wtorek, 31 marca 2015

20 Zielone kropelki



Macki, które nas oplatały były okropne. 
Po bliższej obserwacji można było zobaczyć jak cieknie z nich śluz. Przyglądając się jednaj z takich macek usłyszałam jak Ania rozmawiała z Mileną, z którą siedziała.
-Nie chcę umierać! On chce ze mną iść na randkę, a ja nawet nie mam co włożyć. Dlaczego to musi być akurat dzisiaj? Zawsze tak jest. Nigdy nic mi nie wychodzi. To przez to, że jestem taka…- I tu słuchać skończyłam. Ania dodała mi bowiem ochoty do walki i pomyślałam, że lepszej okazji nie będzie. Przeciągnęłam się i zabrałam do roboty. Najpierw wyjęłam okularki pływackie i mniejszy ręcznik, z reklamówki na basen. Potem dosięgłam plecaka i wody. Zmoczyłam czapkę i chustę i szczelnie na siebie włożyłam. Musiałam poświęcić też skórzane rękawiczki bez palców. Pewnie już wiecie, co zamierzałam zrobić. Chciałam wyjść na zewnątrz. Wspięłam się więc między siedzeniami do góry. Z tyłu, okno ze szczeliną można było otworzyć. Pchnęłam mocno ale nie chciało się otworzyć. Nagle cały gimbus zaczął trzeszczeć. Macki na zewnątrz strasznie się naprężyły. Zaczęły nas zgniatać. Myśl, że za chwilę zostanę sardynką w puszce pomogła mi wreszcie wydostać się na zewnątrz. Miałam jakieś pół minuty zanim mgła dojdzie do reszty, a mnie zacznie piec. Wyskoczyłam na zewnątrz i stanęłam gapiąc się na… to coś. Widzieliście kiedyś ośmiornicę? A sowę? Pewnie tak. To teraz to połączcie w jedno i wyjdzie to, co zobaczyłam. Okropieństwo!
Zaraz jak mnie zobaczyło, to zbliżyło do mnie ten swój wielki dziobaty łeb. Wywąchało we mnie człowieka i rzuciło się na mnie z mackami (w prawdzie tylko jedną i dość krótką, ale jednak!). Uskoczyłam przed ciosem. Mój brązowy płaszcz musiał wtedy nieźle wyglądać! Nie zastanawiałam się nad tym, bo właśnie nadarzyła się świetna okazja. Sowiośmica (tak nazwałam potwora) uderzyła dziobem o centymetr ode mnie i teraz nie mogła go wyjąć spomiędzy blachy. Zrobiłam bardzo heroiczną rzecz. Z całej siły kopnęłam ją w oko. Kiedy to zrobiłam, to ona nagle wypuściła pojazd i szarpnęła do tyłu zostawiając strzępki dzioba pomiędzy blachą. Ja natomiast poleciałam w dół na łeb na szyję. Przez mgłę nie widziałam co się dzieje. Zrozumiałam dopiero jak wpadłam do środka nimbusa przez szyberdach. Potwór musiał trzymać nasz pojazd dość nisko, bo i ja i pasażerowie za bardzo się nie poobijaliśmy. Mgła opadła, a raczej skropliła się i pozostawiła na wszystkich zielone kropelki. Nie były jednak trujące i nie piekły, więc nie było to nic strasznego. Moje ręce wyglądały gorzej niż te Kamila. Miałam też szramę na szyi i pod okiem. Dzięki okularkom nadal widziałam. Przez zmoczone ubranie było mi zimno. Obiłam też sobie nieźle plecy i żebra. Bardziej współczuję gimbusowi. Oprócz zniszczonego okna (jak się okazało tylnego nie można było otwierać, bo nie było do tego stworzone), dziur w dachu, wyłamanego szyberdachu i zipiejącego silnika, był jeszcze smród, zielonej cieczy. Pomimo wszystko dojechaliśmy do szkoły spóźnieni tylko pięć minut. Wspaniały początek dnia.

[Jest jeszcze jedna rzecz. Podczas całej akcji bohaterskiej z mojej strony nikt nic nie zrobił. Po niej, nikt nic nie powiedział. Nikt nawet nie wspomniał, że to byłam ja! Zachowanie ludzi jest naprawdę dziwne. Tak jakby mieli wbudowane zabezpieczenie, które każe ci brać dziwne rzeczy za normalne, a te prawdziwie dziwne po prostu zapominać. Czułam się po tym źle. Uratowałam ich, a oni jeszcze tego dnia kazali mi zamknąć gębę, bo za głośno gadam. Dlaczego? Czy ja też czasami tak się zachowuję?]

Doprawdy wspaniały.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze motywują :)