środa, 23 września 2015

88 Carpe die`m



-Czy ty zwariowałeś?
Siedzieliśmy z najemnikiem w jednej z droższych restauracji w mieście czekając na zamówione dania. Nazwy w karcie nie brzmiały apetycznie, ale zapewnienia towarzysza jakoś mnie przekonały do wywijasowo zapisanych dań.
-Nie. To moja propozycja.
-Przecież widzę! No way! Nie zgadzam się.
-Zastanów się- Lex patrzył na mnie w sztywny sposób.  
Od samego momentu zaparkowania przy „Carpe die`m” był wycofany, zimny i bardzo konkretny. Nie jak on. Ani razu nie nazwał mnie „słonkiem”. To znaczy, nie żeby mi to przeszkadzało… po prostu było jakoś tak… nieprzyjemnie.
-Nie mogę- odpowiedziałam po chwili milczącego wgapiania się w okno.
-Dlaczego? Wynagrodzenie…
-… mnie nie interesuje- przerwałam mu.- Nie jestem jakimś tanim rzezimieszkiem, który za stówkę pójdzie na akcję! I to jeszcze taką! Za kogo ty mnie masz? Za... za… swawolną dziewoję?!
-Uspokój się. Nie uważam tak. Chcę cie wynająć do fachowej… misji…
-No właśnie! Masz tyle idących na łatwiznę agentek, a akurat ja wpadłam ci w oko! Niedoświadczona, gimnazjalistka, nieobyta, nieumiejąca… Zastanawiam się po co ci ktoś taki jak ja. Jako przynęta? A może najemnicy teraz w takich gustują, co? W bezbronnych.
-Nie jesteś bezbronna- najemnik złapał mój wzrok i zmusił do zamknięcia niewyparzonej buzi, jaką posiadam.
-A więc o co chodzi?- zapytałam w końcu spokojnie.
Patrzyłam na niego nie z nadzieją, że tylko sobie żartuje. Nie wiem, czy czułam się jak gdyby właśnie wpadł do środka nauczyciel i powiedział, że jutro mam pisać test z całego materiału, czy raczej jak dziecko, któremu mama każe posprzątać pokój.
Lex chciał, żebym przyjęła ofertę. Miałam zgodzić się i wykonać zlecenie. Czy mogłam to zrobić? Czy mogłam uwieść jednego z młodych miliarderów, wejść w jego łaski, zaprzyjaźnić się z nim, a potem wystawić  okradając z tego, o co prosił mnie najemnik? Na razie wiedziałam tylko tyle, ale przeczuwałam, że sprawa jest większa, bo inaczej Lex nie stawiał by na tak niepewnego konia.
Bosz. Porównałam się do zwierzęcia…
-Potrzebuję cię…
-Przestań. Nie chcę więcej tego słyszeć- rzuciłam w niego ostrymi emocjami.- Albo powiesz o co, konkretnie chodzi i przestaniesz sprzedawać mi ten słodki kit, albo stąd wyjdę i już nigdy więcej mnie nie zobaczysz.
Ech. Z tym trochę przesadziłam, ale nie mogłam się powstrzymać. Ten idiota zaczynał mnie wkurzać. Wyjeżdżał mi z takimi tekstami, a mówił o czymś na serio poważnym. Nie lubię takich sytuacji.
-Nie mogę przedstawić ci wszystkich aspektów oraz planów zadania. To byłoby…
-Bardzo odpowiednie w tej sytuacji.- weszłam mu w słowo.
Chyba tego nie lubi, bo wzdrygnął się i jeszcze bardziej wyprostował.
-No co? Czego się spodziewałeś? Że podpiszę kontrakt nie wiedząc co w nim jest? Najpierw wyłożysz mi kawę na ławę, wszystkie dane jakie posiadasz, cały plan, zarys sytuacji, cele i kolorowe mapki, a potem zdecyduję, czy warto brać w tym udział.
-Nie mogę.
