[Narrator
odłączony]
Ten debil
Lex niszczy mi życie.
Czy mówię to
serio? Chyba nie. Facio po prostu sprawia że przydarzają mi się zbyt
naszprycowane emocjami sytuacje, a ja tego nie lubię.
-Odwal się
ode mnie. Nie mam ochoty z tobą rozmawiać.
-Jesteś mi
to winna, słonko.
-Nic nie jestem
ci winna! Z dachu spadłeś na łeb, że ci się tak poprzestawiało?!
Siedzieliśmy
od półgodziny w kuchni na zapleczu i dopiero teraz zaczęła mi wracać pełna
świadomość sytuacji. Z tego co powiedział najemnik po tym jak mnie postrzelił
zawieźli mnie do chirurga, który nawiał z niewyjaśnionych powodów i to Lex mnie
pozszywał. Do kwatery głównej też sam mnie przywiózł, bo jego ludzie musieli
lecieć w te pędy pozałatwiać wszystkie ważne „sprawy”. Jak się ocknęłam na
podłodze to prawie go rozszarpałam, bo próbował nie patrząc zmienić mi ciuchy.
Przyznam, byłam bardzo otępiała i czułam się na początku słabo, więc nie
robiłam mu wyrzutów tylko sama się ubrałam. Nie wiedzieć czemu byłam też mega
głodna… Ale przynajmniej w lodówce mieli pieczeń i warzywa, wiec z tym problemu
nie miałam. Problem leżał gdzie indziej.
Lex, ten
wiecznie głupi idiota, uznał, że powinnam mu za wszystko podziękować, historia
skończyła się szczęśliwie i w trzy godziny mam się przygotować do kolejnej
misji. Eeee. On się zgrywa czy zawsze był takim dupkiem?
-Zabieram
wynagrodzenie, premię za to co zrobiłam dodatkowo i wracam do domu.
-Jaką
premię? Co zrobiłaś niby tak „dodatkowo”?- najemnik skrzywił się wlepiając we
mnie wzrok.
-Co? A
przepraszam bardzo, czy tą całą randkę to ja mam w kontrakt wypisaną?
-Tak. Po za
tym nie widzę tutaj wielkiego wyczynu, słonko.
-Nie? I
wyczynem dla ciebie powstanie z martwych też nie jest?! To chodź, zobaczymy czy
tobie też się spodoba z kulką w sercu- patrzyłam na niego gniewnie, a prawie
wściekła.
Dobrze, że
jednak zobaczył gdzie błąd popełnił, bo z chęcią bym mu bycie półżywym
fundnęła.
-To było…
konieczne- odwrócił wzrok.
-I ty z
ochotą to zrobiłeś. Gdyby ci kazał palnąć mi w łeb, tu, między oczy, to też byś
to zrobił?
-Nie…
-A czemu? Za
mało widowiskowe, jak na ciebie? Jonathanowi trzeba było pokazać jak umieram,
prawda?
-Wiedziałem,
że nie zginiesz,- Lex przeczesał włosy- a Mekler niczego nie widział.
Zatkało
mnie. Najemnik mówił to na pewno szczerze i z trudem, przy czym wydawał się
wstydzić za siebie i być na siebie złym, a więc na pewno była to prawda. I jak
tak przed nim stałam, wciąż z widelcem w dłoni, to jednocześnie dwie rzeczy mi
się po łbie tłukły. To, że najemnik strzelił tylko dlatego bo wiedział, że nie
zginę… a więc co się z tym wiązało? I to, że Jonathan nic nie widział jak
Charlotte , a mnie na czymś z nim związanym zależy. Potrzebowałam chwili na
zastanowienie więc odwróciłam się tyłem do Lexa, żeby nie widział jak myślę.
Po pierwsze…
czy to aby na pewno jego wina, że musiał strzelić? No bo przecież rzeczywiście
taka była umowa. Miałam zdobyć dane nie wydając przy tym dla kogo pracuję. Ale
czy ja poważnie jestem jego pracownikiem? A może raczej… Hm… To chyba bardziej
działa na takiej zasadzie jak wtedy. Że jesteśmy… w jednej drużynie.
Po drugie
Jonathan. Nie… Nie! Nie powinnam o nim myśleć. Był tylko celem! Nikim więcej…
Zrobiłam wszystko bez uczuć, tak jak było w wytycznych. Nie zamierzam się
roztkliwiać nad jednym dniem… To nie byłam ja! To była Charlotte Blank! Urocza
dziewczyna, niewinna, posiadająca serce… Ja go nie mam. Nie mam uczuć! Nie
jestem kimś, tylko monstrum powracającym w koszmarach. Zabijam… I nie mam
uczuć!
