[No więc… Ten… Co ja miałam powiedzieć? Aaa. Przeprosić was. To słuchajcie uważnie, bo to się często nie zdarza. Przepraszam, ale muszę przerzucić na narrację na trzecioosobową. Cieszcie się, bo ja to bym pewnie coś ominęła ;)]
Dziewczyna
zatrzasnęła za sobą drzwi. Pokój, do którego weszła był składzikiem na miotły.
Nie takim zwykłym, tylko gangsterskim, a te gangsterskie składziki na miotły
mają coś tak fajnego, jak szafki z bronią.
-Ha! Idioci
nawet nie zamknęli.- Wyciągnęła ze środka trzy karabiny. Jeden włożyła na
plecy, drugi przewiesiła na ramię, a trzeci odbezpieczyła. Nie miała innego
wyboru jak tylko ruszyć za Lexem, a tam roiło się pełno „tych złych”.
Przyłożyła ucho do drzwi. Nie słyszała, żeby ktoś był na korytarzu, więc wyszła
na zewnątrz. Białe ściany niemile kojarzyły jej się ze szpitalem. Wystrzały
były ledwo słyszalne. Zatrzymała się przed skrzyżowaniem korytarzy. Wybrała ten
po prawej. Podłoga minimalnie opadała w dół, ale i tak z każdym krokiem robiło
jej się coraz zimniej. Ponowne rozwidlenie. W prawym korytarzu zarejestrowała
ruch. Przylgnęła do ściany i wychyliła się, żeby zobaczyć. W jej stronę biegło
dwóch, ubranych w pomarańczowe kamizelki żołnierzy gangu. Skręciła w lewą
odnogę. Zbiegła po schodach i przy ich końcu się zatrzymała. Tamci pewnie
pobiegli prosto, bo nikt jej nie gonił. Teraz zaczynało się robić naprawdę
chłodno. Do wyboru miała trzy pary przeszklonych drzwi. Podeszła do pierwszych.
Pufnęły i rozsunęły się na boki. Weszła do małego korytarzyku całego w kolorze
pomarańczowym. Przeszła go szybko przechodząc przez kolejne drzwi. Znajdowała
się w półokrągłym pomieszczeniu wyłożonym z każdej strony betonem. Na ścianach
były żółte pasy, a na podłodze strzałki. Poszła prowadzona pierwszą z nich. Po
czternastu krokach doszła do kolejnych szklanych drzwi. Za nimi jednak widać było, że
coś się ruszało. Rozglądnęła się i podeszła bliżej. Zaraz na brzegu była
tabliczka z jakimiś cyframi. Po środku mlecznej tafli był przezroczysty
kawałek. Dziewczyna przyłożyła do niego twarz. Nie widziała dokładnie, ale to
coś w środku wyglądało jak zniekształcona małpa. Jak taka zabawka potwora.
Nagle figura poruszył się. Julia odskoczyła jak oparzona. Kształt zbliżył się
od drugiej strony do szyby. Postać wyostrzyła się i okazała być zniekształconym
człowiekiem. Julka zaklęła w duchu siarczyście. Zaczęła domyślać się co to takiego.
I nagle usłyszała kroki. Ktoś szedł w jej stronę. Może nawet więcej cosiów.
Spojrzała jeszcze raz na monstrum. „Zabij mnie”- odczytała z warg dawnego
człowieka. Jego oczy były koloru zieleni. Takie piękne. Jak oczy Niki… Nagle
przypomniała sobie dziewczyny z samolotu, porwanie przyjaciółki, słowa Wielkich
Wilków, akcję w kościele.
-Oni używają
Demonizatora…- Prawda uderzyła ją z mocą patelni w rękach właściwej kobiety. To
były ofiary. Ofiary You-kona. A ci ludzie, byli jego ludźmi. You-kon jest zły,
a więc jego ludzie są źli. Jeśli czegoś nie zrobi, jeśli nie zniszczy gangu, to
takich ofiar będzie więcej i więcej. I chociażby miała poświęcić siebie, to
musi uratować innych. Chyba, że zaraz zginie.