Jego jasna fryzura mocno kontrastowała z czarnymi szkłami okularów. Nie mogłam się dopatrzyć błękitu oczu. Mogłam jednak przeglądnąć się w czerni jak lustrze. A właśnie. W czerni.
-Nie idę z tobą w ciemno, Lex. Zdecyduj się. Ta misja jest dla ciebie, aż tak ważna, żeby do zabawy mnie zapraszać, czy nie?
-Jest. Pozwól, że przedstawię ci moich ludzi. -uśmiechnął się tak szelmowsko i uroczo, że nawet podłapałam ten gest i lekko odpowiedziałam.
Zanim jednak odwróciłam wzrok w stronę, którą wskazał poczułam w głowie okropny, pulsujący nieprzyjemnie dźwięk dzwoneczka ostrzegawczego. W szkłach okularów dostrzegłam zarys sylwetki. Zareagowałam machinalnie. W sekundzie znalazłam się za osobą z bronią, trzymając jej nadgarstek i unieruchamiając dłonią zaciśniętą na szyi. Kopnęłam człowieka, który według „MutantSense” mi zagrażał, w kolana, zmuszając go do klęknięcia. Trzymając przechyloną szyję niedoszłego napastnika przy wilczych kłach wyczułam kwiecistą woń bzu. Różowe perfumy bardzo pasowały do sylwetki kobiety, którą unieruchomiłam.
W restauracji nie było żadnych cywili. Uświadomiłam to sobie gdy na znak Lexa wszyscy znieruchomieli tak, jak stali. Widziałam dłonie zaciśnięte pod marynarkami i przygotowane na wszystko twarze. Pstryknięcie palców i już bym nie żyła. No… może gdybym nadal była człowiekiem. A teraz? Kto to wie…
-Czyżbyś się mnie bał, Leksik?
Zacisnęłam usta nie pokazując mu jak białe mam ząbki. Teraz był jego ruch.
-Ha! Ja, ciebie? Nigdy!
Nagle dawny Lex znowu powrócił. Poczułam ulgę. Moje kobiece zmysły podpowiadały, że to była próba, a ja ją przeszłam. Całe szczęście rozmowy o pracę w normalnym świecie tak nie wyglądają! Rozwinęłam podłapaną myśl i doszłam do wniosku, że sprawa jest poważna, a Lex nie pozwoli mi wyjść bez podpisania umowy. I dlatego powinnam wynegocjować jak najlepsze warunki.
-Twoi ludzie mi przeszkadzają.
-Oczywiście księżniczko! Już rozkazuję swoim podwładnym. Podwładni!
Na teatralny rozkaz tamci zebrali swoje psychopackie tyłki i opuścili lokal. Została tylko kobieta, którą trzymałam.
-Może byś jej pozwoliła wykonać rozkaz, co? Inaczej będę musiał ją według prawa księżniczek ściąć, słonko.
-Acha. IronicznyPanLexWielki powrócił.- Odpowiedziałam zgryźliwie puszczając jego człowieka wolno.
Odezwałam się dopiero gdy zostaliśmy sami.
-A teraz przejdźmy do interesów.
-Ależ oczywiście, słonko! Lecę i zadzieram kiecę! Chodźmy zatem do kuchni.- Zaśmiał się odkładając okulary i kierując się na zaplecze.
-A więc jednak mam zostać twoim rzeźnikiem, co?
-Zapewne pięknie siekasz nożem, ale potrzebuję twojej dziewczęcej wersji.
-Czyżbyś sugerował, że siekając mięcho nie jestem dziewczęca?
-Nie… Ja to powiedziałem?
Zaczęliśmy się śmiać. Weszliśmy wreszcie do kuchni, która okazała się być prawdziwym składowiskiem smacznych potraw i kart danych. Pełno pysznych wykresów, map i list.
Chyba jednak nie mogę się doczekać nowej pracy…
XD

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze motywują :)