Kim ona
jest? Co ona robi?
Czułam się, jakbym „zabiła” ją jeszcze
wczoraj. Ta rzecz, która chciał zabić wszystkich dookoła, z uwzględnieniem
mojej osoby właśnie uśmiechnęła się do mnie, powiedziała dzień dobry i usiadła
czekając chyba na nauczycielkę.
-Cz.. cześć
Nika… Jak tam u ciebie?- Zachowanie spokoju było dla mnie równe trudne, jak nie
wybuchnięcie wrzaskiem. Od tamtej pory widziałam ją pierwszy raz.
-Dobrze.
Fajnie że pytasz.- I znowu ten uśmiech.
-Aa.. co tu
robisz? Znaczy, na zajęciach wyrównawczych?
-Mam kwitek
od pani dyrektor. Słyszałam, że teraz będziesz nadrabiać. Ta sprawa z
wypadkiem, to naprawdę straszne.
-Acha. Nie
widziałam cię dzisiaj w ogóle w szkole. Cieszę się, że chodzisz z nowym.
-Kochamy
się, wiesz? On jest taki cudowny! Przepraszam, że mnie nie widziałaś. Przeniosłam
się z nim do równoległej klasy. Teraz mamy fajniej.
-Dlaczego?
-Słucham?-
Czy ona była głucha? No cóż. W końcu mocno oberwała…
-Dlaczego
się przeniosłaś?
-Widzę, że
masz coś dla mnie.- Pani Angelo chyba dopiero teraz ją zauważyła.
-Tak.
Proszę, to od Pani dyrektor. Do widzenia.- I już jej nie było. Wyszła równo z
dzwonkiem.
-Ok. To do
zobaczenia w czwartek. Jak możesz, to przynieś jakiś blok i kredki. Było mi
miło z tobą pracować.
-Mnie
także.- Nie skłamałam.
Na korytarzu
widziałam jeszcze odchodzącą Nikę. Nie chciało mi się za nią iść. Widocznie
teraz trzeba ją „wypakować” z naszej paczki. No trudno. W sumie nie moja wina.
Ktoś nagle mnie potrącił.
-Ej. Uważaj
jak stoisz.- Co za cham. Do tego mnie prychnął.
-A ty jak
leziesz, Surykatka.
-Coś ty
powiedziała?- Sama nie wiem czemu, to powiedziałam. Jakoś tak… nie ważne. Na
głowie teraz miałam jeszcze tego pacana.
-A idź. To
ty na mnie wpadłeś.- Gdyby chciał mnie uderzyć, to z plecakiem nie miałbym jak
się bronić. W pobliżu nie było też nikogo do pomocy. Sami nieznani znajomi ze
szkoły.
-Co ty
mówisz? Do mnie? Do mnie?
-A ty do
niej? Do niej?- Za moimi plecami nagle stanęli Dominik i Szczebotka. Surykatka
widocznie zniechęcił się do rozmowy, bo tyłem wycofał się na schody.
-Cześć,
chłopaki.- uśmiechnęłam się do nich.
-Julka.-
powiedzieli i odeszli. Chyba mnie lubią. Chyba. Po normalnych nudnych lekcjach
wróciłam do domu. Nie miałam ochoty rozmawiać, ani słuchać za głośno
puszczanego rapu, więc nałożyłam słuchawki na uszy i gapiłam się w okno. Zwykle
tak robię. Dzięki temu czuję się wolna, bo wyobrażam sobie, jak przemieniam się
w dzikiego dużego kota i biegnę pomiędzy drzewami. Ach. Jakbym chciał być
drapieżnikiem, łowcą, wojownikiem. Niestety. Jedni są do walczenia, a inni do
marzenia o tym. Moja puma biegła przez las. Jej silne łapy nie szeleściły i nie
wzburzały liści. Wytrwale dążyła do zrównania się ze mną. Wyprężyła grzbiet i
przeskoczyła przez konar. Odbiła się od kolejnego drzewa i teraz była blisko
mnie. Biegła skrajem, zaraz przy asfalcie. Widziałam każdy drobny szczegół.
