środa, 1 lipca 2015

76 Pytajnik



Przyłożyła dłoń do szkła.
 Cienka tafla oddzielała ją od ukochanej mamy, której zapomniała kupić kwiatów na Dzień Matki.  Wokół krzątali się ludzie, ale dla niej czas nie istniał. W myślach roztrząsała wszystkie rodzinne chwile. Przypomniała sobie wszystkie swoje porażki i błędne decyzje. Zamglonymi od obrazów oczami patrzyła na swoje przewinienia. Ktoś wreszcie szturchnął ją w ramię.
-Jesteśmy gotowi.- Jeden z przybocznych Lexa pokazał na migający pasek odliczający sekundy przed wybuchem. Nie mieli innego wyjścia jak rozwalić klatki, bo system zabezpieczeń i hasła do odblokowania przepadły wraz z Krausem. Najemnik wysłał pokaźną grupę poszukiwawczą, a raczej swoich „łowców”, ale mężczyzna nie pozostawił po sobie żadnych śladów i znalezienie go wydawało się być czymś niknącym w szansach.
-Trzy. Dwa. Już!
Wybuchy były małe ale dość mocne na rozwalenie pancernego szkła nie raniąc przy tym rodziny Julki. Po wyciągnięciu z klatek włożyli ich do płóciennych worków, przypominających te na „dead body”, i po dwóch zaczęli znosić korytarzami w stronę wyjścia z budynku. Niżej miał czekać van.
-Wiesz, możesz ją już ściągnąć.- Wojak niosący brata dziewczyny pokazał na czarną maskę.
-Hę?- Była zaskoczona, że się do niej odezwał.
-My tu sami swoi. Nie masz czego strachać.- Kontynuował tamten. Był pełno pomarańczowym rudzielcem o bujnej brodzie i czuprynie przytrzymywanej w ryzach prze maskę przeciwgazową.
-Tak jest lepiej.- Odburknęła chłodniej niż chciała.
-No weź! Nie możesz być aż taką szkaradą. A uwierz widziałem już niejedną paskudę!
-No nie… Borka znowu zaczyna. Panowie! Korki do uszu…- Któryś z chłopców z kompanii rzucił do reszty.
-A byłaś kiedyś może w Monte Carlo?- Niezrażony rudzielec uśmiechał się do dziewczyny przyjacielsko.
-Nie.- Miała przeczycie, że zaraz usłyszy jakąś wojskową opowieść.
-A! To żałuj. Wyobraź sobie wysokie góry opadające strzelistymi budowlami wprost w lazurowe wody. Wiatr wieje od południa. O brzeg rytmicznie obijają się fale. Jest ciepły czerwiec. Akurat dostałeś przepustkę i postanawiasz się zabawić. W drodze na plażę zahaczasz o kasyno. Pieniądze przelewasz przez palce i już z pusta kartą zanurzasz się w ciepłej o tej porze roku wodzie.
-Hm… Pięknie.- Teraz to i ona się rozmarzyła. Rudy widząc to uśmiechnął się promiennie.
-Taa. Całkiem było fajnie. I wyobraź sobie, dziewczyno, że kiedy już zaczynasz marzyć aby ta chwila była wieczna za tobą wybucha panika. Początkowo parę krzyków, aż w końcu prawie całe miasto. Wszystko wrze. Odwracasz się więc, wściekły i przed sobą widzisz skamieniałą gębę. Ni żaba, ni niedźwiedź, ni człowiek. „Co jest, kurwa fa?” Się pytam, a to mi jak ryknęło tak całkiem spluty byłem. No mówię ci! Ślina tego brzydactwa aż ze mnie ściekała.
-Fuuuj…
-No i się miarka przebrała. Kreatura oberwała ode mnie prawym sierpowym w ten wykrzywiony pysk. Jak już złapałem oddech, to i jeszcze raz mu przyłożyłem, mutasowi, prosto w gardło. Ha! Co to była za walka. Się okazał potwór wielgachny jak koń, a ja przecież w szortach byłem, nie? No to się my lali na pieści. No gołymi rękami go okładałem, zwyrodnialca.
-Bez broni?
-Bez! Golusieńki normalnie byłem. No oprócz tych szortów, oczywiście.
-Taa! Ty go nie słuchaj, bo on bujdy ci sprzedaje!- Ktoś krzyknął z tyłu.
-A jakie bujdy?! Jakie bujdy! No przecież dowód mam.- Barka szczerze się obruszył.
-Masz?- Dziewczyna zapytała z lekkim niedowierzaniem.
-No. A co, nie wierzysz, że to prawda, co mówiłem, nie?
-Pokażesz?
