi, których trzeba zlikwidować. Mamy też spis miejsc, baz-kwater, gdzie umieszczone są laboratoria CTS`u…
-Ok. Coś jeszcze?- przerwałam mu gwałtownie.
Najemnik spojrzał na mnie nagle porywczo i rozluźnił się bardziej. Poczułam, że zaczyna odzyskiwać kontrolę, ale i coś rozumieć. Za bardzo dałam się ponieść i chyba on wiedział dlaczego.
-Nie zamierzam brać udziału w żadnym z planowanych… ataków. Widzę, że potrzebujesz… odpoczynku, więc zostaję z tobą.
Prawie się zakrztusiłam własną śliną.
-Co? Co ty próbujesz powiedzieć? Jak to zostajesz ze mną?
Lex próbował chyba zdecydować jaką taktykę obrać i widać wahał się pomiędzy „Lexem Blondasiem”, a „Lexem Mordercą” bo chwilę zmieniał wyraz twarzy.
-Nie mogę pozwolić ci wrócić do domu, słonko-powiedział.
-Ty nie musisz mi na nic pozwalać. Sama wrócę- odpowiedziałam.
-Nie.
-Tak.
-Nie.
-Tak.
-Nie.
-Tak! I tobie nic do tego. Dlaczego miałabym nie wrócić?- zadałam to pytanie odchylając się do tyłu, bo nasza wymiana słów trochę nas do siebie zbliżyła.
-Nie wrócisz, ponieważ to może przeszkodzić oddziałom Alfa w wykonaniu misji. Ty nie bierzesz w niej udziału ze względu na swój stan zdrowia.
-Oj! To może od razu powiedz, że się o mnie martwisz- uśmiechnęłam się uroczo.
Rozumiałam dlaczego musiałam zostać i na parę dni zniknąć, ale Lexowi racji przyznać nie chciałam.
-Teraz jesteśmy kwita- odwdzięczył się zawadiackim uśmieszkiem.
-Tak? A to niby czemu?
-Ty mnie wtedy pozszywałaś, choć przyznam, że dość krzywo, a teraz ja ciebie.
-Hahaha Dość krzywo… Ale ty zdajesz sobie z tego sprawę, że tak naprawdę, to ja ci wtedy życie uratowałam? A ty mnie teraz prawie zabiłeś, najemniku.
-Nie zapominaj kto chciał komu serce nożem przebić.
-Chciałeś zabić mojego brata! I ja ci wcale tego serca nie przebiłam! Za to ty jak najbardziej za spust pociągnąłeś.
-Ty wyzdrowiejesz, a mnie ta rana do końca życia już zostanie, słonko.
-No patrz! Jakby ci to przeszkadzało. Zresztą, nie wierzę, że aż tak krzywo to zrobiłam.
-Nie? To patrz- najemnik wstał i zaczął się rozbierać.
Oczywiście tylko górę zdjął, wy zbereźnicy! Nie myślcie sobie!
 Pozbył się garniaka i koszuli i stanął nade mną pokazując jakie ma mięśnie. Przesunęłam po nich wzrokiem, bo rzeczywiście mięśnie to on miał, ale zganiłam się mocno w myślach i skupiłam na tym co kiedyś musiałam zaszyć. Widząc krzywą i nawet nie tak brzydko pozszywaną ranę, która już prawie całkowicie się zagoiła przypomniałam sobie wszystko co przeżyłam przez ten rok.
-No widzisz! Wcale ładnie…
Odruchowo chciałam dotknąć tego miejsca w którym zatrzymałam nóż, ale się powstrzymałam zakłopotana. Zamiast tego dotknęłam swojej rany. Specjalne nici zdążyły już wsiąknąć w ciało, nawet przez koszulkę wciąż ciułam rozorany kawałek ciała.
-Ty za to się nie spisałeś- powiedziałam to bardziej smutno niż zamierzałam.
-Ekhem… Nigdy nie operowałem mutanta…- odburknął i drgnął.
Ja też poczułam, że dotknęło mnie to, co powiedział. Nie chciałam w tym właśnie momencie się nad tym zastanawiać, więc puściłam to mimo uszu.