Na ramieniu
poczułam czyjś dotyk. Wyrwana do rzeczywistości szarpnęłam odruchowo w bok
wykręcając rękę najemnikowi. Puściłam go jak tylko zobaczyłam jego minę.
Zmartwiony- taki był mój „towarzysz broni”.
-Przestań-syknęłam.
-Nie potrzebuję twojego współczucia,
opieki, czy czego ty tam ode mnie chcesz.
Puściłam go
i opadłam na krzesło. Nie byłam zmęczona. Byłam przybita.
Lexowi wolno
zachowywać się jak tępy baran, mi też.
-Mów czego
ode mnie chcesz. Zadaj pytania, ja odpowiem. A potem… potem biorę swoje rzeczy
i wracam do domu- byłam tak chłodna, jak potrafiłam.
Niech nie
myśli, że jestem miękka. Po części to też jego wina, że jestem zimną suką.
Usiadł
naprzeciwko wycofany i sztywny. Nie było mi go żal. Patrzyłam mu prosto w oczy,
wyzywająco.
-Posiadamy
wszystkie informacje… które są nam potrzebne. Przesłałem zalecenia zespołowi
Alfa. Reszta ma się im przyporządkować. Wszystkie cele zostaną zrealizowane w
przeciągu trzech dni. Obecnie posiadamy dokładne namiary na ludzi, których
trzeba zlikwidować. Mamy też spis miejsc, baz-kwater, gdzie umieszczone są
laboratoria CTS`u…
-Ok. Coś
jeszcze?- przerwałam mu gwałtownie.
Najemnik
spojrzał na mnie nagle porywczo i rozluźnił się bardziej. Poczułam, że zaczyna
odzyskiwać kontrolę, ale i coś rozumieć. Za bardzo dałam się ponieść i chyba on
wiedział dlaczego.
-Nie
zamierzam brać udziału w żadnym z planowanych… ataków. Widzę, że potrzebujesz…
odpoczynku, więc zostaję z tobą.
Prawie się
zakrztusiłam własną śliną.
-Co? Co ty
próbujesz powiedzieć? Jak to zostajesz ze mną?
Lex próbował
chyba zdecydować jaką taktykę obrać i widać wahał się pomiędzy „Lexem Blondasiem”,
a „Lexem Mordercą” bo chwilę zmieniał wyraz twarzy.
-Nie mogę
pozwolić ci wrócić do domu, słonko-powiedział.
-Ty nie
musisz mi na nic pozwalać. Sama wrócę- odpowiedziałam.
-Nie.
-Tak.
-Nie.
-Tak.
-Nie.
-Tak! I
tobie nic do tego. Dlaczego miałabym nie wrócić?- zadałam to pytanie odchylając
się do tyłu, bo nasza wymiana słów trochę nas do siebie zbliżyła.
-Nie wrócisz,
ponieważ to może przeszkodzić oddziałom Alfa w wykonaniu misji. Ty nie bierzesz
w niej udziału ze względu na swój stan zdrowia.
-Oj! To może
od razu powiedz, że się o mnie martwisz- uśmiechnęłam się uroczo.
Rozumiałam
dlaczego musiałam zostać i na parę dni zniknąć, ale Lexowi racji przyznać nie
chciałam.
-Teraz
jesteśmy kwita- odwdzięczył się zawadiackim uśmieszkiem.
-Tak? A to
niby czemu?
-Ty mnie
wtedy pozszywałaś, choć przyznam, że dość krzywo, a teraz ja ciebie.
-Hahaha Dość
krzywo… Ale ty zdajesz sobie z tego sprawę, że tak naprawdę, to ja ci wtedy
życie uratowałam? A ty mnie teraz prawie zabiłeś, najemniku.
-Nie
zapominaj kto chciał komu serce nożem przebić.
-Chciałeś
zabić mojego brata! I ja ci wcale tego serca nie przebiłam! Za to ty jak
najbardziej za spust pociągnąłeś.
-Ty
wyzdrowiejesz, a mnie ta rana do końca życia już zostanie, słonko.
-No patrz!
Jakby ci to przeszkadzało. Zresztą, nie wierzę, że aż tak krzywo to zrobiłam.
-Nie? To
patrz- najemnik wstał i zaczął się rozbierać.
Oczywiście
tylko górę zdjął, wy zbereźnicy! Nie myślcie sobie!
Pozbył się garniaka i koszuli i stanął nade
mną pokazując jakie ma mięśnie. Przesunęłam po nich wzrokiem, bo rzeczywiście
mięśnie to on miał, ale zganiłam się mocno w myślach i skupiłam na tym co kiedyś
musiałam zaszyć. Widząc krzywą i nawet nie tak brzydko pozszywaną ranę, która
już prawie całkowicie się zagoiła przypomniałam sobie wszystko co przeżyłam
przez ten rok.
