Woda była taka
przyjemna.
Ubrania
zostawiłam ułożone na skale i weszłam do rzeki. Nie chciałam być całkiem naga
więc nie zdejmowałam majtek i wzięłam ze
sobą koszulkę. Ranek był troszkę chłodniejszy niż noc, ale może tylko mi się
tak wydawało, bo tyle się działo! Bycie medykiem to ciężka praca.
Rzeka miały
lekki nurt i nie bałam się że mnie porwie. Najdalej doszłam do miejsca gdzie
sięgała mi do szyi, bo jak zawsze ostrzegała mnie babcia: nie rób czegoś co nie
jest konieczne. Wchodzenie głębiej konieczne nie było. Popływałam trochę
swawolnie czerpiąc z tego przyjemność, a potem wróciłam bliżej brzegu, żeby wreszcie
zmyć z siebie czerwień. Krew tak zaschła, że musiałam użyć piasku. Normalnie
nature piling! Nad rzeką spędziłam większość ranka. Włosy mam dość długie więc
trochę zeszło. Myślałam nawet nad obcięciem ich. Zrezygnowałam kiedy zobaczyłam
się w lusterku. Nie wyglądałam źle.
Kiedy już
zeszło ze mnie to świństwo i byłam gotowa do powrotu zobaczyłam coś dziwnego.
Ślady na piasku. Przypominały te, które zostawiają moje martensy więc mnie to
uspokoiło na tyle żeby minęły jakieś trzy sekundy zanim sobie uświadomiłam, że
przecież zostawiłam buty pod wierzbą. Odwróciłam się wraz z dźwiękiem
odbezpieczanej broni.
-Nie ruszaj
się!- Mężczyzna stał za mną, w odległości jakiś pięciu metrów. Nie miałam jak
uciec, bo miał mnie na czysto na linii strzału. Padłabym jak kaczka. Powoli
odwróciłam się do niego przodem.
-Pokaż
ręce.- Był łysy i nieogolony. Niższy o jakieś dwie głowy od mojego taty, ale
znacznie od niego tęższy. Na sobie miał takie samo ubranie jakie nosili
mężczyźni w kościele. Broń od razu poznałam. Słynny M-16 mierzył prosto we
mnie.
-Oh! Jak się
cieszę, że już jesteście. Myślałam, że nigdy nas nie znajdziecie.- Od razu
przybrałam taktykę radosnej dziuni. Taktyka ta zakładała, że jesteś kobietą,
potrafisz zrobić się w oka mgnieniu ładna i bycie na celowniku nie przeszkadza
ci się uśmiechać. Zakładała też niestety, że wiesz co jest grane, a ja tego nie
wiedziałam.
-Nie ruszaj
się i ręce do góry!- Facio wydawał się być nieugiętym żołnierzem. Kiedy
podszedł bliżej dobrze widziałam przyczepione do kamizelki granaty. Widziałam
też jak sięgnął ręką do krótkofalówki.
-Oj! Chyba
zaraz zemdleję!- Te słowa go zdekoncentrowały. Opuścił broń i spojrzał na mnie
badawczo. Zmierzył mnie, tymi swoimi świńskimi oczkami od stóp do głowy i
zrobił to tak obrzydliwie, że aż poczułam się bardziej niż nieswojo. Chyba
zrezygnował z powiadamiania reszty o odnalezieniu celu bo opuścił rękę. Cofnęłam
się dwa kroki do tyłu. Uśmiech łysego był równie świński co jego oczy.
-Nie
uciekaj. Nie masz dokąd. A teraz podejdź do mnie grzecznie, to załatwimy to na
spokojnie.-Zrobił krok w moją stronę.
-A wrócę do
rodziców?- Zapytałam płaczliwie.
-Tak. Słowo,
że oddam cię rodzicom.- Dotknęłam palcami skały. Mężczyzna zbliżał się do mnie
powoli wyciągając zachęcająco dłoń.
-No… No
dobrze.- Tutaj mój wyraz twarzy zmienił się na nieco inny. Z delikatnego
uśmiechu w niedelikatny uśmiech. Doskoczyłam do łysego z lusterkiem w ręku. Nie
celowałam w serce, bo nie było sensu. Szkłem przejechałam mu po twarzy. Gościu
złapał się za twarz, a ja złapałam za jego krótkofalówkę i razem z nią
skoczyłam do wody. Zanurkowałam. Na powierzchni słychać jeszcze było jak
wrzeszczy wściekle. Pod wodą opłynęłam dookoła skały i z wody wyszłam dokładnie
naprzeciw wierzby. Pobiegłam do kryjówki. Byłam pewna, że on zaraz tu
przyjdzie.
-Lex! No
obudź się. Musimy uciekać. Oni już tu są. Lex!- Próbowałam obudzić najemnika,
ale na nic się to zdało. Zrezygnowałam jak tylko usłyszałam szelest kamieni. Łysy
już się zbliżał. Sięgnęłam po broń. Nie wiedziałam jak mam przeładować ani odbezpieczyć.
