poniedziałek, 23 marca 2015

13. Czarna maszyna



Kim ona jest? Co ona robi?
 Czułam się, jakbym „zabiła” ją jeszcze wczoraj. Ta rzecz, która chciał zabić wszystkich dookoła, z uwzględnieniem mojej osoby właśnie uśmiechnęła się do mnie, powiedziała dzień dobry i usiadła czekając chyba na nauczycielkę.
-Cz.. cześć Nika… Jak tam u ciebie?- Zachowanie spokoju było dla mnie równe trudne, jak nie wybuchnięcie wrzaskiem. Od tamtej pory widziałam ją pierwszy raz.
-Dobrze. Fajnie że pytasz.- I znowu ten uśmiech.
-Aa.. co tu robisz? Znaczy, na zajęciach wyrównawczych?
-Mam kwitek od pani dyrektor. Słyszałam, że teraz będziesz nadrabiać. Ta sprawa z wypadkiem, to naprawdę straszne.
-Acha. Nie widziałam cię dzisiaj w ogóle w szkole. Cieszę się, że chodzisz z nowym.
-Kochamy się, wiesz? On jest taki cudowny! Przepraszam, że mnie nie widziałaś. Przeniosłam się z nim do równoległej klasy. Teraz mamy fajniej.
-Dlaczego?
-Słucham?- Czy ona była głucha? No cóż. W końcu mocno oberwała…
-Dlaczego się przeniosłaś?
-Widzę, że masz coś dla mnie.- Pani Angelo chyba dopiero teraz ją zauważyła.
-Tak. Proszę, to od Pani dyrektor. Do widzenia.- I już jej nie było. Wyszła równo z dzwonkiem.
-Ok. To do zobaczenia w czwartek. Jak możesz, to przynieś jakiś blok i kredki. Było mi miło z tobą pracować.
-Mnie także.- Nie skłamałam.
Na korytarzu widziałam jeszcze odchodzącą Nikę. Nie chciało mi się za nią iść. Widocznie teraz trzeba ją „wypakować” z naszej paczki. No trudno. W sumie nie moja wina. Ktoś nagle mnie potrącił.
-Ej. Uważaj jak stoisz.- Co za cham. Do tego mnie prychnął.
-A ty jak leziesz, Surykatka.
-Coś ty powiedziała?- Sama nie wiem czemu, to powiedziałam. Jakoś tak… nie ważne. Na głowie teraz miałam jeszcze tego pacana.
-A idź. To ty na mnie wpadłeś.- Gdyby chciał mnie uderzyć, to z plecakiem nie miałbym jak się bronić. W pobliżu nie było też nikogo do pomocy. Sami nieznani znajomi ze szkoły.
-Co ty mówisz? Do mnie? Do mnie?
-A ty do niej? Do niej?- Za moimi plecami nagle stanęli Dominik i Szczebotka. Surykatka widocznie zniechęcił się do rozmowy, bo tyłem wycofał się na schody.
-Cześć, chłopaki.- uśmiechnęłam się do nich.
-Julka.- powiedzieli i odeszli. Chyba mnie lubią. Chyba. Po normalnych nudnych lekcjach wróciłam do domu. Nie miałam ochoty rozmawiać, ani słuchać za głośno puszczanego rapu, więc nałożyłam słuchawki na uszy i gapiłam się w okno. Zwykle tak robię. Dzięki temu czuję się wolna, bo wyobrażam sobie, jak przemieniam się w dzikiego dużego kota i biegnę pomiędzy drzewami. Ach. Jakbym chciał być drapieżnikiem, łowcą, wojownikiem. Niestety. Jedni są do walczenia, a inni do marzenia o tym. Moja puma biegła przez las. Jej silne łapy nie szeleściły i nie wzburzały liści. Wytrwale dążyła do zrównania się ze mną. Wyprężyła grzbiet i przeskoczyła przez konar. Odbiła się od kolejnego drzewa i teraz była blisko mnie. Biegła skrajem, zaraz przy asfalcie. Widziałam każdy drobny szczegół. Napięcie mięśni, falowanie futra. W pewnym momencie uwierzyłam, że była prawdziwa. Patrzyłam, śledząc każdy jej ruch. Czułam, że nie podlega już mojej woli. Puma odwróciła się w moją stronę. Widziała mnie. Jej niebieskie oczy były niczym morska toń. Uśmiechała się do mnie. Odwzajemniłam to. Nagle jednak zaczęła zwalniać, aż w końcu została w tyle. Próbowałam jeszcze ją zobaczyć, ale… ale przecież to była tylko moja wyobraźnia. Dojechaliśmy do mojego przystanku. Wychodząc pożegnałam się ze wszystkimi i ruszyłam chodnikiem razem z Konradem.
-Ta nasza wychowawczyni to taka…
-.. flądra. Wiem. Też jej nie lubię. Ostatnio zrobiła nam sprawdzian jak w klasie było siedem osób, bo reszta pojechała na wycieczkę.- Konrad rozumiał o co chodzi.
-Nie chce nam zrobić dwudniowej wycieczki, bo twierdzi, że i tak nikt nie pojedzie.
-Jak w podstawówce normalnie!- Zaczęliśmy się śmiać. Doszliśmy do części chodnika naprzeciwko mojego domu.
-To ja idę. Cześć.- pomachał mi na pożegnanie. Ja też miałam to zrobić, ale zauważyłam coś niezwykłego. Na końcu ulicy stała puma. Patrzyła się na mnie. Kiedy jednak mrugnęłam, jej tam już nie było. No dobra. To była tylko plamka w polu widzenia. To nic takiego. Z nowym, acz szybko ulatniającym się zmartwieniem weszłam na ulicę, aby przejść na drugą stronę i do domu. Po drugim, powolnym i zmęczonym kroku usłyszałam ryk silnika. Odwróciłam głowę w momencie, kiedy z zakrętu wyjechał czarny motor. Ej! Dlaczego one zawsze muszą być czarne? No nie ważne. W każdym razie teraz znajdowałam się w niebezpiecznej sytuacji. Motor bowiem pędził z ogromną prędkością prosto w moje rozpędzone chodem ciało. Nie mogłam się teraz ani zatrzymać, ani cofnąć. Zamiast tego zdałam się na siłę mojego skoku, hamulce motorzysty i dobrą wolę Boga. Nie przeliczyłam się. Maszyna śmignęła dosłownie centymetr za mną. Jeszcze trochę, a pewnie by mnie zmiotła. Zamiast tego, to ja zamiotłam kurz z podjazdu. I to własną kurtką! Głupek nawet się nie zatrzymał, żeby sprawdzić co ze mną. Przecież to była jego wina! Ja tylko chciałam przejść przez ulicę, a on docisnął gaz na jakieś 180/h i prawie mnie przejechał. Do domu weszłam oburzona do granic. Babcia, zamiast zobaczyć co się stało, tym razem postanowiła nie śledzić dziejów świata za kuchennym oknem i zająć się nalewaniem dla mnie zupy. W prawdzie uwielbiam ogórkową, ale przecież mogłaby przynajmniej przyznać mi rację, a ona nawet mnie pokrzyczała, że nie oglądam się jak przełażę przez drogę. Jak już zjadłam, to poszłam na górę. Musiałam wrzucić moje ubranko do prania. Pomstuję dogłębnie tego motorzystę. Jak już wyżaliłam się w poduszkę, to włączyłam komputer. Weszłam na FB dowiedzieć się o co chodzi. Niepotrzebnie. Zaraz i tak zadzwonił mój telefon. Nie zgadniecie kto się pofatygował wstukując mój numer!
Zresztą, próbujcie. ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze motywują :)