czwartek, 21 maja 2015

59 Wybacz



[No więc… Ten… Co ja miałam powiedzieć? Aaa. Przeprosić was. To słuchajcie uważnie, bo to się często nie zdarza. Przepraszam, ale muszę przerzucić na narrację na trzecioosobową. Cieszcie się, bo ja to bym pewnie coś ominęła ;)]


Dziewczyna zatrzasnęła za sobą drzwi. Pokój, do którego weszła był składzikiem na miotły. Nie takim zwykłym, tylko gangsterskim, a te gangsterskie składziki na miotły mają coś tak fajnego, jak szafki z bronią.
-Ha! Idioci nawet nie zamknęli.- Wyciągnęła ze środka trzy karabiny. Jeden włożyła na plecy, drugi przewiesiła na ramię, a trzeci odbezpieczyła. Nie miała innego wyboru jak tylko ruszyć za Lexem, a tam roiło się pełno „tych złych”. Przyłożyła ucho do drzwi. Nie słyszała, żeby ktoś był na korytarzu, więc wyszła na zewnątrz. Białe ściany niemile kojarzyły jej się ze szpitalem. Wystrzały były ledwo słyszalne. Zatrzymała się przed skrzyżowaniem korytarzy. Wybrała ten po prawej. Podłoga minimalnie opadała w dół, ale i tak z każdym krokiem robiło jej się coraz zimniej. Ponowne rozwidlenie. W prawym korytarzu zarejestrowała ruch. Przylgnęła do ściany i wychyliła się, żeby zobaczyć. W jej stronę biegło dwóch, ubranych w pomarańczowe kamizelki żołnierzy gangu. Skręciła w lewą odnogę. Zbiegła po schodach i przy ich końcu się zatrzymała. Tamci pewnie pobiegli prosto, bo nikt jej nie gonił. Teraz zaczynało się robić naprawdę chłodno. Do wyboru miała trzy pary przeszklonych drzwi. Podeszła do pierwszych. Pufnęły i rozsunęły się na boki. Weszła do małego korytarzyku całego w kolorze pomarańczowym. Przeszła go szybko przechodząc przez kolejne drzwi. Znajdowała się w półokrągłym pomieszczeniu wyłożonym z każdej strony betonem. Na ścianach były żółte pasy, a na podłodze strzałki. Poszła prowadzona pierwszą z nich. Po czternastu krokach doszła do kolejnych  szklanych drzwi. Za nimi jednak widać było, że coś się ruszało. Rozglądnęła się i podeszła bliżej. Zaraz na brzegu była tabliczka z jakimiś cyframi. Po środku mlecznej tafli był przezroczysty kawałek. Dziewczyna przyłożyła do niego twarz. Nie widziała dokładnie, ale to coś w środku wyglądało jak zniekształcona małpa. Jak taka zabawka potwora. Nagle figura poruszył się. Julia odskoczyła jak oparzona. Kształt zbliżył się od drugiej strony do szyby. Postać wyostrzyła się i okazała być zniekształconym człowiekiem. Julka zaklęła w duchu siarczyście. Zaczęła domyślać się co to takiego. I nagle usłyszała kroki. Ktoś szedł w jej stronę. Może nawet więcej cosiów. Spojrzała jeszcze raz na monstrum. „Zabij mnie”- odczytała z warg dawnego człowieka. Jego oczy były koloru zieleni. Takie piękne. Jak oczy Niki… Nagle przypomniała sobie dziewczyny z samolotu, porwanie przyjaciółki, słowa Wielkich Wilków, akcję w kościele.
-Oni używają Demonizatora…- Prawda uderzyła ją z mocą patelni w rękach właściwej kobiety. To były ofiary. Ofiary You-kona. A ci ludzie, byli jego ludźmi. You-kon jest zły, a więc jego ludzie są źli. Jeśli czegoś nie zrobi, jeśli nie zniszczy gangu, to takich ofiar będzie więcej i więcej. I chociażby miała poświęcić siebie, to musi uratować innych. Chyba, że zaraz zginie.
