niedziela, 10 maja 2015

50 Potwór!



Woda była taka przyjemna.
Ubrania zostawiłam ułożone na skale i weszłam do rzeki. Nie chciałam być całkiem naga więc nie zdejmowałam majtek  i wzięłam ze sobą koszulkę. Ranek był troszkę chłodniejszy niż noc, ale może tylko mi się tak wydawało, bo tyle się działo! Bycie medykiem to ciężka praca.
Rzeka miały lekki nurt i nie bałam się że mnie porwie. Najdalej doszłam do miejsca gdzie sięgała mi do szyi, bo jak zawsze ostrzegała mnie babcia: nie rób czegoś co nie jest konieczne. Wchodzenie głębiej konieczne nie było. Popływałam trochę swawolnie czerpiąc z tego przyjemność, a potem wróciłam bliżej brzegu, żeby wreszcie zmyć z siebie czerwień. Krew tak zaschła, że musiałam użyć piasku. Normalnie nature piling! Nad rzeką spędziłam większość ranka. Włosy mam dość długie więc trochę zeszło. Myślałam nawet nad obcięciem ich. Zrezygnowałam kiedy zobaczyłam się w lusterku. Nie wyglądałam źle.
Kiedy już zeszło ze mnie to świństwo i byłam gotowa do powrotu zobaczyłam coś dziwnego. Ślady na piasku. Przypominały te, które zostawiają moje martensy więc mnie to uspokoiło na tyle żeby minęły jakieś trzy sekundy zanim sobie uświadomiłam, że przecież zostawiłam buty pod wierzbą. Odwróciłam się wraz z dźwiękiem odbezpieczanej broni.
-Nie ruszaj się!- Mężczyzna stał za mną, w odległości jakiś pięciu metrów. Nie miałam jak uciec, bo miał mnie na czysto na linii strzału. Padłabym jak kaczka. Powoli odwróciłam się do niego przodem.
-Pokaż ręce.- Był łysy i nieogolony. Niższy o jakieś dwie głowy od mojego taty, ale znacznie od niego tęższy. Na sobie miał takie samo ubranie jakie nosili mężczyźni w kościele. Broń od razu poznałam. Słynny M-16 mierzył prosto we mnie.
-Oh! Jak się cieszę, że już jesteście. Myślałam, że nigdy nas nie znajdziecie.- Od razu przybrałam taktykę radosnej dziuni. Taktyka ta zakładała, że jesteś kobietą, potrafisz zrobić się w oka mgnieniu ładna i bycie na celowniku nie przeszkadza ci się uśmiechać. Zakładała też niestety, że wiesz co jest grane, a ja tego nie wiedziałam.
-Nie ruszaj się i ręce do góry!- Facio wydawał się być nieugiętym żołnierzem. Kiedy podszedł bliżej dobrze widziałam przyczepione do kamizelki granaty. Widziałam też jak sięgnął ręką do krótkofalówki.
-Oj! Chyba zaraz zemdleję!- Te słowa go zdekoncentrowały. Opuścił broń i spojrzał na mnie badawczo. Zmierzył mnie, tymi swoimi świńskimi oczkami od stóp do głowy i zrobił to tak obrzydliwie, że aż poczułam się bardziej niż nieswojo. Chyba zrezygnował z powiadamiania reszty o odnalezieniu celu bo opuścił rękę. Cofnęłam się dwa kroki do tyłu. Uśmiech łysego był równie świński co jego oczy.
-Nie uciekaj. Nie masz dokąd. A teraz podejdź do mnie grzecznie, to załatwimy to na spokojnie.-Zrobił krok w moją stronę.
-A wrócę do rodziców?- Zapytałam płaczliwie.
-Tak. Słowo, że oddam cię rodzicom.- Dotknęłam palcami skały. Mężczyzna zbliżał się do mnie powoli wyciągając zachęcająco dłoń.
-No… No dobrze.- Tutaj mój wyraz twarzy zmienił się na nieco inny. Z delikatnego uśmiechu w niedelikatny uśmiech. Doskoczyłam do łysego z lusterkiem w ręku. Nie celowałam w serce, bo nie było sensu. Szkłem przejechałam mu po twarzy. Gościu złapał się za twarz, a ja złapałam za jego krótkofalówkę i razem z nią skoczyłam do wody. Zanurkowałam. Na powierzchni słychać jeszcze było jak wrzeszczy wściekle. Pod wodą opłynęłam dookoła skały i z wody wyszłam dokładnie naprzeciw wierzby. Pobiegłam do kryjówki. Byłam pewna, że on zaraz tu przyjdzie.
