Samochodem
zatrzęsło.
Mgła przykleiła się do szyb, pozostawiając po sobie zielone krople.
Zasłaniała cały widok. Coś szarpnęło, zacharczało i huknęło. Silnik widocznie
zgasł bo poczułam, że zwolniliśmy i w końcu zatrzymaliśmy się. Wszyscy szeptali
i wiercili się. Na przedzie pani przewoźniczka rozmawiała z kierowcą. Wydawali
się być bardzo zaniepokojeni. Odwróciłam się do tyłu. Oliwier nadal spał. Ten
to potrafi! Dalej jacyś trzecioklasiści strasznie się szamotali. Zdjęłam
słuchawki.
-Prze pani!
No niech pani przyjdzie! To tu jest! No pani, no!- Maksym, mój daleki kuzyn
starał się wrzeszczeć, ale przez lata wdychania dymu nikotynowego nie za bardzo
mu to wychodziło. Do tego nikt nie zwracał na to uwagi. Ktoś przeklinał. Wtedy,
kiedy zwróciłam się w jego stronę, to ujrzałam. Smużka mgły dostawała się do
środka przez szczelinę w oknie. Ciągnęła się do najbliższego z chłopaków. Chyba
miał na imię Kamil. Dziewczyny prosiły żeby stamtąd odszedł. Prosiły nawet jak
przechodziły na siedzenia bliżej. Nie usłuchał i sięgnął do niej ręką, żeby ją
odgonić. Zdziwił się kiedy poczuł ból od poparzenia, oj zdziwił! Ha! Idiota.
Trzeba było uciekać. Tak najpierw pomyślałam. Trzeba coś z tym zrobić! Tak
pomyślałem sekundę po tym. Przyjrzałam się szczelinie. Uszczelnienie okna było
całe pokryte rdzą. Wystarczyło czymś to zatkać. Kamil zaczął krzyczeć. W
szamotaninie zablokował się między siedzeniami i teraz tylko patrzył jak smużka
pełzła dalej po rękawie. Rzuciłam okiem na to, co miałam. Basen! Sięgnęłam po
reklamówkę z rzeczami na basen i wyciągnęłam ręcznik. Wyskoczyłam na przejście
i dobiegłam do Kamila. Najpierw rozwiałam mgiełkę, a potem przyłożyłam ręcznik
do szczeliny. Wepchnęłam go między obudowę od tylnego „parapetu” szczelnie
zamykając dojście trujących oparów. Kamil trochę się uspokoił. Jeszcze bałam
się puścić, więc tylko przekręciłam się i na niego spojrzałam. Dłoń trzymał
mocno zaciśniętą przy klatce piersiowej.
-Nic ci nie
jest?- Spytałam.
-Nie wiem.
Boli mnie ręka.- Teraz stał już na przejściu szukając wzrokiem pomocy. Dlaczego
nikt mu nie pomaga? Co za ludzie.
-Hej!
Pulina! Tak, ty! No chodź. Trzeba mu pomóc, a ja muszę to trzymać.- O dziwo
przyszła do Kamila. Najpierw go posadziła, a potem próbowała zobaczyć jego
dłoń, ale za bardzo się brzydziła.
-Nie mogę. Przepraszam.-
Zrobiła się strasznie czerwona. Nie dziwię się. Na szczęście koleżanki
zaoferowały pomoc i też próbowały zobaczyć. Próbowały. W końcu zamieniłam się z
Pauliną, a jej koleżanką poleciłam żeby znalazły taśmę klejącą i czymś to
przykleiły. Sama podeszłam do chłopaka.
-Wyciągnij
dłoń.- Kamil też był czerwony. Chyba jednak z bólu. Starał się odciągnąć dłoń
od siebie, ale nie mógł.
-Spokojnie,
spokojnie. Zamknij oczy. Nie. Poczekaj. Milena! Daj mi twoją chustkę. Ok. Teraz
ci przewiążę oczy, a ty zrobisz wszystko co powiem.- Najpierw zawołam do tych
na przedzie po apteczkę. Nauczycielki
przewodniczki nie mogli oderwać od rozmowy z kierowcą. Inni chcieli pomóc.
Zaraz kazałam im sprawdzić czy wszystko jest w miarę szczelne, a jak nie, to
zatamować dopływ. Minęło jakieś pięć minut zanim opatrzyłam Kamilowi dłoń i zorganizowałam
resztę. „Dowodzenie” oddałam naszej koleżance przewodniczącej komitetu
uczniowskiego, bo ona byłam najbardziej odpowiedzialna z nas wszystkich. Po
prostu kazała wszystkim zająć normalne miejsca, poszła do przewodniczki, ale
szybko wróciła.
-Co jest?
-Nic nie
chcą powiedzieć i nawet wydarli się, że im przeszkadzam, a my mamy siedzieć i
nic nie robić.
-O czym
gadają?
-Nie wiem.
Chyba już po kogoś zadzwonili.- Nic więcej nie wiedziałam, po za tym, co
powiedziała Monika (ta dowódczyni). Czekaliśmy. Minęła jakaś minuta, może
mniej, a pani przewoźniczka przeszła środkiem i nas odliczyła. Nawet nie
zatrzymała się przy rannym Kamilu. Kiedy miała już coś powiedzieć, wtedy nagle
gimbus zaczął się znowu trząść. Nie był to jednak silnik. Coś chodziło po
dachu. Wszyscy wyraźnie słyszeliśmy stukot i jakby szarpnięcie. Zobaczyliśmy
też jak coś co wyglądało jak macki, oplotło pojazd dookoła.
-Kurrrrrrrr…-
Ktoś za mną nie dokończył, bo nagle cały pojazd poderwał się do góry. Byliśmy
jak na karuzeli. Widocznie ten potwór (jak od razu zjawisko nazwałam w myślach)
podniósł nas i teraz trzymał nie wiedząc co zrobić. Nie na długo. Przechylił
nas przodem do dołu. Słyszałam jak Monika kazała wszystkim głębiej wcisnąć się
w fotele i czegoś trzymać. Dla przewodniczki stanowiło to kłopot, bo ona nie
siedziała. W ostatniej chwili wcisnęła się komuś na kolana i zaczęła wrzeszczeć
jak opętana. Nadal nie widzieliśmy co się dzieje na zewnątrz, bo mgła nie
chciała zniknąć.
Nagle usłyszałam jakiś szum. Odwróciłam głowę i spojrzałam za
siebie. Trzy dziewczyny próbowały utrzymać przeklinającego chłopaka, który
zwisał trzymając się oparcia. Widocznie był ciężki, bo one też nie szczędziły
słów. Koleś musiał siedzieć na środku tylnych siedzeń. W pewnym momencie rękaw
jego kurtki się rozpruł i chłopak poleciał w dół. Szybko jak tylko mogłam
wyciągnęłam się w poprzek przejścia. Miałam nadzieję, że go utrzymam. Niestety
przeleciał nade mną i mogłam tylko modlić się że go dosięgnę. Udało mi się. Był
cięższy niż myślałam. Teraz zwisał trzymany przeze mnie. A uratowało go to, że
przed moim siedzeniem była płyta odgradzająca od drugiego wyjścia i mogłam się na niej oprzeć. Powoli i z wysiłkiem wszedł gdzieś między siedzenia wspomagany
przez chłopców z pierwszej klasy.
To nie był koniec...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze motywują :)