-Weź się ubierz, bo gęsiej skórki dostaniesz- wstałam i podeszłam do blatu.
Kiedy wyszedł, szemrając coś pod nosem nastawiłam wody na herbatę. Zamiast usiąść i poczekać aż się zagotuje, to odruchowo zaczęłam sprzątać. W domu zawsze mieliśmy zasadę, że jak coś zrobisz, to masz po sobie posprzątać. Po kuchni walały się przeróżne rzeczy i papiery, a do tego jedzenie, ale zdążyłam ogarnąć wszystko aż zagwizdał czajnik. Wyciągnęłam sobie kubek z szafki, ale naszła mnie myśl, że może najemnikowi tez wypadałoby zrobić herbatki, więc jemu też wzięłam kubek. Kuchnia była bardzo duża, profesjonalna i cała w kolorze metalowym, przez co trochę mi zeszło szukanie cukru i reszty. Miałam już zalać kubki, ale pacnęłam się w czoło i wychylając głowę przez drzwi zawołałam:
-Leksik! Wolisz zwykłą, czarną, zieloną czy owocową herbatę?!
Nie odpowiedział.
-To co, nie chcesz tej herbaty? Dobra, nie to nie…
-Jak chcesz, to zrób mi owocową, słonko- niewidomo skąd najemnik nagle się pojawił.
Pisał do kogoś sms`y i nie odrywał wzroku od komórki. Zmienił garniak na zwykłą czarną koszulkę, czarne spodnie z kieszeniami na udach i wysokie buty taktyczne. Tak wyglądał lepiej.
-Okej, okej.
Wróciłam do kuchni, podstawiłam sobie krzesło do blatu, bo tam było przyjemniej niż przy stoliku w rogu pomiędzy lodówkami i pociągnęłam nosem, bo owoce bardzo ładnie pachniały. Po chwili Lex wrócił i również się przysiadł. Nie odzywaliśmy się do siebie, aż w końcu nie mogłam wytrzymać ciszy.
-To do kiedy mam tu zostać?
-Jakiś tydzień, może dłużej.
-Acha. Fajnie… A co moim rodzicom powiedzieliście?
-A! No właśnie. Mam zaszczyt ogłosić ci, że od teraz masz na koncie odsiadkę w więzieniu, słonko. Już nie jesteś takim aniołkiem.
-Hahah Żartujesz sobie, c`nie?
Kubek był przyjemnie ciepły. Pociągnęłam nosem i poprawiłam odstający kosmyk włosów.
-Nie. Nie żartuję- powiedział całkiem poważnie.
Miał przekrzywiony irokez, czego przyczyny szukałam w tym jak zakładał koszulkę, bo ta była dość na nim opięta. Zastanowiłam się nad tym i tym, co mi przed chwilą powiedział i doszłam do wniosku, że to może być całkiem możliwe.
-Kazałeś powiedzieć moim rodzicom, że jestem w więzieniu?
-Tak.
-Nie domyślili się, że mnie tam nie ma?
-No… z tym mieliśmy problem, bo oni są całkiem dociekliwi, uparci… i strasznie się na ciebie wkurzyli, ale chłopaki z policji wszystko załatwili, więc przez ten tydzień będziesz miała spokój.
-Spokój?! Kurde! Kurde, kurde, kurde!- oparłam głowę na rękach.-Przecież to mi życie niszczy, Lex. Ja nie mogę… Kurde! Nie mogłeś im powiedzieć, że na wymianę pojechałam, albo coś? Ale nie! Za kratki od razu!
-No wiesz! Powinnaś mi podziękować…
-Przestań. Co wy im powiedzieliście? Co oni wiedzą?
-Prawie nic…
-O! Jeszcze lepiej!- wymachnęłam z dezaprobatą ręką prawie go uderzając.
-Policja przekazała im, że zostałaś zatrzyma w sprawie przemytu narkotyków i wszystkie dane są tajne…
-Co? Narkotyków?!- miałam ochotę nabrać herbaty do ust i teatralnie ją na niego wypluć.
-Cała sprawa jest tajna, międzynarodowa i nikt nie może nic wiedzieć. Nie wniesiono zarzutów przeciwko tobie, ale musisz być pod ścisłą ochroną w krajowym więzieniu.
