czwartek, 14 maja 2015

54 Sklepikarz



-A nie mówiłam! Ha! Ej… gdzie ty jesteś? Hm?
Po jeszcze jednym dniu drogi (znaczy dodajcie sobie jeszcze jedną noc spędzoną z nim na niczym) wreszcie ukazała się nam szosa. Ale jaka piękna! Gładziutka, czarna jak smoła, bez żadnej dziury i tylko prosząca o wypadzik na motor. I właśnie po tym dowiedziałam się, że nie byliśmy w Polsce. Polska takich szos nie ma.
Co do poprzednich dni. Wytłumaczyliśmy sobie wystarczająco dużo, żeby dojść do kompromisu charakterów. Nie wiem co to znaczy. Chyba po prostu przestaliśmy sobie przeszkadzać. Mnie natomiast zaczęły nachodzić okropnie niepokojące myśli. Głównie o rodzinie, ale też o samej sobie. I ciągle męczyły mnie koszmary. Starałam się nie dać po sobie poznać, ale i tak Lex jakieś dwa razy pytał czy wszystko ok. Ok! Nic się nie martw Leksik. Jakoś to będzie, bro.
No i nagle, jak już dotarliśmy do celu, Lexa gdzieś wcięło. A przecież taka piękna okazja, bo właśnie jedzie sobie w tą stronę kamper…
-Jak chcesz.- Westchnęłam, poprawiłam się i wyciągnęłam łapkę w geście autostopowiczowania. O dziwo samochód się zatrzymał. Podeszłam do wysokiego okna. Kierowca opuścił szybę.
-Dzień dobry!- Uśmiechnęłam się najmilej jak mogłam. Za kierownicą siedziała pyzata kobiecina w różowym dresie i z małym pieskiem na kolanach. Z wewnątrz słychać było piskliwe głosiki dzieci. Po rozmowach zauważyłam, że mówili po angielsku. Od razu poprawiłam akcent.
-Good Morning!
Dla was pisać będę od razu przetłumaczony tekst :)
-Oh! Dobry, dobry! Co takie chucherko robi samo w lesie?
-Jestem tutaj tylko dla ptaków, psze pani. Studiuję ornitologię. Niestety kolega chyba zwichnął sobie kostkę- tutaj pokazałam na nagle przybyłego Lexa- i boję się, że z nim nie dam rady wrócić do obozu.
-Ach! A my właśnie do miasta wracamy. Przy okazji możemy was podwieźć… do szpitala.- Kiedy spojrzała na Lexa, to trochę się zawahała, ale najemnik uśmiechnął się jak tylko poczuł kopnięcie w kostkę. Weszliśmy do kampera. Wnętrze było przestronne ale powypychane wszelakimi zabawkami, książkami, kartkami i kredkami. Lexa wepchnęłam na tylne siedzenie przy stoliku, a sama zajęłam miejsce obok kierowcy. Piski, które słyszałam wydawane były przez dwie, słodkie bliźniaczki w różowych sukienusiach. Na oko były tylko trochę starsze od mojego brata. Kiedy Lex usiadł naprzeciw nich od razu ucichły i zrobiły się czerwone na policzkach. Pewnie im się spodobał.
-Jestem Julia.- Podałam dłoń miłej kobiecie.
-Joanna Krist.- Miała bardzo ciepłe dłonie.
-Wracacie z wakacji?- Zagaiłam.
-Z sanatorium. Dziewczynki potrzebują dużo opieki.
-Wiem coś o tym. Mój brat jest chyba niedużo młodszy od nich.
-Z chłopcami to inaczej! Te tutaj to prawdziwe diabełki.
-Jak mają na imię?
-Judith i Jess Jonesówki. O tak. To na szczęście nie ja jestem ich mamą. Ale powiedz. Ty nie jesteś stąd, prawda?
-Zgadła pani. Jestem z Polski.
-Polska? Nie znam tego kraju. Pewnie leży w Europie, prawda?
-Tak. Pomiędzy Niemcami i Rosją.
-Oh! To z Kanady do was daleko! Rodzina nie tęskni?
-Pewnie tak…- Na wspomnienie rodziny coś zakręciło mi się w gardle.
Pani Joanna włączyła radio. Z głośników poleciała radosna muzyczka, której nie znałam. Oglądnęłam się do tyłu na Lexa. Był jak prawdziwa statua. Nawet nie mrugał. Musiałam coś zrobić, bo zaraz zaczęłoby się robić dziwnie.
-Hej, Aleks! Jak tam z nogą?- Spojrzałam na niego wymownie.
-Nadal boli, słooo… Julio.- Pokazałam mu, żeby się uśmiechnął. Szło mu ciężko, ale jakoś wyszedł z sytuacji z twarzą. Teraz pozostawało wytrwać drogę. Do miasteczka dojechaliśmy w dwadzieścia minut. Pani Krist wystawiła nas dokładnie pod drzwiami do szpitala.
-Pa, pa!- Pomachaliśmy im na pożegnanie i ruszyliśmy w przeciwną stronę.
-O ludzie! Ale bym zjadła naleśników.- Na widok baru mlecznego zaczęła mi cieknąć ślinka.
-Te… dzieci nie były normalne.
-Co masz na myśli? Dzieci jak dzieci.
-Miałem przeczucie… Nie ważne. Przydałaby się hajs.
