-Czy ty
zwariowałeś?
Siedzieliśmy
z najemnikiem w jednej z droższych restauracji w mieście czekając na zamówione
dania. Nazwy w karcie nie brzmiały apetycznie, ale zapewnienia towarzysza jakoś
mnie przekonały do wywijasowo zapisanych dań.
-Nie. To
moja propozycja.
-Przecież
widzę! No way! Nie zgadzam się.
-Zastanów
się- Lex patrzył na mnie w sztywny sposób.
Od samego
momentu zaparkowania przy „Carpe die`m” był wycofany, zimny i bardzo konkretny.
Nie jak on. Ani razu nie nazwał mnie „słonkiem”. To znaczy, nie żeby mi to
przeszkadzało… po prostu było jakoś tak… nieprzyjemnie.
-Nie mogę-
odpowiedziałam po chwili milczącego wgapiania się w okno.
-Dlaczego?
Wynagrodzenie…
-… mnie nie
interesuje- przerwałam mu.- Nie jestem jakimś tanim rzezimieszkiem, który za
stówkę pójdzie na akcję! I to jeszcze taką! Za kogo ty mnie masz? Za... za… swawolną
dziewoję?!
-Uspokój
się. Nie uważam tak. Chcę cie wynająć do fachowej… misji…
-No właśnie!
Masz tyle idących na łatwiznę agentek, a akurat ja wpadłam ci w oko!
Niedoświadczona, gimnazjalistka, nieobyta, nieumiejąca… Zastanawiam się po co
ci ktoś taki jak ja. Jako przynęta? A może najemnicy teraz w takich gustują,
co? W bezbronnych.
-Nie jesteś
bezbronna- najemnik złapał mój wzrok i zmusił do zamknięcia niewyparzonej buzi,
jaką posiadam.
-A więc o co
chodzi?- zapytałam w końcu spokojnie.
Patrzyłam na
niego nie z nadzieją, że tylko sobie żartuje. Nie wiem, czy czułam się jak
gdyby właśnie wpadł do środka nauczyciel i powiedział, że jutro mam pisać test
z całego materiału, czy raczej jak dziecko, któremu mama każe posprzątać pokój.
Lex chciał,
żebym przyjęła ofertę. Miałam zgodzić się i wykonać zlecenie. Czy mogłam to
zrobić? Czy mogłam uwieść jednego z młodych miliarderów, wejść w jego łaski,
zaprzyjaźnić się z nim, a potem wystawić
okradając z tego, o co prosił mnie najemnik? Na razie wiedziałam tylko
tyle, ale przeczuwałam, że sprawa jest większa, bo inaczej Lex nie stawiał by
na tak niepewnego konia.
Bosz.
Porównałam się do zwierzęcia…
-Potrzebuję
cię…
-Przestań.
Nie chcę więcej tego słyszeć- rzuciłam w niego ostrymi emocjami.- Albo powiesz
o co, konkretnie chodzi i przestaniesz sprzedawać mi ten słodki kit, albo stąd
wyjdę i już nigdy więcej mnie nie zobaczysz.
Ech. Z tym
trochę przesadziłam, ale nie mogłam się powstrzymać. Ten idiota zaczynał mnie
wkurzać. Wyjeżdżał mi z takimi tekstami, a mówił o czymś na serio poważnym. Nie
lubię takich sytuacji.
-Nie mogę
przedstawić ci wszystkich aspektów oraz planów zadania. To byłoby…
-Bardzo
odpowiednie w tej sytuacji.- weszłam mu w słowo.
Chyba tego nie
lubi, bo wzdrygnął się i jeszcze bardziej wyprostował.
-No co?
Czego się spodziewałeś? Że podpiszę kontrakt nie wiedząc co w nim jest?
Najpierw wyłożysz mi kawę na ławę, wszystkie dane jakie posiadasz, cały plan,
zarys sytuacji, cele i kolorowe mapki, a potem zdecyduję, czy warto brać w tym
udział.
-Nie mogę.