Wiedziała, co musiała zrobić.
-Wybacz.- Westchnęła w duchu i wyskoczyła na środek przejścia.
-Co jest?!- Mężczyźni byli naukowcami w pomarańczowych kitlach.
-Ręce do góry!- Wrzasnęła na całe gardło celując do nich z karabinu. Maska wcale nie przeszkodziła jej w mówieniu, a nawet pomogła, bo jej głos był jakby donośniejszy. Mężczyźni chcieli uciec ale kiedy tylko zarejestrowali w umyśle postać, przed którą mieliby uciekać, od razu odebrało im chęci.
-O kurwa! To assasyn. Jesteśmy martwi.- Wyrzucił z siebie ten po lewej. Drugi zamarł z ręką przy twarzy.
-Panowie pozwolą, że zadam kilka pytań.- Rola czy nie, zrobiło to na gościach wrażenie. Gagatek pokiwał głową.
-Co to za miejsce?
-Obiekt naukowy YK-17.- Gagatek miał zdecydowanie za długi jęzor.
-Co tu robicie?
-Badania na obiektach żywych.
-Nad czym pracujecie?
-Nad…- Ten po prawej wreszcie się otrząsnął i walnął Gagatka piąchą w twarz, żeby tamten ucichł. Poskutkowało.
-Nad czym pracujecie?- Dziewczyna zrobiła krok w stronę prawego kierując lufę w jego stronę. Lewy znowu zaczął mówić.
-Pracujemy nad bronią biologiczną i mutacjami. Głównie „demonizujemy” obiekty i…- Prawy znowu go uderzył. Nie powinien był tego robić, ale uświadomił to sobie dopiero, kiedy kula przeszła na wylot przez jego własne, naukowe udo i krew prysnęła  na podłogę. Mężczyzna w kwiku upadł na podłogę.
-Kolega już ci nie przeszkodzi. Mów dalej.- Lewy był nieco wstrząśnięty, ale słowa wzięły górę i po chwili znowu zaczął mówić.
-Za pomocą „Demonizatora” zmieniamy strukturę ich cząstek. Mutujemy ich DNA.
-Ile macie obiektów?
-Ponad pięćset.
-Czy to są wszystko ludzie?
-Kiedyś byli. Teraz nadają się jedynie na kotlety, bo żadne z testów nie powiodły się w stu procentach idealnie. Dziewięćdziesiąt procent z nich nie mam nawet samoświadomości.
-A te które mają?
-Cały czas odczuwają ból psychiczny. Oni już nie są ludźmi. Czy to nie piękne?- Gagatkowi udało się uśmiechnąć.
-Doprawdy, cudowne. Gdzie znajdę szefa?
-W sali nr100. Jak wyjdziesz, to musisz skręcić i…
-Dziękuję. Tyle wystarczy.- Julia podniosła broń.
-Ej! Nie zabijaj mnie! Przecież ci pomogłem. Nie zabijaj!
-Nie miałam takiego zamiaru…- Kolejny naukowiec padł na ziemię z rannym udem. Dziewczyna zostawiła ich w tyle biegnąc przed siebie. Przebiegła prze mały korytarzyk i wybiegła na zewnątrz. Skręciła w stronę drzwi z malejącymi numerami. 219, 2017, 2015. Kolejny skręt. Znowu kroki. Tym razem głośniejsze. Wlazła w pierwsze drzwi. Liczyła na schowek na miotły, ale los dobrym się być nie okazał i wylądowała w podłużnej sali konferencyjnej. Przeciwną do drzwi ścianę stanowiła ogromna tafla szkła, przez którą zobaczyć można było hangar z rzędem ustawionych metalowych konstrukcji. Minęła stół i podeszła do okna. Patrzyła na rzędy ustawionych na sobie klatek. Klatek z JużNieLudźmi.
