wtorek, 5 stycznia 2016

98 Hoff



[Przekierowanie na narratora.]
Poniedziałkowy poranek. Wschodzące słońce tnąc powietrze odbija się od zamazanych brudem szyb. Do szarego pokoju wchodzą trzy postacie. Napięcie na ich twarzach jest bardzo widoczne i komponuje się z nerwowymi ruchami i podniesionym głosem. Kobieta w niebieskim stroju co chwila wystukuje coś w telefonie zerkając na swojego szefa. Blondyn, z grymasem niezadowolenia krzywi się zaciskając usta, kiedy trzecia z osób wymienia znoszony i całkowicie przemoczony czerwienią fartuch.
-Co z nią?- pyta mężczyznę.
Pytanie wisi w powietrzu, po czym niknie w betonowych ścianach. Na stole operacyjnym, w ubraniu umazanym krwią i z zakrzepłą na skórze leży nieprzytomna dziewczyna. Lekarz, chirurg kryminalistycznego półświatka, doświadczony w odratowywaniu zbrodniarzy i ludzi zbyt pożądanych przez policję, zaciera dłonie.
-Kula utkwiła pięć centymetrów w klatce piersiowej- mówi.- Ominęła serce prawie się o nie ocierając. Dziewczyna nie ma szans na przeżycie.
-Nie tego… oczekiwałem- wydusza z siebie blondyn.
-Wiem. Żaden z was tego nie oczekuje…- mruczy do siebie lekarz i odwraca się do pacjentki.
Dziewczyna oddycha charkliwie. Jest ledwo świadoma, ale czuje ból. Nadgarstki i kostki przewiązane ma grubymi pasami i przywiązane do stołu, aby się nie rzucała. Na razie nie są jeszcze potrzebne, a przewiduje się, że nie potrzebnie zostały zapięte. Z każdym oddechem dziewczynie bliżej jest na drugą stronę i aż dziw bierze, że tyle wytrzymała. Normalny człowiek zdechłby szybką śmiercią już przy postrzale, a jeśli nie, jeśli byłby bardzo silnym osobnikiem, to wykończyła by go droga, przebyta w plastikowym worze na podłodze czarnego vana.  
-Przewiduję, że mają państwo ostatnią okazję na pożegnanie się z… dziewczyną. Zamierzam wyciągnąć kulę z jej ciała… i ewentualnie podejmę próbę odratowania pacjętki, ale…
-Rozumiem- przerywa mu blondyn.
Sztywno, niczym w transie podchodzi do stołu i nachyla się nad poturbowaną dziewczyną, ale zatrzymuje się w pół ruchu i zawisa nad nią niczym statua. Otwiera usta, żeby coś powiedzieć, lecz po chwili zamyka je powrotem, nie mówiąc nic. Chce zamknąć oczy, żeby nie patrzeć na to, co zrobił, ale zamiast tego wpatruje się nimi, szeroko otwartymi, w posiniaczoną, prawie białą twarz Julii.
Odwraca się szybko, odchodzi. Jeszcze na progu przystaje i zwraca się do lekarza.
-Wyciągnij kulę. Ona przeżyje.
Szklane drzwi zasuwają się za nimi z syknięciem. W pokoju pozostaje bacznie obserwowany przez szybę lekarz i szemrzące stalą narzędzia.
Kiedy doktor Hoff zakłada czyste rękawice, agent Jessica wreszcie odważa się zwrócić do swojego szefa. Zaciska nerwowo palce i uważnie przygląda się swojemu odbiciu w szybie. Dopiero kiedy jest pewna, że blondyn nie wyda jej żadnych poleceń otwiera usta.
-Misja wykonana. Cele zrealizowane. Dane przesłane na AKontoCX. Czy przesłać dalsze polecenia?- kobieta zamiera w oczekiwaniu na odpowiedź.
-Tak- najemnik nawet się do niej nie odwraca.
Patrzy jak chirurg wybiera odpowiedni skalpel pobłyskujący jeszcze czystością.
-Szefie… Ja… Ekhem… nie było wyjścia. Musieliśmy tak to ustawić… Gdyby nie ona nie odzyskalibyśmy…
-Odejdź- mówi.