Jego jasna
fryzura mocno kontrastowała z czarnymi szkłami okularów. Nie mogłam się
dopatrzyć błękitu oczu. Mogłam jednak przeglądnąć się w czerni jak lustrze. A
właśnie. W czerni.
-Nie idę z
tobą w ciemno, Lex. Zdecyduj się. Ta misja jest dla ciebie, aż tak ważna, żeby
do zabawy mnie zapraszać, czy nie?
-Jest.
Pozwól, że przedstawię ci moich ludzi. -uśmiechnął się tak szelmowsko i uroczo,
że nawet podłapałam ten gest i lekko odpowiedziałam.
Zanim jednak
odwróciłam wzrok w stronę, którą wskazał poczułam w głowie okropny, pulsujący
nieprzyjemnie dźwięk dzwoneczka ostrzegawczego. W szkłach okularów dostrzegłam
zarys sylwetki. Zareagowałam machinalnie. W sekundzie znalazłam się za osobą z bronią,
trzymając jej nadgarstek i unieruchamiając dłonią zaciśniętą na szyi. Kopnęłam
człowieka, który według „MutantSense” mi zagrażał, w kolana, zmuszając go do
klęknięcia. Trzymając przechyloną szyję niedoszłego napastnika przy wilczych
kłach wyczułam kwiecistą woń bzu. Różowe perfumy bardzo pasowały do sylwetki
kobiety, którą unieruchomiłam.
W
restauracji nie było żadnych cywili. Uświadomiłam to sobie gdy na znak Lexa
wszyscy znieruchomieli tak, jak stali. Widziałam dłonie zaciśnięte pod
marynarkami i przygotowane na wszystko twarze. Pstryknięcie palców i już bym
nie żyła. No… może gdybym nadal była człowiekiem. A teraz? Kto to wie…
-Czyżbyś się
mnie bał, Leksik?
Zacisnęłam
usta nie pokazując mu jak białe mam ząbki. Teraz był jego ruch.
-Ha! Ja, ciebie?
Nigdy!
Nagle dawny
Lex znowu powrócił. Poczułam ulgę. Moje kobiece zmysły podpowiadały, że to była
próba, a ja ją przeszłam. Całe szczęście rozmowy o pracę w normalnym świecie
tak nie wyglądają! Rozwinęłam podłapaną myśl i doszłam do wniosku, że sprawa
jest poważna, a Lex nie pozwoli mi wyjść bez podpisania umowy. I dlatego
powinnam wynegocjować jak najlepsze warunki.
-Twoi ludzie
mi przeszkadzają.
-Oczywiście
księżniczko! Już rozkazuję swoim podwładnym. Podwładni!
Na teatralny
rozkaz tamci zebrali swoje psychopackie tyłki i opuścili lokal. Została tylko
kobieta, którą trzymałam.
-Może byś
jej pozwoliła wykonać rozkaz, co? Inaczej będę musiał ją według prawa
księżniczek ściąć, słonko.
-Acha. IronicznyPanLexWielki
powrócił.- Odpowiedziałam zgryźliwie puszczając jego człowieka wolno.
Odezwałam
się dopiero gdy zostaliśmy sami.
-A teraz
przejdźmy do interesów.
-Ależ
oczywiście, słonko! Lecę i zadzieram kiecę! Chodźmy zatem do kuchni.- Zaśmiał
się odkładając okulary i kierując się na zaplecze.
-A więc
jednak mam zostać twoim rzeźnikiem, co?
-Zapewne pięknie
siekasz nożem, ale potrzebuję twojej dziewczęcej wersji.
-Czyżbyś
sugerował, że siekając mięcho nie jestem dziewczęca?
-Nie… Ja to
powiedziałem?
Zaczęliśmy
się śmiać. Weszliśmy wreszcie do kuchni, która okazała się być prawdziwym
składowiskiem smacznych potraw i kart danych. Pełno pysznych wykresów, map i
list.
Chyba jednak
nie mogę się doczekać nowej pracy…
XD
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze motywują :)