 W oczach zebrały jej się łzy. Tyle cierpiących dusz, dla których nie było ratunku… Odepchnęła od siebie smutek i przyjrzała się bliżej samemu hangarowi. W ścianach widać było jeszcze dwa kawałki szkła, podobnej wielkości do jej szyby i jeden poróżowiony na brzegach o dość wypukłym kształcie. To musiała być sala nr100.
-Wybacz, Panie.- Powiedziała do siebie i wyszła na zewnątrz kierując się do sali nr100.
Zaraz za załomem znowu usłyszała kroki. Ktoś bardzo się śpieszył, ale nie biegł i do tego chyba był ktoś jeszcze na rowerze… a może na wózku. Była akurat w momencie bez drzwi więc postanowiła przyjąć gości na siebie. Jak poprzednio wyskoczyła im tuż przed nosami. Dwóch naukowców i dwóch żołnierzy. Ci ostatni dość szybko zareagowali podnosząc broń ale Julka szybciej nacisnęła spust i karabin bluzgnął im serią prosto w twarz. Żywi zostali naukowcy osłaniający sobą łóżko. Tak, to było coś bardzo przypominające szpitalne łóżko na kółkach. Mężczyźni oberwali po kulce w kolana. Jeden z nich dość głośno krzyczał, więc dodatkowo oberwał kolbą w twarz.
Dziewczyna szybko odwinęła materiał z łóżka i zamarła w pół ruchu. Na stole operacyjnym, bo tym to w rzeczywistości było, leżała Nika. TA NIKA. Ta prawdziwa przyjaciółka, Nika.
Julka upuściła karabin i w pierwszym  momencie przytuliła dziewczynę. Skórę miała bladą jak zawsze, ale jej twarz była jakby wychudzona, a ciało zimne. Dziewczyna przyjrzała jej się uważniej.
-O nie…- Do głowy przyszła jej najgorsza myśl z możliwych. Pospiesznie sprawdziła jej puls. Był, co oznaczało, że musiała gdzieś schować Nikę, do czasu, aż nie załatwi You-kona, bo inaczej jej nie uratuje. Dziewczyna zebrała się na odwagę i kopnąwszy pierwszego naukowca z brzegu przeszukała go w poszukiwaniu jakiegoś klucza. Znalazła kartę dostępu. Nie myśląc więcej chwyciła za stół i pociągnęła go w stronę sali konferencyjnej, w której niedawno była. Tam zostawiła koleżankę i zamknęła ją na kod. Zapamiętała numer.
-Sto osiemdziesiąt cztery.- Powtórzyła na głos. Sprawdziła jeszcze tylko magazynek i ruszyła biegiem wzdłuż korytarza. Przeskoczyła nad wijącymi się naukowcami i pędziła dalej. Przy kolejnym skrzyżowaniu zwolniła. Gdzieś w dali słyszała kroki ale musiała zaryzykować. Wyskoczyła zza załomu wprost pod ułożone skrzynie. Wąski korytarz zamienił się mini hangar, a ona leżała za skrzyniami dokładnie naprzeciwko drzwi do sali nr100. Była tak blisko czterech żołnierzy przed wejściem, że mogła nawet zobaczyć co mieli na sobie. Zapasowe magazynki, noże, linki, granaty, krótkofalówki. Jedna z takich krótkofalówek zapikała i mężczyzna wyjął ją z kieszeni.
-Odbiór.-Powiedział -Tak jest… 100… Tak jest… Bez odbioru.- Po tym odłożył ją powrotem i dał znak swoim towarzyszom, którzy  wyprężyli się i ustawili na pozycjach. Julka nadal ich obserwowała. Po jakiś dziesięciu sekundach ciszy znowu ktoś szedł korytarzem w jej stronę. Buty paru ludzi i jakby szuranie workiem ziemniaków. To usłyszała. To co zobaczyła zza zasłony było nieco inne.
Zamiast worka ziemniaków, żołnierze wlekli po ziemi Lexa.
Najemnik krwawił.
Jej plan krwawił.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze motywują :)