Mogłam tylko mieć nadzieję, że to co pokazują na filmach, to częściowa prawda.
Pociągnęłam za jakąś wajchę. Mechanizm szczęknął. Tak! Zostało tylko… Mój palec
już prawie dotarł do przełącznika kiedy wielkie łapsko szarpnęło mnie za włosy
i wytargało na trawę. Upuściłam broń.
-Chodź
szmato. Myślałaś, że uciekniesz? Hę!-
Krzyczał mi do ucha. Wiłam się i kopałam ale nie mogłam nawet go drasnąć.
-A może tak
się zabawimy, co? I tak trafisz do jakiegoś kartelu to jeden raz nie zrobi ci
różnicy, prawda?- Czułam jego śmierdzący oddech na szyi.
-Zostaw
mnie! Puść! Ty potworze!- Nie mogłam nic zrobić, bo przygwoździł mnie kolanem do
ziemi.
- Zobaczymy
co ty tam masz…
-Zostaw!
Zabiję cię!
-Oh! Jestem
tego pewny ale najpierw…- Czułam jego dłonie na moim ciele. Głaskał mnie po
nogach i… wyżej. Chciałam go zabić ale nie mogłam nic zrobić. Chciałam się
ukryć, ale bielizna i mokra koszulka dużo nie dawały. Chciałam krzyczeć, ale za
bardzo się bałam. Zaraz… zaraz stanie się coś, czego nikomu nie życzę. Mój najgorszy,
najokropniejszy koszmar się ziści. Łysy zadarł moją koszulkę do góry. Zaczęłam
płakać. Sięgnął niżej. Krople spływały mi po policzkach. Byłam sama. Na całym
świecie jest tylu ludzi i żaden z nich teraz mi nie pomagał. Żaden się nie
przeciwstawiał. Nikomu nie zależało. Nikogo nie było…
-Przygotuj
się na…- Otworzyłam szerzej oczy. Łysy nie dokończył, bo ktoś złapał go za szczękę.
Mężczyzna wytrzeszczył gały. Usłyszałam chrupnięcie i poczułam jak jego ciało
staje się bezwładne. Złapałam rękami za bluzkę i nadal leżąc naciągnęłam ją
możliwie jak najniżej. Nade mną stał Lex. Odepchnął od siebie martwe ciało.
Przez jego bandaże przebijała świeża krew.
-Zzz- erwałeś
szwy.- Powiedziałam ocierając łzy.
-Nic ci nie
jest?
-Nie… Nic…
nic się nie stało. Ale ty…- Wstałam przyglądając się opatrunkom.
-Nie trzeba…
-Muszę
poprawić szwy.
-Nie musisz…
-Trzeba też
odkazić. Na filmie kiedyś widziałam, że jak nie odkazisz, to może wdać się
zakażenie. Zakażenia są niebezpieczne. Słyszałam, że bez leków można nawet od
tego umrzeć. Umrzeć! A twoje rany były przecież takie… takie poważne i… i…- Mój
potok słów miał zatuszować zdenerwowanie i strach i ból i wstyd i wiele innych,
ale nie mogłam. Ja po prostu nie mogłam. Całkowicie zamilkłam. Nie chciałam
płakać. Tak bardzo nie chciałam płakać. Schyliłam głowę i wlepiłam wzrok w
ziemię.
-Już
dobrze.- Lex objął mnie ramieniem. Nie protestowałam. Tak bardzo było mi to potrzebne.
Parę łez wsiąkło w bandaże. Mój mózg nie pozwolił mi długo tak trwać. Zaraz
skarcił mnie mosiężnym uderzeniem młota.
-Nie! Trzeba
zmienić bandaże. Nic mi nie jest. Nic się nie stało.- Odepchnęłam go od siebie.
-Aj!- Lex
syknął z bólu.
-O! Przepraszam.
Najmocniej przepraszam. Szwy. Trzeba zmienić opatrunki.- Ruszyłam w stronę
wierzby. Wygrzebałam apteczkę z torby. Lex usiadł na kocu. Cały czas syczał z
bólu.
-Pozwól, że…
Em.- Pokazałam na jego tors.
-Aaa. Tak,
proszę.- Rozłożył ręce. Schyliłam się i sięgnęłam po bandaż. Odwinęłam już
połowę kiedy się odezwał.
-Jeszcze
nigdy nie opatrywał mnie ktoś inny niż brodaty doktor Arnolds.
-Jeszcze
nigdy nikogo nie opatrywałam.
-Cieszę się,
że jestem twoim pierwszym.
-Co się stało?
Co to był za wypadek?
-Zgrabna
zmiana tematu.
-Gdzie
jesteśmy?
-Czy ty
kiedyś przestaniesz się pytać?
-Jak
odpowiesz.- Zaczęłam poprawiać pierwszą ranę
Jejku .. Juz myślałam że ...
OdpowiedzUsuńTo by było straszne ...
Lex! Mówiłam że jest cudowny ♡_♡ Po prostu go kocham ♡_♡
Rozdział genialny i czekam na nn :*