sobota, 18 lipca 2015

79 Kreatura strachu



Czy on myśli, że ja jestem dzieckiem?!
Ten głupi, przemądrzały Lex złapał mnie za rękę jak już miałam zacząć panować nad sytuacją i tym wnerwiającym po całości tonem kazał mi się cofnąć, a potem nie czekając na odpowiedz szarpnął mnie na ziemię, aż sobie dupą na piachu siadłam! Argh! Co za idiota! I jeszcze zaczął coś ględzić o zachowaniu spokoju i że on się wszystkim zajmie. ŻE WHAT?! No co jest, ja się pytam?
-Czy ty zgłupiałeś?- Spytałam go po prostu.
-Możemy zginąć, ale zginiemy w walce. Nie poddawaj się. Jesteśmy…
- Nie widzisz, że już nic nie zrobisz?- Przerwałam mu.  Miał minę zbitego psa i chyba w siebie po raz pierwszy zwątpił. Jego ludzie, wciąż trzęsąc się ze strachu, kurczowo trzymali karabiny.  Wyrwałam mu się i uklękłam na jedno kolano.
Nad nami szumiały wirniki rozpraszając mgiełkę niskich chmur. Do tej pory o niezachwianym uśmiechu, Kraus zacisnął usta w wąską szparkę i wysyczał wściekle:
-Długo jeszcze?! Jeden strzał i was zmiażdżę. Na co czekacie?!
No właśnie. Na co czekaliśmy? Na ratunek? Odkupienie? Wątpliwe aby cokolwiek takiego się pojawiło. Wreszcie i Lex to zrozumiał. Kazał swoim ludziom opuścić broń. Nie miał wyboru. Oni posłuchali go chyba z większą ulgą niż obawą. Kiedy wstaliśmy Obedayah wreszcie mógł zacząć przemówienie. Ktoś podał mu mikrofon. Głośniki doczepione do żołnierzy stojących w kręgu zaszumiały i wszyscy usłyszeli odchrząknięcie „Władcy MUR`u”.
-Zebraliśmy się tutaj, aby uczcić oficjalne pogrzebanie zmarłych buntowników. Jesteśmy pełni podziwu dla ich waleczności i głupoty, a także samo zachwyceni własną potęgą i siłą. MUR na zawsze!
-MUR na zawsze!- Odkrzyknęli ołowiani żołnierze gangu.
-Dzisiaj,- tu zrobił pauzę, w czasie której poprawił włosy i zmienił wyraz twarzy na dość niewinny- umiera ofiara losu. Umiera też niegdyś moja prawa ręka, ukochany syn.
Kiedy usłyszałam jak mnie nazwał przymknęłam tylko oczy zdziwiona, ale kiedy powiedział o Lexie jako o synu, to byłam naprawdę wstrząśnięta. Nie mogłam się powstrzymać i jednak odwróciłam się, żeby  spojrzeć na najemnika. Stał tuż za mną zaciskając szczęki. Oczy mu się szkliły, a napięte mięśnie świadczyły tylko o tym, że jest gotowy skoczyć na Krausa próbując go zabić własnymi rękami. Musiałam coś zrobić, inaczej wybuchlibyśmy przedwcześnie. Zawzięłam się w sobie i wyluzowałam.
-Argh! Czy wszystkie apele są takie nudne?- Powiedziałam teatralnie przy tym ziewając.
Atmosfera nagle się zagęściła. Chłopaki z kręgu wstrzymali oddech. Pewnie myśleli, że to właśnie będzie ten, końcowy, moment. Nic bardziej mylnego. To był dopiero początek.
-Nie zaaranżowałeś żadnego poczęstunku, żadnej muzyki, żadnego występu tanecznego. Zanim skończysz, to my już będziemy martwi, Panie Kraus.
Kumacie to uczucie, kiedy kłócicie się z nauczycielem o ocenę, a on przyjmuje wasze argumenty i zamiast przepisowo wkleić wam naganę zaczyna z wami rozmawiać? Tak samo się czułam gdy Obedayah Kraus uśmiechnął się lekko na moje słowa.
-Co proponujesz?- Ton miał niski i spokojny.
-Proponuję,- zrobiłam krok w przód przy dźwięku odbezpieczanej broni- grę.
-Grę?- Tamten spojrzał ostentacyjnie po swoich ludziach.
-Co ty robisz?- Lex szepnął mi konspiracyjnie do ucha.
-Nic się nie martw, Leksik.- Odpowiedziałam równie konspiracyjnie.
-Mam z wami grać?- Zapytał tamten.
-Nie z nami. Ze mną. Tamci się nie liczą.
-Oh tak?- Roześmiał się po raz kolejny Kraus ale zaraz zrzedła mu mina.
