-A nie
mówiłam! Ha! Ej… gdzie ty jesteś? Hm?
Po jeszcze
jednym dniu drogi (znaczy dodajcie sobie jeszcze jedną noc spędzoną z nim na
niczym) wreszcie ukazała się nam szosa. Ale jaka piękna! Gładziutka, czarna jak
smoła, bez żadnej dziury i tylko prosząca o wypadzik na motor. I właśnie po tym
dowiedziałam się, że nie byliśmy w Polsce. Polska takich szos nie ma.
Co do
poprzednich dni. Wytłumaczyliśmy sobie wystarczająco dużo, żeby dojść do
kompromisu charakterów. Nie wiem co to znaczy. Chyba po prostu przestaliśmy
sobie przeszkadzać. Mnie natomiast zaczęły nachodzić okropnie niepokojące
myśli. Głównie o rodzinie, ale też o samej sobie. I ciągle męczyły mnie koszmary.
Starałam się nie dać po sobie poznać, ale i tak Lex jakieś dwa razy pytał czy
wszystko ok. Ok! Nic się nie martw Leksik. Jakoś to będzie, bro.
No i nagle,
jak już dotarliśmy do celu, Lexa gdzieś wcięło. A przecież taka piękna okazja,
bo właśnie jedzie sobie w tą stronę kamper…
-Jak
chcesz.- Westchnęłam, poprawiłam się i wyciągnęłam łapkę w geście
autostopowiczowania. O dziwo samochód się zatrzymał. Podeszłam do wysokiego
okna. Kierowca opuścił szybę.
-Dzień
dobry!- Uśmiechnęłam się najmilej jak mogłam. Za kierownicą siedziała pyzata
kobiecina w różowym dresie i z małym pieskiem na kolanach. Z wewnątrz słychać
było piskliwe głosiki dzieci. Po rozmowach zauważyłam, że mówili po angielsku.
Od razu poprawiłam akcent.
-Good
Morning!
Dla was
pisać będę od razu przetłumaczony tekst :)
-Oh! Dobry,
dobry! Co takie chucherko robi samo w lesie?
-Jestem
tutaj tylko dla ptaków, psze pani. Studiuję ornitologię. Niestety kolega chyba
zwichnął sobie kostkę- tutaj pokazałam na nagle przybyłego Lexa- i boję się, że
z nim nie dam rady wrócić do obozu.
-Ach! A my
właśnie do miasta wracamy. Przy okazji możemy was podwieźć… do szpitala.- Kiedy
spojrzała na Lexa, to trochę się zawahała, ale najemnik uśmiechnął się jak
tylko poczuł kopnięcie w kostkę. Weszliśmy do kampera. Wnętrze było przestronne
ale powypychane wszelakimi zabawkami, książkami, kartkami i kredkami. Lexa
wepchnęłam na tylne siedzenie przy stoliku, a sama zajęłam miejsce obok
kierowcy. Piski, które słyszałam wydawane były przez dwie, słodkie bliźniaczki
w różowych sukienusiach. Na oko były tylko trochę starsze od mojego brata.
Kiedy Lex usiadł naprzeciw nich od razu ucichły i zrobiły się czerwone na
policzkach. Pewnie im się spodobał.
-Jestem
Julia.- Podałam dłoń miłej kobiecie.
-Joanna
Krist.- Miała bardzo ciepłe dłonie.
-Wracacie z
wakacji?- Zagaiłam.
-Z sanatorium.
Dziewczynki potrzebują dużo opieki.
-Wiem coś o
tym. Mój brat jest chyba niedużo młodszy od nich.
-Z chłopcami
to inaczej! Te tutaj to prawdziwe diabełki.
-Jak mają na
imię?
-Judith i
Jess Jonesówki. O tak. To na szczęście nie ja jestem ich mamą. Ale powiedz. Ty
nie jesteś stąd, prawda?
-Zgadła
pani. Jestem z Polski.
-Polska? Nie
znam tego kraju. Pewnie leży w Europie, prawda?
-Tak.
Pomiędzy Niemcami i Rosją.
-Oh! To z
Kanady do was daleko! Rodzina nie tęskni?
-Pewnie
tak…- Na wspomnienie rodziny coś zakręciło mi się w gardle.
Pani Joanna
włączyła radio. Z głośników poleciała radosna muzyczka, której nie znałam.
Oglądnęłam się do tyłu na Lexa. Był jak prawdziwa statua. Nawet nie mrugał.
Musiałam coś zrobić, bo zaraz zaczęłoby się robić dziwnie.
-Hej, Aleks!
Jak tam z nogą?- Spojrzałam na niego wymownie.
-Nadal boli,
słooo… Julio.- Pokazałam mu, żeby się uśmiechnął. Szło mu ciężko, ale jakoś
wyszedł z sytuacji z twarzą. Teraz pozostawało wytrwać drogę. Do miasteczka
dojechaliśmy w dwadzieścia minut. Pani Krist wystawiła nas dokładnie pod
drzwiami do szpitala.
-Pa, pa!-
Pomachaliśmy im na pożegnanie i ruszyliśmy w przeciwną stronę.
-O ludzie!
Ale bym zjadła naleśników.- Na widok baru mlecznego zaczęła mi cieknąć ślinka.
-Te… dzieci
nie były normalne.
-Co masz na
myśli? Dzieci jak dzieci.
