poniedziałek, 30 marca 2015

19 Macki



Samochodem zatrzęsło. 
Mgła przykleiła się do szyb, pozostawiając po sobie zielone krople. Zasłaniała cały widok. Coś szarpnęło, zacharczało i huknęło. Silnik widocznie zgasł bo poczułam, że zwolniliśmy i w końcu zatrzymaliśmy się. Wszyscy szeptali i wiercili się. Na przedzie pani przewoźniczka rozmawiała z kierowcą. Wydawali się być bardzo zaniepokojeni. Odwróciłam się do tyłu. Oliwier nadal spał. Ten to potrafi! Dalej jacyś trzecioklasiści strasznie się szamotali. Zdjęłam słuchawki.
-Prze pani! No niech pani przyjdzie! To tu jest! No pani, no!- Maksym, mój daleki kuzyn starał się wrzeszczeć, ale przez lata wdychania dymu nikotynowego nie za bardzo mu to wychodziło. Do tego nikt nie zwracał na to uwagi. Ktoś przeklinał. Wtedy, kiedy zwróciłam się w jego stronę, to ujrzałam. Smużka mgły dostawała się do środka przez szczelinę w oknie. Ciągnęła się do najbliższego z chłopaków. Chyba miał na imię Kamil. Dziewczyny prosiły żeby stamtąd odszedł. Prosiły nawet jak przechodziły na siedzenia bliżej. Nie usłuchał i sięgnął do niej ręką, żeby ją odgonić. Zdziwił się kiedy poczuł ból od poparzenia, oj zdziwił! Ha! Idiota. Trzeba było uciekać. Tak najpierw pomyślałam. Trzeba coś z tym zrobić! Tak pomyślałem sekundę po tym. Przyjrzałam się szczelinie. Uszczelnienie okna było całe pokryte rdzą. Wystarczyło czymś to zatkać. Kamil zaczął krzyczeć. W szamotaninie zablokował się między siedzeniami i teraz tylko patrzył jak smużka pełzła dalej po rękawie. Rzuciłam okiem na to, co miałam. Basen! Sięgnęłam po reklamówkę z rzeczami na basen i wyciągnęłam ręcznik. Wyskoczyłam na przejście i dobiegłam do Kamila. Najpierw rozwiałam mgiełkę, a potem przyłożyłam ręcznik do szczeliny. Wepchnęłam go między obudowę od tylnego „parapetu” szczelnie zamykając dojście trujących oparów. Kamil trochę się uspokoił. Jeszcze bałam się puścić, więc tylko przekręciłam się i na niego spojrzałam. Dłoń trzymał mocno zaciśniętą przy klatce piersiowej.
-Nic ci nie jest?- Spytałam.
-Nie wiem. Boli mnie ręka.- Teraz stał już na przejściu szukając wzrokiem pomocy. Dlaczego nikt mu nie pomaga? Co za ludzie.
-Hej! Pulina! Tak, ty! No chodź. Trzeba mu pomóc, a ja muszę to trzymać.- O dziwo przyszła do Kamila. Najpierw go posadziła, a potem próbowała zobaczyć jego dłoń, ale za bardzo się brzydziła.
-Nie mogę. Przepraszam.- Zrobiła się strasznie czerwona. Nie dziwię się. Na szczęście koleżanki zaoferowały pomoc i też próbowały zobaczyć. Próbowały. W końcu zamieniłam się z Pauliną, a jej koleżanką poleciłam żeby znalazły taśmę klejącą i czymś to przykleiły. Sama podeszłam do chłopaka.
-Wyciągnij dłoń.- Kamil też był czerwony. Chyba jednak z bólu. Starał się odciągnąć dłoń od siebie, ale nie mógł.
-Spokojnie, spokojnie. Zamknij oczy. Nie. Poczekaj. Milena! Daj mi twoją chustkę. Ok. Teraz ci przewiążę oczy, a ty zrobisz wszystko co powiem.- Najpierw zawołam do tych na przedzie  po apteczkę. Nauczycielki przewodniczki nie mogli oderwać od rozmowy z kierowcą. Inni chcieli pomóc. Zaraz kazałam im sprawdzić czy wszystko jest w miarę szczelne, a jak nie, to zatamować dopływ. Minęło jakieś pięć minut zanim opatrzyłam Kamilowi dłoń i zorganizowałam resztę. „Dowodzenie” oddałam naszej koleżance przewodniczącej komitetu uczniowskiego, bo ona byłam najbardziej odpowiedzialna z nas wszystkich. Po prostu kazała wszystkim zająć normalne miejsca, poszła do przewodniczki, ale szybko wróciła.
-Co jest?
-Nic nie chcą powiedzieć i nawet wydarli się, że im przeszkadzam, a my mamy siedzieć i nic nie robić.
-O czym gadają?
-Nie wiem. Chyba już po kogoś zadzwonili.- Nic więcej nie wiedziałam, po za tym, co powiedziała Monika (ta dowódczyni). Czekaliśmy. Minęła jakaś minuta, może mniej, a pani przewoźniczka przeszła środkiem i nas odliczyła. Nawet nie zatrzymała się przy rannym Kamilu. Kiedy miała już coś powiedzieć, wtedy nagle gimbus zaczął się znowu trząść. Nie był to jednak silnik. Coś chodziło po dachu. Wszyscy wyraźnie słyszeliśmy stukot i jakby szarpnięcie. Zobaczyliśmy też jak coś co wyglądało jak macki, oplotło pojazd dookoła.
-Kurrrrrrrr…- Ktoś za mną nie dokończył, bo nagle cały pojazd poderwał się do góry. Byliśmy jak na karuzeli. Widocznie ten potwór (jak od razu zjawisko nazwałam w myślach) podniósł nas i teraz trzymał nie wiedząc co zrobić. Nie na długo. Przechylił nas przodem do dołu. Słyszałam jak Monika kazała wszystkim głębiej wcisnąć się w fotele i czegoś trzymać. Dla przewodniczki stanowiło to kłopot, bo ona nie siedziała. W ostatniej chwili wcisnęła się komuś na kolana i zaczęła wrzeszczeć jak opętana. Nadal nie widzieliśmy co się dzieje na zewnątrz, bo mgła nie chciała zniknąć. 

Nagle usłyszałam jakiś szum. Odwróciłam głowę i spojrzałam za siebie. Trzy dziewczyny próbowały utrzymać przeklinającego chłopaka, który zwisał trzymając się oparcia. Widocznie był ciężki, bo one też nie szczędziły słów. Koleś musiał siedzieć na środku tylnych siedzeń. W pewnym momencie rękaw jego kurtki się rozpruł i chłopak poleciał w dół. Szybko jak tylko mogłam wyciągnęłam się w poprzek przejścia. Miałam nadzieję, że go utrzymam. Niestety przeleciał nade mną i mogłam tylko modlić się że go dosięgnę. Udało mi się. Był cięższy niż myślałam. Teraz zwisał trzymany przeze mnie. A uratowało go to, że przed moim siedzeniem była płyta odgradzająca od drugiego wyjścia i mogłam się na niej oprzeć. Powoli i z wysiłkiem wszedł gdzieś między siedzenia wspomagany przez chłopców z pierwszej klasy. 
To nie był koniec...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze motywują :)