Wiedziała,
co musiała zrobić.
-Wybacz.-
Westchnęła w duchu i wyskoczyła na środek przejścia.
-Co jest?!-
Mężczyźni byli naukowcami w pomarańczowych kitlach.
-Ręce do
góry!- Wrzasnęła na całe gardło celując do nich z karabinu. Maska wcale nie
przeszkodziła jej w mówieniu, a nawet pomogła, bo jej głos był jakby donośniejszy.
Mężczyźni chcieli uciec ale kiedy tylko zarejestrowali w umyśle postać, przed
którą mieliby uciekać, od razu odebrało im chęci.
-O kurwa! To
assasyn. Jesteśmy martwi.- Wyrzucił z siebie ten po lewej. Drugi zamarł z ręką
przy twarzy.
-Panowie
pozwolą, że zadam kilka pytań.- Rola czy nie, zrobiło to na gościach wrażenie.
Gagatek pokiwał głową.
-Co to za
miejsce?
-Obiekt
naukowy YK-17.- Gagatek miał zdecydowanie za długi jęzor.
-Co tu
robicie?
-Badania na
obiektach żywych.
-Nad czym
pracujecie?
-Nad…- Ten
po prawej wreszcie się otrząsnął i walnął Gagatka piąchą w twarz, żeby tamten
ucichł. Poskutkowało.
-Nad czym
pracujecie?- Dziewczyna zrobiła krok w stronę prawego kierując lufę w jego
stronę. Lewy znowu zaczął mówić.
-Pracujemy
nad bronią biologiczną i mutacjami. Głównie „demonizujemy” obiekty i…- Prawy
znowu go uderzył. Nie powinien był tego robić, ale uświadomił to sobie dopiero,
kiedy kula przeszła na wylot przez jego własne, naukowe udo i krew
prysnęła na podłogę. Mężczyzna w kwiku
upadł na podłogę.
-Kolega już
ci nie przeszkodzi. Mów dalej.- Lewy był nieco wstrząśnięty, ale słowa wzięły
górę i po chwili znowu zaczął mówić.
-Za pomocą
„Demonizatora” zmieniamy strukturę ich cząstek. Mutujemy ich DNA.
-Ile macie
obiektów?
-Ponad
pięćset.
-Czy to są
wszystko ludzie?
-Kiedyś
byli. Teraz nadają się jedynie na kotlety, bo żadne z testów nie powiodły się w
stu procentach idealnie. Dziewięćdziesiąt procent z nich nie mam nawet
samoświadomości.
-A te które
mają?
-Cały czas
odczuwają ból psychiczny. Oni już nie są ludźmi. Czy to nie piękne?- Gagatkowi
udało się uśmiechnąć.
-Doprawdy,
cudowne. Gdzie znajdę szefa?
-W sali nr100.
Jak wyjdziesz, to musisz skręcić i…
-Dziękuję.
Tyle wystarczy.- Julia podniosła broń.
-Ej! Nie
zabijaj mnie! Przecież ci pomogłem. Nie zabijaj!
-Nie miałam
takiego zamiaru…- Kolejny naukowiec padł na ziemię z rannym udem. Dziewczyna
zostawiła ich w tyle biegnąc przed siebie. Przebiegła prze mały korytarzyk i
wybiegła na zewnątrz. Skręciła w stronę drzwi z malejącymi numerami. 219, 2017,
2015. Kolejny skręt. Znowu kroki. Tym razem głośniejsze. Wlazła w pierwsze
drzwi. Liczyła na schowek na miotły, ale los dobrym się być nie okazał i
wylądowała w podłużnej sali konferencyjnej. Przeciwną do drzwi ścianę stanowiła
ogromna tafla szkła, przez którą zobaczyć można było hangar z rzędem
ustawionych metalowych konstrukcji. Minęła stół i podeszła do okna. Patrzyła na
rzędy ustawionych na sobie klatek. Klatek z JużNieLudźmi.
