Przyłożyła
dłoń do szkła.
Cienka tafla oddzielała ją od ukochanej mamy,
której zapomniała kupić kwiatów na Dzień Matki.
Wokół krzątali się ludzie, ale dla niej czas nie istniał. W myślach
roztrząsała wszystkie rodzinne chwile. Przypomniała sobie wszystkie swoje
porażki i błędne decyzje. Zamglonymi od obrazów oczami patrzyła na swoje
przewinienia. Ktoś wreszcie szturchnął ją w ramię.
-Jesteśmy
gotowi.- Jeden z przybocznych Lexa pokazał na migający pasek odliczający
sekundy przed wybuchem. Nie mieli innego wyjścia jak rozwalić klatki, bo system
zabezpieczeń i hasła do odblokowania przepadły wraz z Krausem. Najemnik wysłał
pokaźną grupę poszukiwawczą, a raczej swoich „łowców”, ale mężczyzna nie
pozostawił po sobie żadnych śladów i znalezienie go wydawało się być czymś
niknącym w szansach.
-Trzy. Dwa.
Już!
Wybuchy były
małe ale dość mocne na rozwalenie pancernego szkła nie raniąc przy tym rodziny
Julki. Po wyciągnięciu z klatek włożyli ich do płóciennych worków,
przypominających te na „dead body”, i po dwóch zaczęli znosić korytarzami w
stronę wyjścia z budynku. Niżej miał czekać van.
-Wiesz,
możesz ją już ściągnąć.- Wojak niosący brata dziewczyny pokazał na czarną
maskę.
-Hę?- Była
zaskoczona, że się do niej odezwał.
-My tu sami
swoi. Nie masz czego strachać.- Kontynuował tamten. Był pełno pomarańczowym
rudzielcem o bujnej brodzie i czuprynie przytrzymywanej w ryzach prze maskę
przeciwgazową.
-Tak jest
lepiej.- Odburknęła chłodniej niż chciała.
-No weź! Nie
możesz być aż taką szkaradą. A uwierz widziałem już niejedną paskudę!
-No nie…
Borka znowu zaczyna. Panowie! Korki do uszu…- Któryś z chłopców z kompanii
rzucił do reszty.
-A byłaś
kiedyś może w Monte Carlo?- Niezrażony rudzielec uśmiechał się do dziewczyny
przyjacielsko.
-Nie.- Miała
przeczycie, że zaraz usłyszy jakąś wojskową opowieść.
-A! To
żałuj. Wyobraź sobie wysokie góry opadające strzelistymi budowlami wprost w
lazurowe wody. Wiatr wieje od południa. O brzeg rytmicznie obijają się fale.
Jest ciepły czerwiec. Akurat dostałeś przepustkę i postanawiasz się zabawić. W
drodze na plażę zahaczasz o kasyno. Pieniądze przelewasz przez palce i już z
pusta kartą zanurzasz się w ciepłej o tej porze roku wodzie.
-Hm…
Pięknie.- Teraz to i ona się rozmarzyła. Rudy widząc to uśmiechnął się
promiennie.
-Taa.
Całkiem było fajnie. I wyobraź sobie, dziewczyno, że kiedy już zaczynasz marzyć
aby ta chwila była wieczna za tobą wybucha panika. Początkowo parę krzyków, aż
w końcu prawie całe miasto. Wszystko wrze. Odwracasz się więc, wściekły i przed
sobą widzisz skamieniałą gębę. Ni żaba, ni niedźwiedź, ni człowiek. „Co jest,
kurwa fa?” Się pytam, a to mi jak ryknęło tak całkiem spluty byłem. No mówię
ci! Ślina tego brzydactwa aż ze mnie ściekała.
-Fuuuj…
-No i się
miarka przebrała. Kreatura oberwała ode mnie prawym sierpowym w ten wykrzywiony
pysk. Jak już złapałem oddech, to i jeszcze raz mu przyłożyłem, mutasowi,
prosto w gardło. Ha! Co to była za walka. Się okazał potwór wielgachny jak koń,
a ja przecież w szortach byłem, nie? No to się my lali na pieści. No gołymi
rękami go okładałem, zwyrodnialca.
-Bez broni?
-Bez!
Golusieńki normalnie byłem. No oprócz tych szortów, oczywiście.
-Taa! Ty go
nie słuchaj, bo on bujdy ci sprzedaje!- Ktoś krzyknął z tyłu.
-A jakie
bujdy?! Jakie bujdy! No przecież dowód mam.- Barka szczerze się obruszył.
-Masz?- Dziewczyna
zapytała z lekkim niedowierzaniem.
-No. A co,
nie wierzysz, że to prawda, co mówiłem, nie?
-Pokażesz?
-Dobra.