-I tyle wiedzą? Że ja i narkotyki? Kurde! Moja mama zawału przez was dostanie. Przecież jak ja gdzieś idę to muszę do niej trzy razy dzwonić, a tu mam być tydzień bez kontaktu. I to jeszcze jestem teraz powiązana z międzynarodową dilerką!
-Spokojnie. Na razie wiedzą tylko tyle, ale przecież zostaniesz uniewinniona, nietknięta odstawiona pod dom, a policja przeprosi twoją rodzinę i po kłopocie. Wszystko jest już zaplanowane, słonko. Nie trzeba się o nic martwić- był całkiem pewny siebie.
-Dobra,- poddałam się- tylko znowu czegoś nie spaprajcie.
-A czy my kiedykolwiek coś spapraliśmy?
-Em… Ta-ak!
-No dobra…
-No widzisz…- dopiłam herbatę i włożyłam kubek do zlewu.
Czułam jak Lex mnie wciąż obserwował. Miałam ochotę wykrzyczeć, że wszystko widzę, ale darowałam sobie, bo zrobiłoby się niezręcznie.
-To co ja mam tu przez tydzień robić? Znaczy, jak już zostajesz, to co My mamy tu przez tydzień robić?
-Po pierwsze,- wstał i też odłożył kubek- to musimy się stąd wynieść.
-Okej.
Przeczesałam włosy i poczułam pod palcami jak bardzo są zmierzwione i brudne. Musiałam okropnie wyglądać, bo przecież nie zdążyłam się nawet w lustrze przejrzeć. Westchnęłam i poszłam po jakieś inne ciuchy. W metalowej szafie była ostatnia para spodni, jakaś koszulka i bluza.
-A ty pamiętasz, że jesteś mi winny martensy, prawda?
-Jak mógłbym zapomnieć? Przecież buty dla księżniczki są rzeczą najważniejszą!- odpowiedział zgryźliwie.
-Cieszę się- uśmiechnęłam się do niego.-To ja idę się ogarnąć.
-Chłopaki z ekipy zaraz przyjadą, żeby posprzątać- powiedział jeszcze zanim wyszłam.
Poszłam do łazienki. Ciekawe po co w restauracji łazienka z prysznicem? Może tej restauracji akurat często różne gangi na swoją kwaterę wynajmują. No ale jeśli by tak było, to miejscówa byłaby bardzo niebezpieczna, bo wszędzie można by było się spodziewać podsłuchów i bomb doklejonych do krzeseł. Przekręciłam zamek w drzwiach i sprawdziłam czy w szafce jest ręcznik. Agent Jessica tłumaczyła mi jak mam korzystać z tej łazienki… No właśnie. Agent Jessica, to dość interesująca osóbka. Jestem ciekawa czy Lex wie o tym „miłosnym specyfiku”.
Rozebrałam się i weszłam pod prysznic. Woda była przyjemna, a szampon bardzo ładnie pachniał mleczkiem kokosowym. Po raz kolejny zmyłam z siebie krew. Znowu poczułam się zbyt dziecinna na bycie mordercą. Dotykając rany na sercu nie czułam bólu, a jedynie mrowienie. Na skórze wokół widniały czarne żyłki. Wielka szrama ciągnęła się prawie od mostka do żeber. Nie była jeszcze zagojona, ale nie ciekła z niej krew. Uniosłam dłoń przed siebie i nie skupiając się przetarłam nią po płytkach zmieniając ją w szponiastą dłoń Potwora. Uśmiechnęłam się ciągnąć linię lśniących łusek wyżej, do barku. Czułam jak w klatce pulsuje mi serce, a rana goi się już do końca.
Po ciele rozlało mi się ciepło mocy, którą posiadałam. Wiedziałam ile potrzebowałam od siebie tej czerni na przeżycie. Było blisko. Oparłam czoło o płytki i wyluzowałam.
Teraz już będzie z górki. Wszystko zrobione…

wtorek, 5 stycznia 2016

98 Hoff



[Przekierowanie na narratora.]