-Tak.- Zrobiłam kolejny krok. Żołnierzyki „Władcy” prawie by do mnie strzeliły gdyby ich nie zatrzymał. Pozwolił mi podejść jeszcze bliżej.
-A dlaczegóż to, oni nie są ważni? Hę?
-Dlatego, bo to nie oni wezwali posiłki.
I w tym momencie usłyszeliśmy przeraźliwe wycie. Wycie Wielkich Wilków.
Dziesiątki tych pół ludzi pół zwierząt, często nazywanych Wilkołakami, zmieszało się w pożodze walki z żołnierzami. Wszyscy wystrzelili, rzucali się po broń, uciekali. Polała się krew. W tłumie mignęła mi parę razy sylwetka przywódcy tych krwawo precyzyjnych stworzeń, ale byłam zbyt zajęta biegiem i naciskaniem spustu, żeby chodź na chwilę zastanowić się nad ciągiem dalszym. Zarejestrowałam jedynie padających na ziemię ludzi i znikającego we włazie czołgu Krausa. Chwilę potem pomagałam jednemu z Wilkołaków złapać za kołnierz Pytalskiego, aby mogli zabrać wszystkich i się wycofać. Niestety Obedayah okazał się być zbyt godnym przeciwnikiem i Wielkie Wilki podjęły decyzję o zebraniu rannych i wycofaniu się. Mieliśmy za mało czasu na pogoń za „Władcą MUR`u”, a zamieszanie sprawiło, że nagle odnalazłam się z Lexem za plecami naprzeciw linii czołgów. Ostatni z Wilków pozostałych na polu bitwy doskoczył do mnie i chciał zbliżyć do siebie nasze nosy, ale ja nosiłam maskę i połączenie się nie udało. Domyślałam się jednak dlaczego zostaliśmy tam. Wilki były zbyt ranne, żeby zabrać i nas. Te chwile gryzienia i szarpania pazurami ciał były wszystkim na co mogliśmy liczyć. Naszą winą było, że zamiast uciekać strzelaliśmy do pancernego pojazdu jak idioci.
Staliśmy więc tam. Ja z Waltherem w jednej ręce, a nożem w drugiej, a on z granatem w jednej i Karabinem w drugiej. Zamieniliśmy miejsca. Teraz staliśmy równolegle do pojazdów. Zniszczona całkowicie, północna część budynku posypała się całkowicie otwierając przed nami zamkniętą wolność. Kraus wychylił się z czołgu.
-Baj, baj!- Powiedział i nacisnął czerwony przycisk.
Pocisk poleciał prosto w nas. Nie mieliśmy drogi ucieczki. Nie mieliśmy obrony. A wiecie co jest najskuteczniejszą obroną? Atak. W dokładnie jednej sekundzie dopuściłam do siebie całą czerń jaka się we mnie uzbierała. A było jej dużo, oj dużo. O czarnych łuskach i oczach smoka odepchnęłam Lexa do tyłu. O nadnaturalnej sile i wielkiej mocy złapałam najbliższy wielki głaz i zasłoniłam nas nim. Już jako pełny mutant przyjęłam pocisk na prowizoryczną tarczę.  Fala uderzeniowa rzuciła mnie na kolana. Huk na chwilę mnie ogłuszył, a pył całkowicie zasłonił całe pole widzenia. Wyczerpane mięśnie zwiotczały i z odłamkami głazu padłam na glebę.
Kraus zobaczył tylko jak upadam. Zaśmiał się więc histerycznie. Nie musiał nawet naciskać reszty guziczków. Jego w tym niedoczekanie! Czerń nadal we mnie była. Głaz wprawdzie nie przeżył, ale ja miałam się całkiem dobrze. Jak Kapitan Ameryka po uderzeniu Thora w jego tarczę (w filmie „The Avengers”). W gruncie rzeczy, to mocnego materiału był ten budynek, nie? Nie ważne.
Przeciągnęłam się prostując kości, a przy każdym ruchu Kraus robił się coraz bardziej wystraszony i wkurzony. Kiedy ponownie stanęłam nie byłam już zwykłą dziewczyną, którą on chciał zlikwidować. Byłam w pełni mutantem.
 W pełni kreaturą strachu.

1 komentarz:

  1. No nieźle nieźle.
    Ratujesz leksika xdd piękne
    ciekawe co ten gościu powie o tb jako mutant xdd
    lecę dalej bo mnie wciągnęło xdd
    ~ Alex ♡ _ ♡

    OdpowiedzUsuń

Komentarze motywują :)