Patrz. To ząb jest tego mutasa. Wypadł mu po pierwszym sierpowym.- Mężczyzna
wyjął wisiorek spod koszuli. Domniemany ząb był wielkości kciuka ale mocno
przypominał spłaszczoną spiralkę. Był bielusieńki.
-A jak go
pokonałeś?- Zapytała stawiając stopę na kolejnym stopniu.
-Ha! Jak,
pytasz? A tak. Już wspominałem, że
kreatura konia wspominała. A ja, za młodu na ranczo wychowany, do koni
smykałkę mam, to więc wskoczyłem na grzbiet kosmicie.
-Ujeżdżałeś
mutanta?- Dziewczyna była pełna podziwu dla najemnika.
-A gdzie
tam! Zamiast kopyt, to to stworzenie łapska miało. I to trzy pary, kurde
balans! Zaraz mi nogę rozorał mutas jebany, kurwa fa. No i teraz sztuczne mam
dziadostwo zamiast prawdziwej kończyny.
-Taa?-
Dziewczyna odruchowo zerknęła ku nodze mężczyzny.
-Taa! A ja
sobie, słuchaj, nic z tego nie zrobiłem, że mi potworzysko karierę sprintera
odebrało. Bardziej mnie wkurzyło, że mi urlop zepsuło. To wiec mówię sobie:
„Borka, temu gnojowi, to na sucho nie ujdzie!”. I się zabrałem za rozpierdol.
Wiesz jaka jest moja pierwsza zasada?
-Nie…
-Nie mam
jej! Pierwsze zasady są do dupy. Złapałem brzydala za łeb i ściskam. Nóg już
użyć nie mogłem, ale ja to mam ręce drwala, więc zanim się dziwadło wyzwoliło,
to mu ze dwa kręgi szyjne pogruchotałem. A! No i oczy mu wydłubać zdążyłem,
kutasowi zasranemu.
-I co?
-I nico.
Uciekło mu się, kurwa fa, do morza. Spierdolił, jak zobaczył, że z życiem nie
ujdzie.
-Łooo.-
Wyrwało się dziewczynie.
Nagle
okazało się, że doszli już do ostatniego stopnia i przed nimi otworem stały
drzwi. Julka policzyła, czy czasem nie zapomnieli o kimś z rodzinki. Wszyscy na
szczęście byli. Lex kazał władować na pakę rodzinkę dziewczyny, a reszcie
czekać na Jeepa. Na okazany ze strony Julki protest zasłonił się procedurami
bezpieczeństwa. Mogłaby siłą wedrzeć się do środka odjeżdżającego auta, ale
zrezygnowała wyobrażając sobie jak by to wyglądało. Usiadła na kanapie przy
oknie. Transport trochę się spóźniał. Wyciągnęła się w kanapie kładąc nogi na
szklany stół. Pod nim leżały szczątki jakiegoś żołnierza, ale jej to nie
przeszkadzało. Przecież i tak był martwy. Gdzieś w kącie Lex mocno wkurzony
wykrzykiwał coś do krótkofalówki. Nie miała ochoty pytać co się dzieje. Zamiast
tego przyłapała spojrzenia grupki najemników stojących nieopodal. Bez krępacji
patrzyła im w oczy. Wreszcie któryś odważył się podejść.
-Cześć.-
Chłopak był chudy i seplenił, przez ogromną szparę po nieobecnych jedynkach.
-Hejka.-
Dziewczyna przesunęła się trochę, żeby tamten mógł usiąść.
-Czy to
prawda, że zabiłaś You-Kona?
-Ciekawski z
ciebie typek.
-Sory. Nie
chciałem…
-Nie, spoko.
Tak, to prawda.
-A… jak to
zrobiłaś? Słyszałem, że maczetą! Nie? Nie maczetą? To pewnie granatem, nie?
-Na pewno
chcesz wiedzieć?- Dziewczyna nachyliła się bliżej do niego.
-Ta! –
Pokiwał energicznie głową.
-No ok.
Zaczęłam od…
-Gwiazdka!
Słonko! Pozwól na chwilę.- Lex nie pozwolił dokończyć dziewczynie. Zmusił ją do
zostawienia słuchacza i podejścia do ich grupy obradujących.
-?- Taki
pytajnik miała na twarzy, a którego nikt nie zobaczył. Czekała więc na
wyjaśnienia.
-Mamy mały
problem…
Yey! ^^ Rodzinka uratowana ;D Juliet pokaże mu swoją prawdziwą twarz? ;] Bardziej im xd Hm.. I jaki mają pomysł? No to czytam dalej xd
OdpowiedzUsuńŚciskam i pozdrawiam ;* ;*
Wow
OdpowiedzUsuńRodzinka na reszcie będzie wolna xdd
Ten gadatliwy gościu był straszny. Nie no serio. Zgubiłam się przy kasynie i potem już mało ogarniam ...
Jaki problem leksik?
Lecę dalej
Ściskam mocno
~ Alex ♡ _ ♡