Poniedziałkowy poranek. Wschodzące słońce tnąc powietrze odbija się od zamazanych brudem szyb. Do szarego pokoju wchodzą trzy postacie. Napięcie na ich twarzach jest bardzo widoczne i komponuje się z nerwowymi ruchami i podniesionym głosem. Kobieta w niebieskim stroju co chwila wystukuje coś w telefonie zerkając na swojego szefa. Blondyn, z grymasem niezadowolenia krzywi się zaciskając usta, kiedy trzecia z osób wymienia znoszony i całkowicie przemoczony czerwienią fartuch.
-Co z nią?- pyta mężczyznę.
Pytanie wisi w powietrzu, po czym niknie w betonowych ścianach. Na stole operacyjnym, w ubraniu umazanym krwią i z zakrzepłą na skórze leży nieprzytomna dziewczyna. Lekarz, chirurg kryminalistycznego półświatka, doświadczony w odratowywaniu zbrodniarzy i ludzi zbyt pożądanych przez policję, zaciera dłonie.
-Kula utkwiła pięć centymetrów w klatce piersiowej- mówi.- Ominęła serce prawie się o nie ocierając. Dziewczyna nie ma szans na przeżycie.
-Nie tego… oczekiwałem- wydusza z siebie blondyn.
-Wiem. Żaden z was tego nie oczekuje…- mruczy do siebie lekarz i odwraca się do pacjentki.
Dziewczyna oddycha charkliwie. Jest ledwo świadoma, ale czuje ból. Nadgarstki i kostki przewiązane ma grubymi pasami i przywiązane do stołu, aby się nie rzucała. Na razie nie są jeszcze potrzebne, a przewiduje się, że nie potrzebnie zostały zapięte. Z każdym oddechem dziewczynie bliżej jest na drugą stronę i aż dziw bierze, że tyle wytrzymała. Normalny człowiek zdechłby szybką śmiercią już przy postrzale, a jeśli nie, jeśli byłby bardzo silnym osobnikiem, to wykończyła by go droga, przebyta w plastikowym worze na podłodze czarnego vana.  
-Przewiduję, że mają państwo ostatnią okazję na pożegnanie się z… dziewczyną. Zamierzam wyciągnąć kulę z jej ciała… i ewentualnie podejmę próbę odratowania pacjętki, ale…
-Rozumiem- przerywa mu blondyn.
Sztywno, niczym w transie podchodzi do stołu i nachyla się nad poturbowaną dziewczyną, ale zatrzymuje się w pół ruchu i zawisa nad nią niczym statua. Otwiera usta, żeby coś powiedzieć, lecz po chwili zamyka je powrotem, nie mówiąc nic. Chce zamknąć oczy, żeby nie patrzeć na to, co zrobił, ale zamiast tego wpatruje się nimi, szeroko otwartymi, w posiniaczoną, prawie białą twarz Julii.
Odwraca się szybko, odchodzi. Jeszcze na progu przystaje i zwraca się do lekarza.
-Wyciągnij kulę. Ona przeżyje.
Szklane drzwi zasuwają się za nimi z syknięciem. W pokoju pozostaje bacznie obserwowany przez szybę lekarz i szemrzące stalą narzędzia.
Kiedy doktor Hoff zakłada czyste rękawice, agent Jessica wreszcie odważa się zwrócić do swojego szefa. Zaciska nerwowo palce i uważnie przygląda się swojemu odbiciu w szybie. Dopiero kiedy jest pewna, że blondyn nie wyda jej żadnych poleceń otwiera usta.
-Misja wykonana. Cele zrealizowane. Dane przesłane na AKontoCX. Czy przesłać dalsze polecenia?- kobieta zamiera w oczekiwaniu na odpowiedź.
-Tak- najemnik nawet się do niej nie odwraca.
Patrzy jak chirurg wybiera odpowiedni skalpel pobłyskujący jeszcze czystością.
-Szefie… Ja… Ekhem… nie było wyjścia. Musieliśmy tak to ustawić… Gdyby nie ona nie odzyskalibyśmy…
-Odejdź- mówi.
