Niedzielny
czas zawsze rezerwuję tylko rodzinie.
Razem
wstajemy, razem jemy śniadanie, razem wychodzimy do kościoła, razem doprawiamy
rosół i razem siadamy do stołu. Potem wylegujemy się na kanapie przed
telewizorem, oglądając westerny. Ten dzień jest dniem nieodbierania telefonów.
Zdarzają się jednak przypadki, kiedy rodzice i dziadkowie wychodzą wieczorem w
gości, a my z bratem mamy dom dla siebie. Lubię kiedy tak jest, bo możemy się
bawić w chowanego przy głośnej muzyce i nikt nie zwraca nam uwagi, żebyśmy nie
biegali. Oczywiście w granicach rozsądku. Zabawa z bratem opiera się na walkach
i udawaniu kury, żeby gonić dżdżownicę. Mnie też dziwi, że choć mam 15 lat
nadal nie przeszkadza mi zabawa w zwierzątka, a nawet to lubię. E tam! Ja
przecież nadal jestem dzieckiem, nie?
No więc w tą
niedzielę rodzice pojechali do znajomych z mamy pracy (banda rozgadanych
lejdis, z którymi nie ma jak porozmawiać), a dziadkowie skoczyli do sąsiadów
„na drinka”. Wcześnie nie wrócą, na pewno. Zaczęliśmy z Piotrkiem, moim
kochanym czwarto klasowym bratem zabawę. Najpierw zwołaliśmy kota. Jest naszym
ukochanym, bardzo łownym i przynoszącym martwe małe zwierzęta przed drzwi,
pupilem. Z kotem zawsze czuliśmy się bezpiecznie, a tłumaczymy sobie to tak, że kiedy zwierzak
robi się niespokojny, to coś jest nie tak. U nas zasada się sprawdza, bo kociak
jest wojownikiem. Sorry, wojowniczką, bo to ona. Potem zgarnęliśmy przekąski i
picie. Załączyliśmy telewizor i zaczęliśmy się bawić.
Jako że
jestem bardzo duża w porównaniu z bratem, to mam większy problem ze
znalezieniem kryjówek. On natomiast nie potrafi być cicho. Mamy więc równe
szanse. Zaczęliśmy od ustalenia, że chowamy się tylko na poddaszu. Cały
piętrowy dom to za dużo. Liczymy do trzydziestu, ściszamy muzykę i start.
Ja szukałam
pierwsza. Głupek wcisnął się pomiędzy kibel, a prysznic i kaloryfer. Łatwa kryjówka,
bo trudno jest się utrzymać w pozycji na przysiad. Ja schowałam się na szafce z
winem. Gdyby nie to, że były zapalone wszystkie światła, to by mnie nigdy nie
znalazł. Niestety rzucałam ogromniasty cień. Ja za to znalazłam go w koszu na
pranie, pod kanapą, za kanapą i w szafce w biurku taty. On znalazł mnie za
kominkiem, za zasłoną, w kanapie, pod prysznicem (gdzie prawie oblał mnie wodą)
i w szafie rodziców. Ostatni raz szukał mnie najdłużej, bo szafa rodziców to
tak naprawdę oddzielny pokój z wieszakami na stalowych rurkach. Byłam na samym
końcu, przykryta ubraniami, a od dołu weszłam w pokrowiec na garnitur. Żeby mnie
znaleźć musiał mnie usłyszeć. Niestety jak opowiedział po raz trzeci ten sam kawał,
to zaczęłam się tak chichrać, że zobaczył ruch w szafie i mnie znalazł. Po tym
byliśmy już tak zmęczeni, że usiedliśmy na kanapie i włączyliśmy sobie Call of
Duty. Graliśmy tylko godzinę, bo młodemu kleiły się oczy i „kazałam” mu iść
spać. W sumie, to tylko go przeniosłam na łóżko rodziców. Musiałam zostać na
górze, bo inaczej by nie zasnął. Dzięki temu właśnie włączyłam telewizor.
Akurat leciał terminator. Ha! Przez Dzień Cyborgów miałam wrażenie, że jestem o
nieba lepsza od Sary Conor. A przynajmniej ładniejsza. Kiedy się skończył, było
już po północy, ale nie chciałam jeszcze iść spać. Po cichu więc poszłam pod
prysznic i już w piżamie usiadłam z herbatą na kanapie. Miałam wybór:
niestraszny horror, dramat gangsterski, romans czy fantastyczny. Wybrałam „Hansel
i Gretel: Łowcy Czarownic” z przystojnym Jeremym Rannerem. Byłam tak wciągnięta
w film, że w momencie, gdy Hansel wpadł do jaskini pod podłogą i zadzwonił mój
telefon byłam gotowa wyrzucić go przez okno. Niestety dzwonił nieznany numer i
musiałam odebrać. Po prawdzie nie musiałam, ale nieznane numery o północy, to
dość ciekawa propozycja.
