sobota, 25 lipca 2015

Śpiew Syren cz.1



Sprawca wszystkiego- donut w różowej polewie.
Sedno sprawy- ogon i łuski.
Miejsce i czas- rodzinne wakacje Julii nad morzem.
No ale co ma piernik do wiatraka? No, nie wiem. Za to donut do łusek dużo.

Dziewczyna przeszła na drugą stronę drogi, bo na chodniku zrobiło się tłoczno. W ręce dziewczyński do cna smakołyk, w głowie burzliwie myśli buntowniczej nastolatki. Uciekłszy z ogarniętego nudą i wzajemną wrogością, tymczasowego domu pragnęła wreszcie odpocząć. 25 sierpnia za pasem i do końca mordowania się z rodziną jeszcze daleko.
-Przepraszaam!- Przepychając się łokciami i kolanami pośród natłoku ludzi dążyła do dotyku piasku i morskiej wody. Chitynowo opancerzone świadomości wreszcie wolnych od pracy ludzi nawet nie zarejestrowały jej w swoich centralach. Z ciągłym westchnięciem i politowaniem nad własnym, umorusanym w codzienności gatunkiem, wreszcie dotarła do plaży. Południowe słońce odgoniło chmury z horyzontu, a więc to właśnie złoto-niebieski obraz miała przed oczami. Zanurzyła stopy w lodowatej wodzie, a zęby w przepysznym pączku z dziurką. Westchnęła. Takie chwile to prawdziwa rzadkość.
-Jaaaahiiiii! Jeeeeaaa! Ha ha ha!
Fale przecięła motorówka ciągnąca za sobą dmuchany materac. Julka zmarszczyła brwi.
-I to by było na tyle. Idioci…
Nie mogąc wytrzymać w słońcu ani chwili dłużej zgarnęła ręcznik i podreptała rozłożyć sobie gdzieś dalej parasol. Najpierw odgarnęła piasek tworząc okop, a potem ułożyła w specjalistyczny sposób koc i jak kotka się w nim umościła. Do szczęścia brakowało jej książki. Z rozkoszą otworzyła trzecią część „Pomnika Achai” odkładając czerwoną zakładkę tam gdzie zawsze- za biust. Nigdzie indziej nie mogła, bo wiedziała, że zgubi. Nawet motorówki jej nie przeszkadzały. Zatopiła się w książce.
No, a po trzydziestu minutach wartkiej akcji byłą już przy pięćdziesiątej stronie, a temperatura zaczęła dosłownie dopiekać. Odłożyła więc książkę do plecaka i wypijając połowę coli włożyła strój. Czarne bikini nie prezentowało się powalająco, ale jak na taki wyjazd w pełni wystarczyło. W okolicy same dzieciaki z rozleniwionymi rodzicami i walenie wyłożone na ręcznikach w paski. Zawsze ją to zastanawiało, jak to możliwe, że ci ludzie potrafili tyle wytrzymać na słońcu? Przecież ona to już by miała zwęgloną skórę do cna, a te kurczaki codziennie się wylegują po dwanaście godzin w upale.
Schowała wszystko do plecaka, który przykryła piaskiem i poszła do wody.
W tym samym czasie wędkarze z małego kutra niedaleko właśnie zarzucili sieci. Kolejny nieudany dzień nie mógł wchodzić w rachubę z powodu długu wobec Petuni- siostry kapitana. Kobieta dopłaciła bratu sporą sumkę do inwestycji, która miała stać się strzałem w dziesiątkę, ale okazała się nie przynosić zysków, a nawet straty. Brodaci mężczyźni odruchowo już wykonywali zwyczajne, rybackie czynności. Z tym wyjątkiem, że na statku niecodziennie był tego dnia gość.
-Proszę usiąść. To trochę potrwa.- kapitan Radost pokazał na wąską deskę.
-O nie! Musze widzieć.- szczupła blondynka prawie przeleciała przez całą długość pokładu, żeby z bliska przyjrzeć się wrażeniu zwijającej się liny.
-Tylko niech pani uważa, bo ślisko!
-Ta…- kobieta nawet nie usłyszała mężczyzny.
Kapitan westchnął i upił łyk kawy z zielonego kubka. Nie zwykł zabierać na „Selenę” obcych.
-Radek?
-No co jest, Jacek?
-Muszę z tobą porozmawiać.- Najstarszy z marynarzy wcisnął się do malutkiej kajuty.
-Myślisz, że i dzisiaj nam się nie uda?- Radost przeczesał palcami najdłuższą brodę w okolicy.
-Nie… ja nie o tym. Tylko… ta baba…
-Panna Kesja Poros. Studentka na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pisarka i tłumacz.- kapitan przeczytał z wizytówki.- O tą babę ci chodzi?
-No… tą blondynę.- Marynarz coraz energiczniej międlił żółtą czapkę przywiązaną do paska.
-Co z nią?
-Baba na pokładzie zawsze oznacza nieszczęście. Zawsze! I po cośmy ją brali? Co ona? Tylko nam się na ręce patrzy jak wrona i lata po pokładzie jakby jej kto węgorza w dupę wsadził.