-Miałem
przeczucie… Nie ważne. Przydałaby się hajs.
-Prawda. No
i sprzęt i jacyś pomocnicy.
-Pomocnicy?
Kogo ty chcesz, krasnoludków cze elfy?
-Mówię
serio. Chyba dasz radę wytrzasnąć skądś paru znajomych kumpli do pomocy? Wy,
tajni gangsterzy macie ich przecież sporo.
-Głupi
pomysł, słonko. Najlepiej załatwić wszystko po cichu.- Szliśmy chodnikiem i nie
wiedząc co dalej gapiliśmy się na mijających nas ludzi. Znaczy wiedzieliśmy co
dalej, bo plan ustaliliśmy, ale trzeba było zacząć wprowadzać go w życie, a to
było trudne. Plan dobry nie był, ale zły też nie. Musieliśmy tylko jakimś cudem
dostać się do bazy You-kona, zabić go albo przekonać do współpracy, a potem
sprzymierzyć się z trzecim gangiem i wykończyć MUR. Zacząć mieliśmy od
przechwycenia przesyłki You-kona. Z jej pomocą mogliśmy się targować. W tym
wypadku trzeba było trafić na zlecenie, co takie łatwe nie było. Musieliśmy iść
do „sztabu” po info. Po sznurku do kłębka, jak to mówią. Szanse na powodzenie w
normalnych warunkach były jak jeden do stu. Nie był to jednak normalny
przypadek. Lex wiedział, że w jego gangu za niedługo zacznie się coś dziać. Nie
chciał powiedzieć co, ale miało to związek z You-konem, a więc jako odciągacz
uwagi było idealne. Acha. No i jeszcze musieliśmy się dostać do Ameryki Środkowej,
bo tam była główna baza gangu, który mieliśmy zamiar obrabować i pomniejsza
tajna kryjówka tego trzeciego. Z Kanady to nie tak znowu daleko, nie?
Zatrzymaliśmy
się przy sklepiku z gazetami.
-Dzień
dobry. Czy jest CDAction?- Lex przybrał minę chłopaczka od PC`tów.
-Nie
ma.-Mrukliwy sklepikarz nawet nie spojrzał na półki.
-A. No nic.-
Odeszliśmy z pustymi rękami. No, nie całkiem. Lex zwinął ze sklepiku jakąś
mapę, dziennik codzienny i tą słynną stanową gazetę, której nazwy nigdy nie
pamiętam. Weszliśmy do pobliskiego baru mlecznego. Wystrój z lat
osiemdziesiątych bardzo mi się spodobał. Szczególnie szafa grająca. Usiedliśmy
w najdalszym kącie.
-Hej. A czym…-
Nie dokończyłam bo obok pojawiła się młoda kelnerka.
-Witamy w „Blue Berly”. Tutaj są karty. Czy mogę coś polecić?- Była
niską blondynką o podkreślonych różową
szminką ustach. Kolor bardzo pasował to koszuli koloru waty cukrowej i
granatowych legginsów. Na sobie miała też biały fartuszek.
-Tak, proszę.- Najemnik uśmiechnął się do mnie zadziornie.
-Zakochanym…
-My nie…- Nie pozwoliła mi przerwać.
-… polecam naleśniki w karmelu i do tego gorącą czekoladę z muffinką dla
dwojga.
-… jesteśmy parą. A macie donuty?- Oferta mnie zaciekawiła. Wydawała się
być smaczna.
-Zamiast muffinek.
-Ok.- Uśmiechnęłam się do niej i do Lexa.
-Poprosimy.- Najemnik puścił do mnie oko.
Jeśli on myśli, że dam się na to nabrać, to się myli. Nigdy nie byłam
łatwą laską i jeden, przemądrzały zły charakter tego nie zmieni. Nadal jestem
Julką lubiącą komiksy i mającą glany w szafie!
Jak tylko kelnerka odeszła, Lex
wyciągnął na stół świeżą zdobycz.
-Obecnie jesteśmy w Vancouver- Otworzył gazetę.
-Fajnie. Zawsze chciałam pojechać za granicę.
-Nie tak znowu fajnie. Do „sztabu” są dwa dni drogi samochodem. Nie wyrobimy
się, złotko.- Na stole rozłożył mapę.
-No. Wydaje się daleko.
-Właśnie.
-To może lećmy? Lotnisko nie jest daleko. Samolotem…
-To możemy jedynie dolecieć do nieba, słonko. Nie mamy dokumentów.
Ludzie You-kona, a może nawet MUR`u pewnie pilnują portów. Odpada.
-A co z takimi niepublicznymi lotniskami? Może by wynająć pilota na
lewo?
-Do tego potrzebny jest hajs, złotko. Liczy się kasa.
-Chodźmy więc okraść bank!- Rzuciłam poirytowana. Lex spojrzał na
mnie zaskoczony.
-No. To nie taki głupi pomysł, słonko. Nie taki znowu głupi…
Hahaha ....
OdpowiedzUsuńTe ... dzieci nie były normalne - padłam ...
Nie ładnie panie Lex tak kraść mapy ... Nie ładnie ...
Za co oni chcą kupić te naleśniki? !
Końcówka genialna, ale nie potrafię wyobrazić sb tej Julci okradajacej bank ... Po prostu nie umiem :/
Czekam na nn