-Prawda. No i sprzęt i jacyś pomocnicy.
-Pomocnicy? Kogo ty chcesz, krasnoludków cze elfy?
-Mówię serio. Chyba dasz radę wytrzasnąć skądś paru znajomych kumpli do pomocy? Wy, tajni gangsterzy macie ich przecież sporo.
-Głupi pomysł, słonko. Najlepiej załatwić wszystko po cichu.- Szliśmy chodnikiem i nie wiedząc co dalej gapiliśmy się na mijających nas ludzi. Znaczy wiedzieliśmy co dalej, bo plan ustaliliśmy, ale trzeba było zacząć wprowadzać go w życie, a to było trudne. Plan dobry nie był, ale zły też nie. Musieliśmy tylko jakimś cudem dostać się do bazy You-kona, zabić go albo przekonać do współpracy, a potem sprzymierzyć się z trzecim gangiem i wykończyć MUR. Zacząć mieliśmy od przechwycenia przesyłki You-kona. Z jej pomocą mogliśmy się targować. W tym wypadku trzeba było trafić na zlecenie, co takie łatwe nie było. Musieliśmy iść do „sztabu” po info. Po sznurku do kłębka, jak to mówią. Szanse na powodzenie w normalnych warunkach były jak jeden do stu. Nie był to jednak normalny przypadek. Lex wiedział, że w jego gangu za niedługo zacznie się coś dziać. Nie chciał powiedzieć co, ale miało to związek z You-konem, a więc jako odciągacz uwagi było idealne. Acha. No i jeszcze musieliśmy się dostać do Ameryki Środkowej, bo tam była główna baza gangu, który mieliśmy zamiar obrabować i pomniejsza tajna kryjówka tego trzeciego. Z Kanady to nie tak znowu daleko, nie?
Zatrzymaliśmy się przy sklepiku z gazetami.
-Dzień dobry. Czy jest CDAction?- Lex przybrał minę chłopaczka od PC`tów.
-Nie ma.-Mrukliwy sklepikarz nawet nie spojrzał na półki.
-A. No nic.- Odeszliśmy z pustymi rękami. No, nie całkiem. Lex zwinął ze sklepiku jakąś mapę, dziennik codzienny i tą słynną stanową gazetę, której nazwy nigdy nie pamiętam. Weszliśmy do pobliskiego baru mlecznego. Wystrój z lat osiemdziesiątych bardzo mi się spodobał. Szczególnie szafa grająca. Usiedliśmy w najdalszym kącie.
-Hej. A czym…- Nie dokończyłam bo obok pojawiła się młoda kelnerka.
-Witamy w „Blue Berly”. Tutaj są karty. Czy mogę coś polecić?- Była niską blondynką o podkreślonych  różową szminką ustach. Kolor bardzo pasował to koszuli koloru waty cukrowej i granatowych legginsów. Na sobie miała też biały fartuszek.
-Tak, proszę.- Najemnik uśmiechnął się do mnie zadziornie.
-Zakochanym…
-My nie…- Nie pozwoliła mi przerwać.
-… polecam naleśniki w karmelu i do tego gorącą czekoladę z muffinką dla dwojga.
-… jesteśmy parą. A macie donuty?- Oferta mnie zaciekawiła. Wydawała się być smaczna.
-Zamiast muffinek.
-Ok.- Uśmiechnęłam się do niej i do Lexa.
-Poprosimy.- Najemnik puścił do mnie oko.
Jeśli on myśli, że dam się na to nabrać, to się myli. Nigdy nie byłam łatwą laską i jeden, przemądrzały zły charakter tego nie zmieni. Nadal jestem Julką lubiącą komiksy i mającą glany w szafie!
Jak tylko kelnerka odeszła, Lex  wyciągnął na stół świeżą zdobycz.
-Obecnie jesteśmy w Vancouver- Otworzył gazetę.
-Fajnie. Zawsze chciałam pojechać za granicę.
-Nie tak znowu fajnie. Do „sztabu” są dwa dni drogi samochodem. Nie wyrobimy się, złotko.- Na stole rozłożył mapę.
-No. Wydaje się daleko.
-Właśnie.
-To może lećmy? Lotnisko nie jest daleko. Samolotem…
-To możemy jedynie dolecieć do nieba, słonko. Nie mamy dokumentów. Ludzie You-kona, a może nawet MUR`u pewnie pilnują portów. Odpada.
-A co z takimi niepublicznymi lotniskami? Może by wynająć pilota na lewo?
-Do tego potrzebny jest hajs, złotko. Liczy się kasa.
-Chodźmy więc okraść bank!- Rzuciłam poirytowana. Lex spojrzał na mnie zaskoczony.
-No. To nie taki głupi pomysł, słonko. Nie taki znowu głupi…

1 komentarz:

  1. Hahaha ....
    Te ... dzieci nie były normalne - padłam ...
    Nie ładnie panie Lex tak kraść mapy ... Nie ładnie ...
    Za co oni chcą kupić te naleśniki? !
    Końcówka genialna, ale nie potrafię wyobrazić sb tej Julci okradajacej bank ... Po prostu nie umiem :/
    Czekam na nn

    OdpowiedzUsuń

Komentarze motywują :)