Ma ostry głos. Przez chwilę Jessice wydaje się, że najemnik żuci się na nią i poderżnie jej gardło, ale  on odwraca się do niej powoli. Niebieskość jego oczu jest bardziej przyblakła niż zwykle, a na twarzy widnieje niewidzialna maska, która ostatkiem sił nadal się utrzymuje. Kobieta zaczyna w głębi ducha purpurowieć i wstydzić się za siebie. Zrezygnowana i poniżona wychodzi, a chwilę potem odjeżdża z resztą agentów. Ich misja nadal trwa. W tym samym czasie, kiedy czarne auta opuszczają zacieniony podjazd nieczynnego szpitala, ostrze skalpela zaczyna ciąć ciało dziewczyny, aby móc ją uratować. 
....
Operacja się przedłuża. W powietrzu prawie słychać tykanie niewidzialnego zegara. Wreszcie, coś zaczyna się dziać. Chirurg jest już blisko kuli. Prawie widząc ruszające się serce zatapia skalpel po raz kolejny, a potem chwyta magnetycznym szczypcem za pocisk i prawie odskakuje gdy oblewa go strumień świeżego szkarłatu. Po drugiej stronie szkła najemnik zaciska pięści. Wciąż z ręką w jej klatce piersiowej, chirurg stara się powoli cofnąć i usunąć nieszczęsny kaliber 9milimetrów. Nie widząc już nadziei zrezygnowany podnosi głowę i rzuca najemnikowi zrozumiałe spojrzenie. Tamten odwraca się od szyby i odchodzi. Doktor powraca wzrokiem do pacjentki i momentalnie blednie ze strachu. Wpatrują się w niego jarzące się pomarańczowo, szeroko otwarte oczy. Doktor zamiera i powoli skierowuje swój wzrok niżej, na nagle bolącą go dłoń. Otwiera usta nie rozumiejąc. Czarna łapa trzyma jego rękę, już nie w potokach krwi, bo ta przestała się lać, ale coraz dalej od ciała dziewczyny. Wreszcie łapsko puszcza. Chirurg natomiast nie ma odwagi się ruszyć wciąż wpatrując się w ciało pacjentki. Przez otwartą ranę do jej klatki widzi czarne jak smoła serce. Zamyka usta, przełyka ślinę i szybko wraca wzrokiem do twarzy dziewczyny. Jej pomarańczowe oczy skrzą się nie przyjemnie kiedy on powoli się wycofuje. Nie odrywają od siebie wzroku aż do momentu kiedy on wreszcie trafia do drzwi i wybiega przez nie na zewnątrz. Wtedy dziewczyna opada bezwładnie na metalowy stół.
                Lekarz biegnie na oślep. Na placu wpada na najemnika.
-Potwór!- krzyczy dobiegając do samochodu.- Potwór!
Najemnik otrząsa się i próbuje biec za lekarzem, ale nagle coś karze mu przystanąć. Jakaś dziwna, niepohamowana myśl sprawia że wbiega z powrotem do szpitala. Zatrzymuje się na chwile przed szybą i już ostrożniej, z wyciągniętą bronią i niespokojną myślą wchodzi na salę. Najpierw patrzy na boki, szukając możliwego napastnika, ale potem, tak samo jak lekarz, bladnie. Schowawszy broń podchodzi powoli do metalowego stołu. Dziewczyna, nadal w rozprutej sukience i z otwartą głęboką raną nie jest świadoma tego, jak biorąc oddech i pokazując, że nadal żyje zszokowała najemnika. On po raz kolejny daje jej się zaskoczyć i znów nie wie co ma zrobić. Stoi przez chwilę myśląc nad całą sytuacją. Dziewczyna żyje. Chirurg uciekł. Jego ludzi nie ma w pobliżu.
Najemnik odruchowo kładzie dłoń na swojej największej z blizn, a dzięki temu dostaje oświecenia. Zdejmuje nieprzyjemny i krępujący ruchy garnitur. Poluzowuje kołnierzyk, podwija mankiety. W końcu i koszulę ściąga. Zaczesuje włosy i przygotowuje się do opatrzenia dziewczyny.
Zanim ją dotknął… zanim zaczął zaszywać tą ranę, której był przyczyną…  uśmiechnął się do nieprzytomnej dziewczyny i wreszcie poczuł się wyzwolony.
I delikatnie dotykając rany powiedział:
-Teraz będziemy kwita, słonko…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze motywują :)