W oczach zebrały jej się łzy. Tyle cierpiących
dusz, dla których nie było ratunku… Odepchnęła od siebie smutek i przyjrzała
się bliżej samemu hangarowi. W ścianach widać było jeszcze dwa kawałki szkła,
podobnej wielkości do jej szyby i jeden poróżowiony na brzegach o dość wypukłym
kształcie. To musiała być sala nr100.
-Wybacz,
Panie.- Powiedziała do siebie i wyszła na zewnątrz kierując się do sali nr100.
Zaraz za
załomem znowu usłyszała kroki. Ktoś bardzo się śpieszył, ale nie biegł i do
tego chyba był ktoś jeszcze na rowerze… a może na wózku. Była akurat w momencie
bez drzwi więc postanowiła przyjąć gości na siebie. Jak poprzednio wyskoczyła
im tuż przed nosami. Dwóch naukowców i dwóch żołnierzy. Ci ostatni dość szybko
zareagowali podnosząc broń ale Julka szybciej nacisnęła spust i karabin
bluzgnął im serią prosto w twarz. Żywi zostali naukowcy osłaniający sobą łóżko.
Tak, to było coś bardzo przypominające szpitalne łóżko na kółkach. Mężczyźni
oberwali po kulce w kolana. Jeden z nich dość głośno krzyczał, więc dodatkowo
oberwał kolbą w twarz.
Dziewczyna
szybko odwinęła materiał z łóżka i zamarła w pół ruchu. Na stole operacyjnym,
bo tym to w rzeczywistości było, leżała Nika. TA NIKA. Ta prawdziwa
przyjaciółka, Nika.
Julka
upuściła karabin i w pierwszym momencie
przytuliła dziewczynę. Skórę miała bladą jak zawsze, ale jej twarz była jakby
wychudzona, a ciało zimne. Dziewczyna przyjrzała jej się uważniej.
-O nie…- Do
głowy przyszła jej najgorsza myśl z możliwych. Pospiesznie sprawdziła jej puls.
Był, co oznaczało, że musiała gdzieś schować Nikę, do czasu, aż nie załatwi
You-kona, bo inaczej jej nie uratuje. Dziewczyna zebrała się na odwagę i
kopnąwszy pierwszego naukowca z brzegu przeszukała go w poszukiwaniu jakiegoś
klucza. Znalazła kartę dostępu. Nie myśląc więcej chwyciła za stół i pociągnęła
go w stronę sali konferencyjnej, w której niedawno była. Tam zostawiła
koleżankę i zamknęła ją na kod. Zapamiętała numer.
-Sto
osiemdziesiąt cztery.- Powtórzyła na głos. Sprawdziła jeszcze tylko magazynek i
ruszyła biegiem wzdłuż korytarza. Przeskoczyła nad wijącymi się naukowcami i
pędziła dalej. Przy kolejnym skrzyżowaniu zwolniła. Gdzieś w dali słyszała
kroki ale musiała zaryzykować. Wyskoczyła zza załomu wprost pod ułożone
skrzynie. Wąski korytarz zamienił się mini hangar, a ona leżała za skrzyniami dokładnie
naprzeciwko drzwi do sali nr100. Była tak blisko czterech żołnierzy przed
wejściem, że mogła nawet zobaczyć co mieli na sobie. Zapasowe magazynki, noże,
linki, granaty, krótkofalówki. Jedna z takich krótkofalówek zapikała i
mężczyzna wyjął ją z kieszeni.
-Odbiór.-Powiedział
-Tak jest… 100… Tak jest… Bez odbioru.- Po tym odłożył ją powrotem i dał znak
swoim towarzyszom, którzy wyprężyli się
i ustawili na pozycjach. Julka nadal ich obserwowała. Po jakiś dziesięciu sekundach
ciszy znowu ktoś szedł korytarzem w jej stronę. Buty paru ludzi i jakby
szuranie workiem ziemniaków. To usłyszała. To co zobaczyła zza zasłony było
nieco inne.
Zamiast
worka ziemniaków, żołnierze wlekli po ziemi Lexa.
Najemnik
krwawił.
Jej plan
krwawił.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze motywują :)