Napięcie mięśni, falowanie futra. W pewnym momencie uwierzyłam, że była
prawdziwa. Patrzyłam, śledząc każdy jej ruch. Czułam, że nie podlega już mojej
woli. Puma odwróciła się w moją stronę. Widziała mnie. Jej niebieskie oczy były
niczym morska toń. Uśmiechała się do mnie. Odwzajemniłam to. Nagle jednak
zaczęła zwalniać, aż w końcu została w tyle. Próbowałam jeszcze ją zobaczyć,
ale… ale przecież to była tylko moja wyobraźnia. Dojechaliśmy do mojego
przystanku. Wychodząc pożegnałam się ze wszystkimi i ruszyłam chodnikiem razem
z Konradem.
-Ta nasza
wychowawczyni to taka…
-.. flądra.
Wiem. Też jej nie lubię. Ostatnio zrobiła nam sprawdzian jak w klasie było
siedem osób, bo reszta pojechała na wycieczkę.- Konrad rozumiał o co chodzi.
-Nie chce
nam zrobić dwudniowej wycieczki, bo twierdzi, że i tak nikt nie pojedzie.
-Jak w
podstawówce normalnie!- Zaczęliśmy się śmiać. Doszliśmy do części chodnika
naprzeciwko mojego domu.
-To ja idę.
Cześć.- pomachał mi na pożegnanie. Ja też miałam to zrobić, ale zauważyłam coś
niezwykłego. Na końcu ulicy stała puma. Patrzyła się na mnie. Kiedy jednak mrugnęłam,
jej tam już nie było. No dobra. To była tylko plamka w polu widzenia. To nic
takiego. Z nowym, acz szybko ulatniającym się zmartwieniem weszłam na ulicę,
aby przejść na drugą stronę i do domu. Po drugim, powolnym i zmęczonym kroku
usłyszałam ryk silnika. Odwróciłam głowę w momencie, kiedy z zakrętu wyjechał
czarny motor. Ej! Dlaczego one zawsze muszą być czarne? No nie ważne. W każdym
razie teraz znajdowałam się w niebezpiecznej sytuacji. Motor bowiem pędził z
ogromną prędkością prosto w moje rozpędzone chodem ciało. Nie mogłam się teraz
ani zatrzymać, ani cofnąć. Zamiast tego zdałam się na siłę mojego skoku,
hamulce motorzysty i dobrą wolę Boga. Nie przeliczyłam się. Maszyna śmignęła
dosłownie centymetr za mną. Jeszcze trochę, a pewnie by mnie zmiotła. Zamiast
tego, to ja zamiotłam kurz z podjazdu. I to własną kurtką! Głupek nawet się nie
zatrzymał, żeby sprawdzić co ze mną. Przecież to była jego wina! Ja tylko
chciałam przejść przez ulicę, a on docisnął gaz na jakieś 180/h i prawie mnie
przejechał. Do domu weszłam oburzona do granic. Babcia, zamiast zobaczyć co się
stało, tym razem postanowiła nie śledzić dziejów świata za kuchennym oknem i
zająć się nalewaniem dla mnie zupy. W prawdzie uwielbiam ogórkową, ale przecież
mogłaby przynajmniej przyznać mi rację, a ona nawet mnie pokrzyczała, że nie oglądam
się jak przełażę przez drogę. Jak już zjadłam, to poszłam na górę. Musiałam
wrzucić moje ubranko do prania. Pomstuję dogłębnie tego motorzystę. Jak już
wyżaliłam się w poduszkę, to włączyłam komputer. Weszłam na FB dowiedzieć się o
co chodzi. Niepotrzebnie. Zaraz i tak zadzwonił mój telefon. Nie zgadniecie kto
się pofatygował wstukując mój numer!
Zresztą,
próbujcie. ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze motywują :)