-No widzisz!
Wcale ładnie…
Odruchowo
chciałam dotknąć tego miejsca w którym zatrzymałam nóż, ale się powstrzymałam
zakłopotana. Zamiast tego dotknęłam swojej rany. Specjalne nici zdążyły już
wsiąknąć w ciało, nawet przez koszulkę wciąż ciułam rozorany kawałek ciała.
-Ty za to
się nie spisałeś- powiedziałam to bardziej smutno niż zamierzałam.
-Ekhem…
Nigdy nie operowałem mutanta…- odburknął i drgnął.
Ja też
poczułam, że dotknęło mnie to, co powiedział. Nie chciałam w tym właśnie
momencie się nad tym zastanawiać, więc puściłam to mimo uszu.
-Weź się
ubierz, bo gęsiej skórki dostaniesz- wstałam i podeszłam do blatu.
Kiedy
wyszedł, szemrając coś pod nosem nastawiłam wody na herbatę. Zamiast usiąść i
poczekać aż się zagotuje, to odruchowo zaczęłam sprzątać. W domu zawsze mieliśmy
zasadę, że jak coś zrobisz, to masz po sobie posprzątać. Po kuchni walały się przeróżne
rzeczy i papiery, a do tego jedzenie, ale zdążyłam ogarnąć wszystko aż
zagwizdał czajnik. Wyciągnęłam sobie kubek z szafki, ale naszła mnie myśl, że
może najemnikowi tez wypadałoby zrobić herbatki, więc jemu też wzięłam kubek.
Kuchnia była bardzo duża, profesjonalna i cała w kolorze metalowym, przez co
trochę mi zeszło szukanie cukru i reszty. Miałam już zalać kubki, ale pacnęłam
się w czoło i wychylając głowę przez drzwi zawołałam:
-Leksik!
Wolisz zwykłą, czarną, zieloną czy owocową herbatę?!
Nie
odpowiedział.
-To co, nie
chcesz tej herbaty? Dobra, nie to nie…
-Jak chcesz,
to zrób mi owocową, słonko- niewidomo skąd najemnik nagle się pojawił.
Pisał do
kogoś sms`y i nie odrywał wzroku od komórki. Zmienił garniak na zwykłą czarną
koszulkę, czarne spodnie z kieszeniami na udach i wysokie buty taktyczne. Tak wyglądał
lepiej.
-Okej, okej.
Wróciłam do
kuchni, podstawiłam sobie krzesło do blatu, bo tam było przyjemniej niż przy
stoliku w rogu pomiędzy lodówkami i pociągnęłam nosem, bo owoce bardzo ładnie
pachniały. Po chwili Lex wrócił i również się przysiadł. Nie odzywaliśmy się do
siebie, aż w końcu nie mogłam wytrzymać ciszy.
-To do kiedy
mam tu zostać?
-Jakiś
tydzień, może dłużej.
-Acha.
Fajnie… A co moim rodzicom powiedzieliście?
-A! No
właśnie. Mam zaszczyt ogłosić ci, że od teraz masz na koncie odsiadkę w
więzieniu, słonko. Już nie jesteś takim aniołkiem.
-Hahah
Żartujesz sobie, c`nie?
Kubek był
przyjemnie ciepły. Pociągnęłam nosem i poprawiłam odstający kosmyk włosów.
-Nie. Nie
żartuję- powiedział całkiem poważnie.
Miał
przekrzywiony irokez, czego przyczyny szukałam w tym jak zakładał koszulkę, bo
ta była dość na nim opięta. Zastanowiłam się nad tym i tym, co mi przed chwilą powiedział
i doszłam do wniosku, że to może być całkiem możliwe.
-Kazałeś
powiedzieć moim rodzicom, że jestem w więzieniu?
-Tak.
-Nie
domyślili się, że mnie tam nie ma?
-No… z tym
mieliśmy problem, bo oni są całkiem dociekliwi, uparci… i strasznie się na
ciebie wkurzyli, ale chłopaki z policji wszystko załatwili, więc przez ten
tydzień będziesz miała spokój.
-Spokój?!
Kurde! Kurde, kurde, kurde!- oparłam głowę na rękach.-Przecież to mi życie
niszczy, Lex. Ja nie mogę… Kurde! Nie mogłeś im powiedzieć, że na wymianę
pojechałam, albo coś? Ale nie! Za kratki od razu!
-No wiesz! Powinnaś
mi podziękować…
-Przestań. Co
wy im powiedzieliście? Co oni wiedzą?