Ma ostry głos. Przez chwilę Jessice wydaje się, że najemnik żuci się na nią i poderżnie jej gardło, ale  on odwraca się do niej powoli. Niebieskość jego oczu jest bardziej przyblakła niż zwykle, a na twarzy widnieje niewidzialna maska, która ostatkiem sił nadal się utrzymuje. Kobieta zaczyna w głębi ducha purpurowieć i wstydzić się za siebie. Zrezygnowana i poniżona wychodzi, a chwilę potem odjeżdża z resztą agentów. Ich misja nadal trwa. W tym samym czasie, kiedy czarne auta opuszczają zacieniony podjazd nieczynnego szpitala, ostrze skalpela zaczyna ciąć ciało dziewczyny, aby móc ją uratować. 
....
Operacja się przedłuża. W powietrzu prawie słychać tykanie niewidzialnego zegara. Wreszcie, coś zaczyna się dziać. Chirurg jest już blisko kuli. Prawie widząc ruszające się serce zatapia skalpel po raz kolejny, a potem chwyta magnetycznym szczypcem za pocisk i prawie odskakuje gdy oblewa go strumień świeżego szkarłatu. Po drugiej stronie szkła najemnik zaciska pięści. Wciąż z ręką w jej klatce piersiowej, chirurg stara się powoli cofnąć i usunąć nieszczęsny kaliber 9milimetrów. Nie widząc już nadziei zrezygnowany podnosi głowę i rzuca najemnikowi zrozumiałe spojrzenie. Tamten odwraca się od szyby i odchodzi. Doktor powraca wzrokiem do pacjentki i momentalnie blednie ze strachu. Wpatrują się w niego jarzące się pomarańczowo, szeroko otwarte oczy. Doktor zamiera i powoli skierowuje swój wzrok niżej, na nagle bolącą go dłoń. Otwiera usta nie rozumiejąc. Czarna łapa trzyma jego rękę, już nie w potokach krwi, bo ta przestała się lać, ale coraz dalej od ciała dziewczyny. Wreszcie łapsko puszcza. Chirurg natomiast nie ma odwagi się ruszyć wciąż wpatrując się w ciało pacjentki. Przez otwartą ranę do jej klatki widzi czarne jak smoła serce. Zamyka usta, przełyka ślinę i szybko wraca wzrokiem do twarzy dziewczyny. Jej pomarańczowe oczy skrzą się nie przyjemnie kiedy on powoli się wycofuje. Nie odrywają od siebie wzroku aż do momentu kiedy on wreszcie trafia do drzwi i wybiega przez nie na zewnątrz. Wtedy dziewczyna opada bezwładnie na metalowy stół.
                Lekarz biegnie na oślep. Na placu wpada na najemnika.
-Potwór!- krzyczy dobiegając do samochodu.- Potwór!
Najemnik otrząsa się i próbuje biec za lekarzem, ale nagle coś karze mu przystanąć. Jakaś dziwna, niepohamowana myśl sprawia że wbiega z powrotem do szpitala. Zatrzymuje się na chwile przed szybą i już ostrożniej, z wyciągniętą bronią i niespokojną myślą wchodzi na salę. Najpierw patrzy na boki, szukając możliwego napastnika, ale potem, tak samo jak lekarz, bladnie. Schowawszy broń podchodzi powoli do metalowego stołu. Dziewczyna, nadal w rozprutej sukience i z otwartą głęboką raną nie jest świadoma tego, jak biorąc oddech i pokazując, że nadal żyje zszokowała najemnika. On po raz kolejny daje jej się zaskoczyć i znów nie wie co ma zrobić. Stoi przez chwilę myśląc nad całą sytuacją. Dziewczyna żyje. Chirurg uciekł. Jego ludzi nie ma w pobliżu.
Najemnik odruchowo kładzie dłoń na swojej największej z blizn, a dzięki temu dostaje oświecenia. Zdejmuje nieprzyjemny i krępujący ruchy garnitur. Poluzowuje kołnierzyk, podwija mankiety. W końcu i koszulę ściąga. Zaczesuje włosy i przygotowuje się do opatrzenia dziewczyny.
Zanim ją dotknął… zanim zaczął zaszywać tą ranę, której był przyczyną…  uśmiechnął się do nieprzytomnej dziewczyny i wreszcie poczuł się wyzwolony.
I delikatnie dotykając rany powiedział:
-Teraz będziemy kwita, słonko…