-Dobra. Patrz. To ząb jest tego mutasa. Wypadł mu po pierwszym sierpowym.- Mężczyzna wyjął wisiorek spod koszuli. Domniemany ząb był wielkości kciuka ale mocno przypominał spłaszczoną spiralkę. Był bielusieńki.
-A jak go pokonałeś?- Zapytała stawiając stopę na kolejnym stopniu.
-Ha! Jak, pytasz? A tak. Już wspominałem, że  kreatura konia wspominała. A ja, za młodu na ranczo wychowany, do koni smykałkę mam, to więc wskoczyłem na grzbiet kosmicie.
-Ujeżdżałeś mutanta?- Dziewczyna była pełna podziwu dla najemnika.
-A gdzie tam! Zamiast kopyt, to to stworzenie łapska miało. I to trzy pary, kurde balans! Zaraz mi nogę rozorał mutas jebany, kurwa fa. No i teraz sztuczne mam dziadostwo zamiast prawdziwej kończyny.
-Taa?- Dziewczyna odruchowo zerknęła ku nodze mężczyzny.
-Taa! A ja sobie, słuchaj, nic z tego nie zrobiłem, że mi potworzysko karierę sprintera odebrało. Bardziej mnie wkurzyło, że mi urlop zepsuło. To wiec mówię sobie: „Borka, temu gnojowi, to na sucho nie ujdzie!”. I się zabrałem za rozpierdol. Wiesz jaka jest moja pierwsza zasada?
-Nie…
-Nie mam jej! Pierwsze zasady są do dupy. Złapałem brzydala za łeb i ściskam. Nóg już użyć nie mogłem, ale ja to mam ręce drwala, więc zanim się dziwadło wyzwoliło, to mu ze dwa kręgi szyjne pogruchotałem. A! No i oczy mu wydłubać zdążyłem, kutasowi zasranemu.
-I co?
-I nico. Uciekło mu się, kurwa fa, do morza. Spierdolił, jak zobaczył, że z życiem nie ujdzie.
-Łooo.- Wyrwało się dziewczynie.
Nagle okazało się, że doszli już do ostatniego stopnia i przed nimi otworem stały drzwi. Julka policzyła, czy czasem nie zapomnieli o kimś z rodzinki. Wszyscy na szczęście byli. Lex kazał władować na pakę rodzinkę dziewczyny, a reszcie czekać na Jeepa. Na okazany ze strony Julki protest zasłonił się procedurami bezpieczeństwa. Mogłaby siłą wedrzeć się do środka odjeżdżającego auta, ale zrezygnowała wyobrażając sobie jak by to wyglądało. Usiadła na kanapie przy oknie. Transport trochę się spóźniał. Wyciągnęła się w kanapie kładąc nogi na szklany stół. Pod nim leżały szczątki jakiegoś żołnierza, ale jej to nie przeszkadzało. Przecież i tak był martwy. Gdzieś w kącie Lex mocno wkurzony wykrzykiwał coś do krótkofalówki. Nie miała ochoty pytać co się dzieje. Zamiast tego przyłapała spojrzenia grupki najemników stojących nieopodal. Bez krępacji patrzyła im w oczy. Wreszcie któryś odważył się podejść.
-Cześć.- Chłopak był chudy i seplenił, przez ogromną szparę po nieobecnych jedynkach.
-Hejka.- Dziewczyna przesunęła się trochę, żeby tamten mógł usiąść.
-Czy to prawda, że zabiłaś You-Kona?
-Ciekawski z ciebie typek.
-Sory. Nie chciałem…
-Nie, spoko. Tak, to prawda.
-A… jak to zrobiłaś? Słyszałem, że maczetą! Nie? Nie maczetą? To pewnie granatem, nie?
-Na pewno chcesz wiedzieć?- Dziewczyna nachyliła się bliżej do niego.
-Ta! – Pokiwał energicznie głową.
-No ok. Zaczęłam od…
-Gwiazdka! Słonko! Pozwól na chwilę.- Lex nie pozwolił dokończyć dziewczynie. Zmusił ją do zostawienia słuchacza i podejścia do ich grupy obradujących.
-?- Taki pytajnik miała na twarzy, a którego nikt nie zobaczył. Czekała więc na wyjaśnienia.
-Mamy mały problem…

2 komentarze:

  1. Yey! ^^ Rodzinka uratowana ;D Juliet pokaże mu swoją prawdziwą twarz? ;] Bardziej im xd Hm.. I jaki mają pomysł? No to czytam dalej xd
    Ściskam i pozdrawiam ;* ;*

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow
    Rodzinka na reszcie będzie wolna xdd
    Ten gadatliwy gościu był straszny. Nie no serio. Zgubiłam się przy kasynie i potem już mało ogarniam ...
    Jaki problem leksik?
    Lecę dalej
    Ściskam mocno
    ~ Alex ♡ _ ♡

    OdpowiedzUsuń

Komentarze motywują :)