-Halo?
-Sorry, że
tak późno, ale ważna sprawa.- męski, lekko piskliwy głos. Hm… Maciek?
-Kto mówi?
-Hm? Aa! To
ja, Adrian. Dodzwoniłem się do Julki, nie?
-Taaak…
-To dobrze.
No, jest sprawa. Bo wiesz… ja i Ania…
-Chodzicie
ze sobą. Tak wiem. Czemu dzwonisz do mnie?
-Bo nie wiem
na jaki film mam ją wziąć i pomyślałem, że pomożesz, bo przecież znasz Anię.
-A jaki masz
wybór?- Pierwszy raz ktoś prosi mnie o tak ważną radę, więc postanowiłam dobrze
się spisać, jako doradca. Do tego mu z Anią dobrze się znamy i Adrian nie
powinien się zawieść.
-Kurczę… No
myślałem o tym filmie dla dziewczyn… yyy… „Czerwona jak krew i biała jak ściana”?
-„Biała jak
mleko, czerwona jak krew”. Nie za bardzo. My oglądamy takie filmy same. W
samotności z czekoladą. Odpada.
-To morze
zabiorę ją na maraton horrorów.
-Może być,
jeśli chcesz żeby połamała ci kark. Ania mega się boi i jestem pewna, że nie
zeszła by ci z kolan.
-To…
-Wiesz co?
Ten maraton, to nawet dobry pomysł. Włącz wyobraźnię. Ale słuchaj, jak chcesz
się z nią świetnie bawić, to weź ją na „Kopciuszka”.
-Serio? Nie
będzie zawiedziona?
-Trudny
wybór stawiam przed tobą. Horror i Ania na kolanach, czy baśń o miłości i Ania
nie na kolanach. Ja bym zapytała się jej co woli. Zawsze możesz zarezerwować
bilety na obie rzeczy. Albo wziąć bilety tu i tu, a potem sprzedać kumplom. Ja
bym tak zrobiła.
-No… spoko.
To tak zrobię. Tylko Julka…
-Wiem. Ode
mnie niczego się nie dowie.
-Spoko. Naprawdę
spoko. Wielkie dzięki.
-Nie ma za
co. A teraz żegnam. Dobranoc. A tak w ogóle, to czemu dzwonisz do mnie o
pierwszej w nocy?
-A czemu ty
jeszcze nie śpisz? Jest już późno.
-Nie mogłam
spać i oglądam filmy.
-Ja też. No
to spadam. Cześć.
-Dobranoc.
Spoko
rozmowa. Zazdroszczę Ani takiego chłopaka. Nie wziął jej na film, który jemu
się podoba, tylko podzwonił po koleżankach, żeby wziąć ją na to, co ona woli.
Szczęściara.
Po tym
wróciłam do filmu. Kiedy się skończył, zamknęłam sypialkę rodziców, napisałam
karteczkę na drzwiach, że Piotrek tam śpi i poszłam do siebie. Wolę własne
łóżko. Rano wstałam wcześniej, żeby się spakować i wyszłam do szkoły. Oczywiście
babcia nie oszczędziła gadki na temat picia w szkole (znaczy żebym dużo piła,
bo nerki są ważne), a w gimbusie puścili tak głośne rapy, że trochę byłam nawet
zła. Ja szczerze nie cierpię polskiego hiphopu, nawet jeśli to Grubson i Magik.
Nie lubię żadnej z polskich piosenek ani żadnego wykonawcy. Musiałam założyć
słuchawki. Do mojej szkoły jedzie się około 45min. Jedziemy najpierw przez
drogę podziurkowaną, potem lekką autostradą, przez parę rond, trochę świateł.
Są też dwa momenty, kiedy przejeżdżamy przez las. Pierwszy jest bardzo blisko
mojego przystanka, a drugi już daleko. Właśnie kiedy przejeżdżaliśmy przez ten
drugi las coś zaczęło się dziać. Najpierw zrobiło się wszystkim duszno i
gorąco. Oliwier za mną zaczął się dusić. Potem nagle zza drzew wyłoniła się gęsta,
zielona mgła. Na początku nikt tego nie zauważył, nawet jak to zauważyli, to
nic sobie z tego nie robili. Kiedy mgła doszła aż do początku ludzie już byli
przyklejeni do szyb. Moja pierwsza myśl: zamknąć okna. Kazałam Milenie to
zrobić. Całe szczęście nie pytała się dlaczego. Całe szczęście tylko jej, pani
przewoźniczka pozwoliła to okno otworzyć.
Nie minęła minuta,
a całe moje obawy o to co się może stać… zaczęły się spełniać…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze motywują :)