Macki, które
nas oplatały były okropne.
Po bliższej obserwacji można było zobaczyć jak
cieknie z nich śluz. Przyglądając się jednaj z takich macek usłyszałam jak Ania
rozmawiała z Mileną, z którą siedziała.
-Nie chcę
umierać! On chce ze mną iść na randkę, a ja nawet nie mam co włożyć. Dlaczego
to musi być akurat dzisiaj? Zawsze tak jest. Nigdy nic mi nie wychodzi. To
przez to, że jestem taka…- I tu słuchać skończyłam. Ania dodała mi bowiem
ochoty do walki i pomyślałam, że lepszej okazji nie będzie. Przeciągnęłam się i
zabrałam do roboty. Najpierw wyjęłam okularki pływackie i mniejszy ręcznik, z
reklamówki na basen. Potem dosięgłam plecaka i wody. Zmoczyłam czapkę i chustę
i szczelnie na siebie włożyłam. Musiałam poświęcić też skórzane rękawiczki bez
palców. Pewnie już wiecie, co zamierzałam zrobić. Chciałam wyjść na zewnątrz.
Wspięłam się więc między siedzeniami do góry. Z tyłu, okno ze szczeliną można
było otworzyć. Pchnęłam mocno ale nie chciało się otworzyć. Nagle cały gimbus
zaczął trzeszczeć. Macki na zewnątrz strasznie się naprężyły. Zaczęły nas
zgniatać. Myśl, że za chwilę zostanę sardynką w puszce pomogła mi wreszcie
wydostać się na zewnątrz. Miałam jakieś pół minuty zanim mgła dojdzie do
reszty, a mnie zacznie piec. Wyskoczyłam na zewnątrz i stanęłam gapiąc się na…
to coś. Widzieliście kiedyś ośmiornicę? A sowę? Pewnie tak. To teraz to
połączcie w jedno i wyjdzie to, co zobaczyłam. Okropieństwo!
Zaraz jak
mnie zobaczyło, to zbliżyło do mnie ten swój wielki dziobaty łeb. Wywąchało we
mnie człowieka i rzuciło się na mnie z mackami (w prawdzie tylko jedną i dość
krótką, ale jednak!). Uskoczyłam przed ciosem. Mój brązowy płaszcz musiał wtedy
nieźle wyglądać! Nie zastanawiałam się nad tym, bo właśnie nadarzyła się
świetna okazja. Sowiośmica (tak nazwałam potwora) uderzyła dziobem o centymetr
ode mnie i teraz nie mogła go wyjąć spomiędzy blachy. Zrobiłam bardzo heroiczną
rzecz. Z całej siły kopnęłam ją w oko. Kiedy to zrobiłam, to ona nagle
wypuściła pojazd i szarpnęła do tyłu zostawiając strzępki dzioba pomiędzy
blachą. Ja natomiast poleciałam w dół na łeb na szyję. Przez mgłę nie widziałam
co się dzieje. Zrozumiałam dopiero jak wpadłam do środka nimbusa przez szyberdach.
Potwór musiał trzymać nasz pojazd dość nisko, bo i ja i pasażerowie za bardzo
się nie poobijaliśmy. Mgła opadła, a raczej skropliła się i pozostawiła na
wszystkich zielone kropelki. Nie były jednak trujące i nie piekły, więc nie było
to nic strasznego. Moje ręce wyglądały gorzej niż te Kamila. Miałam też szramę
na szyi i pod okiem. Dzięki okularkom nadal widziałam. Przez zmoczone ubranie
było mi zimno. Obiłam też sobie nieźle plecy i żebra. Bardziej współczuję
gimbusowi. Oprócz zniszczonego okna (jak się okazało tylnego nie można było
otwierać, bo nie było do tego stworzone), dziur w dachu, wyłamanego szyberdachu
i zipiejącego silnika, był jeszcze smród, zielonej cieczy. Pomimo wszystko
dojechaliśmy do szkoły spóźnieni tylko pięć minut. Wspaniały początek dnia.
[Jest
jeszcze jedna rzecz. Podczas całej akcji bohaterskiej z mojej strony nikt nic
nie zrobił. Po niej, nikt nic nie powiedział. Nikt nawet nie wspomniał, że to
byłam ja! Zachowanie ludzi jest naprawdę dziwne. Tak jakby mieli wbudowane
zabezpieczenie, które każe ci brać dziwne rzeczy za normalne, a te prawdziwie
dziwne po prostu zapominać. Czułam się po tym źle. Uratowałam ich, a oni
jeszcze tego dnia kazali mi zamknąć gębę, bo za głośno gadam. Dlaczego? Czy ja
też czasami tak się zachowuję?]
Doprawdy
wspaniały.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze motywują :)