-Prawie nic…
-O! Jeszcze
lepiej!- wymachnęłam z dezaprobatą ręką prawie go uderzając.
-Policja
przekazała im, że zostałaś zatrzyma w sprawie przemytu narkotyków i wszystkie
dane są tajne…
-Co?
Narkotyków?!- miałam ochotę nabrać herbaty do ust i teatralnie ją na niego
wypluć.
-Cała sprawa
jest tajna, międzynarodowa i nikt nie może nic wiedzieć. Nie wniesiono zarzutów
przeciwko tobie, ale musisz być pod ścisłą ochroną w krajowym więzieniu.
-I tyle wiedzą?
Że ja i narkotyki? Kurde! Moja mama zawału przez was dostanie. Przecież jak ja
gdzieś idę to muszę do niej trzy razy dzwonić, a tu mam być tydzień bez
kontaktu. I to jeszcze jestem teraz powiązana z międzynarodową dilerką!
-Spokojnie. Na
razie wiedzą tylko tyle, ale przecież zostaniesz uniewinniona, nietknięta
odstawiona pod dom, a policja przeprosi twoją rodzinę i po kłopocie. Wszystko jest
już zaplanowane, słonko. Nie trzeba się o nic martwić- był całkiem pewny
siebie.
-Dobra,-
poddałam się- tylko znowu czegoś nie spaprajcie.
-A czy my
kiedykolwiek coś spapraliśmy?
-Em… Ta-ak!
-No dobra…
-No widzisz…-
dopiłam herbatę i włożyłam kubek do zlewu.
Czułam jak
Lex mnie wciąż obserwował. Miałam ochotę wykrzyczeć, że wszystko widzę, ale darowałam
sobie, bo zrobiłoby się niezręcznie.
-To co ja
mam tu przez tydzień robić? Znaczy, jak już zostajesz, to co My mamy tu przez
tydzień robić?
-Po
pierwsze,- wstał i też odłożył kubek- to musimy się stąd wynieść.
-Okej.
Przeczesałam
włosy i poczułam pod palcami jak bardzo są zmierzwione i brudne. Musiałam
okropnie wyglądać, bo przecież nie zdążyłam się nawet w lustrze przejrzeć.
Westchnęłam i poszłam po jakieś inne ciuchy. W metalowej szafie była ostatnia
para spodni, jakaś koszulka i bluza.
-A ty
pamiętasz, że jesteś mi winny martensy, prawda?
-Jak mógłbym
zapomnieć? Przecież buty dla księżniczki są rzeczą najważniejszą!- odpowiedział
zgryźliwie.
-Cieszę się-
uśmiechnęłam się do niego.-To ja idę się ogarnąć.
-Chłopaki z
ekipy zaraz przyjadą, żeby posprzątać- powiedział jeszcze zanim wyszłam.
Poszłam do
łazienki. Ciekawe po co w restauracji łazienka z prysznicem? Może tej
restauracji akurat często różne gangi na swoją kwaterę wynajmują. No ale jeśli
by tak było, to miejscówa byłaby bardzo niebezpieczna, bo wszędzie można by
było się spodziewać podsłuchów i bomb doklejonych do krzeseł. Przekręciłam
zamek w drzwiach i sprawdziłam czy w szafce jest ręcznik. Agent Jessica
tłumaczyła mi jak mam korzystać z tej łazienki… No właśnie. Agent Jessica, to
dość interesująca osóbka. Jestem ciekawa czy Lex wie o tym „miłosnym specyfiku”.
Rozebrałam
się i weszłam pod prysznic. Woda była przyjemna, a szampon bardzo ładnie
pachniał mleczkiem kokosowym. Po raz kolejny zmyłam z siebie krew. Znowu
poczułam się zbyt dziecinna na bycie mordercą. Dotykając rany na sercu nie
czułam bólu, a jedynie mrowienie. Na skórze wokół widniały czarne żyłki. Wielka
szrama ciągnęła się prawie od mostka do żeber. Nie była jeszcze zagojona, ale
nie ciekła z niej krew. Uniosłam dłoń przed siebie i nie skupiając się przetarłam
nią po płytkach zmieniając ją w szponiastą dłoń Potwora. Uśmiechnęłam się
ciągnąć linię lśniących łusek wyżej, do barku. Czułam jak w klatce pulsuje mi
serce, a rana goi się już do końca.
Po ciele
rozlało mi się ciepło mocy, którą posiadałam. Wiedziałam ile potrzebowałam od
siebie tej czerni na przeżycie. Było blisko. Oparłam czoło o płytki i
wyluzowałam.
Teraz już
będzie z górki. Wszystko zrobione…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze motywują :)