Humor miałam
dobry.
Jakoś tak nie
potrafiłam się smucić, ani spoważnieć, bo przed chwilą uratowaliśmy normaliów!
Co za dzień! A do tego nie ma się skończyć. Naciągnęłam szelki i dopięłam
spadochron.
-Jak
będziesz skakać, to pamiętaj… Czy ty się uśmiechasz?- Żeby odpowiedzieć najemnikowi
musiałam zdjąć maskę.
-Tak. A co?
-Nic. Nie
wiedziałem, że potrafisz, słonko. Radziłbym ci jednak zachować to uczucie na
później. Teraz potrzebna mi jest morderczyni, a nie gimnazjalistka.
-Nie jestem
morderczynią, ale jeśli nie przestaniesz wołać mnie od gwiazd, to zostaniesz
moją pierwszą ofiarą.- Powiedziałam lekko i uśmiechnęłam się do niego.
Odwzajemnił uśmiech. Miałam tylko chwilkę wolności od wszystkiego. Od myśli
też. Musiałam się jakoś tym nacieszyć. Pewnie wiecie o czym pomyślałam. O
pocałunku. Pomyślałam, jak fajnie byłoby go pocałować. Byłoby to bardzo
romantyczne i urocze, prawda?
Już prawie
zaczęłam przybliżać się do niego, kiedy coś się we mnie odezwało.
-Nie rób
tego, Julka. To idiotyczne.
Od razu
wiedziałam kto to. To był On, mój kumpel z wyobraźni. Jeśli teraz nagle się
odezwał, to mogło to jedynie oznaczać, że coś było na myśli. Skarciłam się, że
to właśnie on musiał mną potrząsnąć, ale założyłam maskę z powrotem i skupiłam
wzrok na drzwiach. Zaraz będziemy skakać.
Jak to mówił
Lex? Czerwona wajcha, tak? No dobra. Raz się żyje, nie?
Kiedy
zapaliła się zielona lampka Lex popchnął mnie w stronę włazu. Wyskoczyłam z
adrenalinowym uśmiechem na ustach. Zawsze chciałam skakać ze spadochronem. Co
dopiero na motorze!
Aaa.
Musiałam to pominąć, ale wiecie, Lex wziął mój plan całkowicie na serio. Do
motoru przypiął duży spadochron, a do mnie mniejszy i razem nas jakoś powiązał.
Sam wyskoczył tuz za nami żeby koordynować nasz lot. A wylądować mieliśmy
dokładnie na środku placu przed główną rezydencją You-kona. Ot, jakie buty!
Leciało mi się dość przyjemnie. Z góry dokładnie widziałam całą posiadłość.
Okolona lasem, ukryta między wzgórzami, stanowiła trudno dostępną twierdzę. No,
nie do końca. Była zbiorem mniejszych i większych budynków ułożonych okręgiem
do środka placu. Dało się rozróżnić trzy hangary, parę prawie zwykłych
domeczków, stalową konstrukcję i nasz cel, czteropiętrowy, szklany budynek w
kształcie rogala. To właśnie przed nim mieliśmy wylądować.
Otworzyliśmy
spadochrony. Jakieś dwieście metrów przed spotkaniem z ziemią Lex zaczął
rozrzucać dookoła swoje zabawki. Mówiąc zabawki mam na myśli bomby oczywiście.
Albo granaty? I te i te wybuchają, więc nazewnictwo chyba nie robi wam różnicy?
Wreszcie
dotarliśmy do podłoża. Lex od razu odczepił nam spadochrony i wskoczył na
motor. Odpaliłam silnik. Usłyszeliśmy huk i powrzaskiwania. Ludzie You-kona już
zorientowali się, że nie jesteśmy ich przesyłką. Puściłam hamulce i wjechałam
prosto w szklane drzwi rozbijając je w drobny mak.
-Die!-
Słyszałam nad głową. Lex dał ognia z obydwu karabinów. Ludzie padali na ziemię.
Niestety
korytarz szubko się skończył. Jak przewidywałam windą. Obróciłam pojazd i
wjechałam tyłem do środka. Najemnik zeskoczył i nacisnął przycisk.
-Ale jazda,
nie, słonko?- Szturchnął mnie w ramię. Nie miałam ochoty odpowiadać więc
skupiłam się na tabliczce z przyciskami. Zielone, niebieskie i pomarańczowe.
Numeracja od trzech do minus dwunastu, a pod spodem tabliczka z logo jakiejś
firmy. „Ernkreksol” pewnie zgarnęli parę kulek za wykonanie takiego szajsu, bo
znaczek mieli przeohydny. Jakieś kółka i gwiazdki w ogóle nie pasujące do reszty. Chwila… Przypomniał mi się
kreskówka o pingwinach i ich tajna winda. Nacisnęłam na próbę znaczek. Panel
zamigotał czerwonym światłem. Eureka! O to gdzie powinniśmy szukać szefa bandy.
-Dobrze, że
jesteś Sherlockiem, bo inaczej nigdy byśmy go nie znaleźli, słonko.- W głosie
Lexa pobrzmiewała nuta irytacji. Czyżby już do niego dotarło, że zwykła
piętnastolatka jest na równi z nim…
Winda
zjeżdżała w dół bardzo długo. Bardzo. Musieliśmy wliczyć zatrzymanie na każdym
z pięter. No wiecie, ochroniarze próbowali nas zlikwidować, i takie tam. Nie
pomyśleli o odcięciu zasilania w windzie. Ha ha ha. Powiedziałam w myślach i
winda nagle się zatrzymała z piskiem. A trzeba było wywoływać wilka z lasu? No
trzeba było?! Całe szczęście w połowie pietra, na którym mieliśmy wysiąść.
Doprawdy nieogarnięci ludzie pracują w tych gangach. Nieogarnięci, mówię!
Ech. Motor
trzeba było niestety zostawić. Szybko się z nim pożegnałam i wyskoczyłam na
zewnątrz. Najemnik zdążył załatwić komitet powitalny i właśnie zbierał broń z
podłogi kiedy nad nami zabrzęczały głośniki i włączył się alarm.
-No
wreszcie!- Lex wydawał się być ucieszony tym faktem- Tylko pamiętaj, słonko.
Trzymaj fason.
I już go nie
było. Mój towarzysz zniknął w morderczym szale destrukcji gangu, a mnie
zostawił samą. I co ja miałam teraz niby robić? Trzymaj fason. Co to miało
znaczyć? Chciałam za nim pobiec, ale usłyszałam huk z przodu i tupot wojskowych
butów. Wybrałam pierwsze możliwe drzwi.
Ty był dobry
wybór.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze motywują :)