-Pisarką jest i informacje zbiera. Po za tym zapłaciła.
-A ile? Znaczy jeśli wolno spytać…
-A wolno, wolno. Tygodniówkę na zaliczkę dała, a jak się jej rejs spodoba, to mamy ją zabrać dalej i wtedy trzy razy tyle dostaniemy.
-Ło. Bogata paniusia. W szlachcie jakiej chowana, czy co?
-A gdzie tam! Albo… Nie wiem. Może i tak. A ty, Jacek co? Roboty nie masz?
-Chwilę tylko mam kapitanie, bo ten młody, co goście z bratem na pokład niedawno przyjęli, to do roboty aż się rwie, no i moją cześć zrobił już, mątwa jedna.
-Ty na niego nie psiocz, tylko się ciesz, że za ciebie robi.
-No nie psioczę przecie, nie psioczę.
-No. To mów mi teraz. Jak ci młodzi się nam spisują?
-A dobrze. Dobrze.
-I co? I tyle mi powiesz?
-A co kapitan chce wiedzieć?
-Nic już wiedzieć nie chcę. Nic. Wracaj na pokład. Tylko weź zerknij na tą, no… Kasię, żeby nam czego tam nie porobiła. Jasne?
-Jasne jak puszka sardynek, kapitanie.
-To dobrze. To dobrze…- Mężczyzna wrócił do kawy jak tylko marynarz wyszedł.
Radosław miał dobre przeczucia co do tego dnia, a kiedy rano spotkał pisarkę, to prawie go olśnił blask nadchodzącego szczęścia. Wrócił do głaskania brody bacznie obserwując skaczącą po pokładzie jak pasikonik kobietę. Jego ludzie, co widział po twarzach, byli rozśmieszeni, a co najwyżej poirytowani zachowaniem pisarki. Tego jak ktoś prosi cię co chwila o narzędzia, których używasz, a potem dokładnie je bada, albo jak stuka co chwila w podłogę, dotyka lin, czy mierzy krokami odległości nie wytrzymałby prawie żaden człowiek. Całe szczęście zawód rybaka miał w sobie zasadę cierpliwości. Po jakiś pięciu minutach szaleńczej pogoni za weną pisarka zmachana swoją pracą opadła na wąską ławeczkę. Kapitan zszedł na pokład i usiadł obok.
-Podoba się pani mój statek?- zagadnął.
-Pasuje do świata przedstawionego, który kreuję.
-Rozumiem… Co powie pani, żebym przedstawił panią załodze?
-Nie trzeba. Dam sobie radę i bez tego.- Kesja prychnęła nużąc się osobą kapitana. On to jednak zauważył.
-Wie pani jak nazywa się to urządzenie tutaj?
-Nie rozumiem pana pytania.- Tamta spojrzała na niego lekko pogardliwie.
-Pisarka powinna wiedzieć o czym pisze!- Odrzekł dobrodusznie tamten trafiając w sedno.
-A. Ale… ależ ja…
-Z chęcią pokaże pani także resztę urządzeń na moim statku.
-A więc… Jak nazywało się to urządzenie?
-To jest… Co jest?!
Zaskoczona mina kapitana Radosta była jak najbardziej na miejscu przy niespodziewanym przechyleniu się „Seleny” i dźwięku dzwonka oznajmiającego połknięty przez grubą rybę haczyk. Marynarz Jacek dbał o tradycję przy pracy, więc zawsze wyrzucali w morze choć jedną wędkę. Ta na kutrze była o wiele większa niż te, które można zobaczyć w sklepie sportowym, a więc dla wszystkich na statku (oprócz pisarki) wydało się to dziwne i przerażające, że gruba ryba była aż tak blisko plaży. Trzeba tutaj zaznaczyć, że nazwa „gruba ryba” nie jest używane tutaj ani dookreślenia bogatej szychy z miasta, ani utuczonej flądry.
-Co do cholery?!- stary Jacek był zdumiony tak samo jak reszta, ale lata stukania obcasami o pokładowe deski nauczyły go, że na morzu zdarzają się przeróżne rzeczy, więc bez chwili wahania  sięgnął do śruby zatrzaskowej i zaciągnął wędkę nabijając rybkę na haczyk. Po pół godzinie mordowania się z obiadem i własnymi siłami, a także słuchania zachwyconych pisków blondynki, mężczyzną wreszcie udało się wyciągnąć na pokład upragnioną zdobycz.
W momencie, kiedy Julka smarowała nogi olejkiem, marynarze przykładali sobie dłonie do ust.
Byli oniemiali. Ze strachu i zachwytu.

1 komentarz:

  1. Hej ;)
    Wiem że powinnam się już zacząć wstydzić zaległościami, ale musisz mi jeszcze trochę wybaczyć.
    Na razie mam dla cb nominację do wykonania pewnego zadania.
    Szczegóły tutaj:
    http://jess-i-jej-dziwne-zycie.blogspot.com/2015/08/tag.html?m=1
    Ściskam :*

    OdpowiedzUsuń

Komentarze motywują :)