-Lex! No obudź się. Musimy uciekać. Oni już tu są. Lex!- Próbowałam obudzić najemnika, ale na nic się to zdało. Zrezygnowałam jak tylko usłyszałam szelest kamieni. Łysy już się zbliżał. Sięgnęłam po broń. Nie wiedziałam jak mam przeładować ani odbezpieczyć. Mogłam tylko mieć nadzieję, że to co pokazują na filmach, to częściowa prawda. Pociągnęłam za jakąś wajchę. Mechanizm szczęknął. Tak! Zostało tylko… Mój palec już prawie dotarł do przełącznika kiedy wielkie łapsko szarpnęło mnie za włosy i wytargało na trawę. Upuściłam broń.
-Chodź szmato.  Myślałaś, że uciekniesz? Hę!- Krzyczał mi do ucha. Wiłam się i kopałam ale nie mogłam nawet go drasnąć.
-A może tak się zabawimy, co? I tak trafisz do jakiegoś kartelu to jeden raz nie zrobi ci różnicy, prawda?- Czułam jego śmierdzący oddech na szyi.
-Zostaw mnie! Puść! Ty potworze!- Nie mogłam nic zrobić, bo przygwoździł mnie kolanem do ziemi.
- Zobaczymy co ty tam masz…
-Zostaw! Zabiję cię!
-Oh! Jestem tego pewny ale najpierw…- Czułam jego dłonie na moim ciele. Głaskał mnie po nogach i… wyżej. Chciałam go zabić ale nie mogłam nic zrobić. Chciałam się ukryć, ale bielizna i mokra koszulka dużo nie dawały. Chciałam krzyczeć, ale za bardzo się bałam. Zaraz… zaraz stanie się coś, czego nikomu nie życzę. Mój najgorszy, najokropniejszy koszmar się ziści. Łysy zadarł moją koszulkę do góry. Zaczęłam płakać. Sięgnął niżej. Krople spływały mi po policzkach. Byłam sama. Na całym świecie jest tylu ludzi i żaden z nich teraz mi nie pomagał. Żaden się nie przeciwstawiał. Nikomu nie zależało. Nikogo nie było…
-Przygotuj się na…- Otworzyłam szerzej oczy. Łysy nie dokończył, bo ktoś złapał go za szczękę. Mężczyzna wytrzeszczył gały. Usłyszałam chrupnięcie i poczułam jak jego ciało staje się bezwładne. Złapałam rękami za bluzkę i nadal leżąc naciągnęłam ją możliwie jak najniżej. Nade mną stał Lex. Odepchnął od siebie martwe ciało. Przez jego bandaże przebijała świeża krew.
-Zzz- erwałeś szwy.- Powiedziałam ocierając łzy.
-Nic ci nie jest?
-Nie… Nic… nic się nie stało. Ale ty…- Wstałam przyglądając się opatrunkom.
-Nie trzeba…
-Muszę poprawić szwy.
-Nie musisz…
-Trzeba też odkazić. Na filmie kiedyś widziałam, że jak nie odkazisz, to może wdać się zakażenie. Zakażenia są niebezpieczne. Słyszałam, że bez leków można nawet od tego umrzeć. Umrzeć! A twoje rany były przecież takie… takie poważne i… i…- Mój potok słów miał zatuszować zdenerwowanie i strach i ból i wstyd i wiele innych, ale nie mogłam. Ja po prostu nie mogłam. Całkowicie zamilkłam. Nie chciałam płakać. Tak bardzo nie chciałam płakać. Schyliłam głowę i wlepiłam wzrok w ziemię.
-Już dobrze.- Lex objął mnie ramieniem. Nie protestowałam. Tak bardzo było mi to potrzebne. Parę łez wsiąkło w bandaże. Mój mózg nie pozwolił mi długo tak trwać. Zaraz skarcił mnie mosiężnym uderzeniem młota.
-Nie! Trzeba zmienić bandaże. Nic mi nie jest. Nic się nie stało.- Odepchnęłam go od siebie.
-Aj!- Lex syknął z bólu.
-O! Przepraszam. Najmocniej przepraszam. Szwy. Trzeba zmienić opatrunki.- Ruszyłam w stronę wierzby. Wygrzebałam apteczkę z torby. Lex usiadł na kocu. Cały czas syczał z bólu.
-Pozwól, że… Em.- Pokazałam na jego tors.
-Aaa. Tak, proszę.- Rozłożył ręce. Schyliłam się i sięgnęłam po bandaż. Odwinęłam już połowę kiedy się odezwał.
-Jeszcze nigdy nie opatrywał mnie ktoś inny niż brodaty doktor Arnolds.
-Jeszcze nigdy nikogo nie opatrywałam.
-Cieszę się, że jestem twoim pierwszym.
-Co się stało? Co to był za wypadek?
-Zgrabna zmiana tematu.
-Gdzie jesteśmy?
-Czy ty kiedyś przestaniesz się pytać?
-Jak odpowiesz.- Zaczęłam poprawiać pierwszą ranę

1 komentarz:

  1. Jejku .. Juz myślałam że ...
    To by było straszne ...
    Lex! Mówiłam że jest cudowny ♡_♡ Po prostu go kocham ♡_♡
    Rozdział genialny i czekam na nn :*

    OdpowiedzUsuń

Komentarze motywują :)