Nie lubię
poranków.
A w
szczególności, kiedy budzę się w pomiętych ciuchach w kamperze zaparkowanym na
pustym parkingu. Nie mogę się o to jednak gniewać, bo ten parking jest tuż pod
wrocławskim zamkiem, w którym co roku odbywają się Dni Fantastyki. Tak! Sobotę
spędzę z rodzinką właśnie tam, buszując pomiędzy innymi konwentowiczami w
cudownej atmosferze grona fantastycznych wybrańców.
-Pobudka!
Już siódma! Musimy kupić bilety. Tato! No wstawaj.
Rodzice
przeciągnęli się zmęczeni. To dzięki nim wszystko się udało.
-Ja pierwsza
myję zęby!- Ubiegłam brata i zatrzasnęłam się w łazience. Po pół minucie stałam
już nad czajnikiem wlewając do niego wodę na herbatę. Brat miał za zadanie
pościelić łóżka, a tata smarował kanapki. Jedynie mama nadał leżała rozłogiem.
Ona to dopiero jest śpiochem. Jak za wcześnie ją ktoś obudzi, to od razu łapie
zły humor na cały dzień i potem nie da się z nią wytrzymać.
Zjedliśmy śniadanie
i mama wywaliła tatę na zewnątrz, żeby pędził po akredytację. Wrócił
naburmuszony, że niepotrzebnie mu rozkazywała, bo jeszcze nie mają otwartych
kas. I całe szczęście, bo ja jeszcze gotowa nie byłam. Wiecie jak długo
sznuruje się glany? Niby zależy to od ilości dziurek, ale tam lubię robić z
tego „ceremonię”. Ech. Jak ja świetnie wyglądam w rurkach moro z nogawkami
wciśniętymi do butów i w szarej bluzie narzuconej na zwyczajny t-shirt.
W końcu
wyszliśmy z „domu”. Jeśli można tak nazwać auto połączone z sypialnio-kuchnio-łazienką,
to spoko. Nie wiem dlaczego moi rodzice tak ekscytują się kupnem nowego
pojazdu. Mnie tam takie rzeczy nie za bardzo ostatnio obchodzą. Przez to
zresztą ciągle się z nimi kłócę. Oni uważają, że jestem „nieżyciowa” i „rozpieszczona”.
No dobra. Co do tego, to muszę przyznać im rację, ale przecież wprost tego nie
powiem, nie?
Po pół
godzinie zażartych bojów o to kto znowu ma iść odebraliśmy zawieszki od taty i
ruszyliśmy na zwiedzanie. Na zewnątrz, zaraz przy bramie była sekcja zakupowa,
którą zostawiłam sobie jako wisienkę na torcie, a gdzie od razu skierowała się
męska część naszej grupy. Po lewej była ścieżka prowadząca do rozległego parku
i mini amfiteatru. Za główną budowlą znajdowało się pole do Jaggera i LARPów,
ale na razie nic się tam nie działo, bo odgrywający pewnie jeszcze spali. W
zeszłym roku, jak byłam na DF z mamą i Niką, to spałyśmy w pobliskiej szkole w
sali od matmy. Tych wystawionych przed drzwi buciorów nigdy nie zapomnę!
Schowałam
telefon do kieszeni na udzie, a zajęłam się rozkładem prelekcji. Musiałam
szybko znaleźć salę konferencyjną IV, bo inaczej przepadłby mi wykład o
obłędzie, który zaproponowała mi mama.
-Może
chodźmy niżej?- Mama pokazała na schody.
-Nieach. Tam
jest sala gamingowa i całe podziemia nerdów grających w RPGi. My powinnyśmy…
iść w górę. Jest znak.
Pod salą
stanęłyśmy dokładnie kiedy poprzednia widownia wychodziła. Zajęłyśmy miejsca w
miarę daleko od sceny i czekałyśmy co dalej. Prelekcja zaczęła się jak tylko
większość krzeseł była dociążona ciałami ludzkimi. Taa. Charakter wykładu miał
w sobie dużo grozy, ale i humoru. Profesor, Piotr Kistela, też był spoko. Mówił o obłędzie tak ciekawie,
że moja mama też się zainteresowała. Pierwszym przypadkiem było obgryzanie
paznokci. Profesor powiedział, że u ludzi z obłędem, kiedy kończą się
paznokcie, nie kończy się potrzeba obgryzania kończyny. Człowiek taki, nawet
nie wiedząc jaki się okalecza, w końcu zjada całą rękę. Okropne, prawda?
Drugie, o czym opowiedział, to przejmowanie humoru i innych cech od bliskich
nam ludzi. Przytoczył tutaj dwie siostry, które były tak ze sobą związane, że
kiedy jedna złamała nogę, to ta druga czuła ból. Ale to też nic w porównaniu z kolejną grupą
ludzi, mającą za wewnętrzny cel posiadanie na sobie wszelkiej uwagi, chociażby
sprawiając sobie lub innym widoczny ból. Tym razem matka faszerująca swoje
dziecko arszenikiem stała się bohaterką jego opowieści. Najlepsze jednak było
prawie na końcu. Choroba nazywająca się „Wściekłą Ręką”. Sytuacja, w której to
człowiek posiada jedną z dłoni o własnej świadomości. I pewnie nic by się
wielkiego nie stało mając taką kończynę, gdyby nie to, że ta dłoń zawsze chce
nas zabić. Czy to przez uduszenie podczas snu, czy wbicie widelca w oko. Ten
przypadek dość nas wszystkich rozbawił, bo chyba każdy pamięta Pana Rąsię, z
rodziny Adamsów. No i już do końca dnia bawiłam się, że moja dłoń jest opętana
i chce mnie zabić. Ha ha ha Mama prawie w to uwierzyła! Ale nie dziwię się jej.
Pan profesor dość dobitnie powiedział, że chorym na obłęd może być każdy z nas,
nawet o tym nie wiedząc.
Kolejną
prelekcję spędziliśmy u pana Trupiarza, jak nazwałam go z racji jego
zainteresowań. Gościu fanatycznie zajmuje się trupami i wszystkim co z nimi
związane, czyli śmiercią i przede wszystkim pogrzebami. Pisze nawet w piśmie
„Coś na progu”. Na nazwisko miał chyba Wiatraczek… nie… wait… już wiem,
Śmigieł! Łukasz Śmigieł. Teraz sobie przypomniałam. Ale i tak dla mnie jest
Trupiarzem. A więc pan Śmigieł wyłożył nam na serio kupę faktów o obrzędach
pogrzebowych i jak dawniej zapobiegano powstawaniu z martwych. Po pierwsze, jak
padało podejrzenie o czary, to takiego osobnika dodatkowo w trumnie przygważdżano
kołkiem, jakimś kamieniem, zostawiano mu na pomniku supełki do rozwiązania, sadzono
specjalne drzewa, albo niosąc na cmentarz co chwila zmieniano drogę.
Dowiedzieliśmy się też o tradycji nawiązania kontaktów niektórych plemion
żyjących w buszu, czyli jak zjadali przeciwników żeby móc się żenić z ich
kobietami, bo już były „swoje”. Ha! Moją uwagę przykuła wzmianka o kanibalach
ogłaszających się w necie i o chęci niektórych ludzi do bycia ich ofiarami. Czy
zechciałaby pani pójść ze mną na kolację, panno Pots? Z radością. A co będzie
pańskim specjałem, Teodorze? Ach, tym razem Kowalski, moja droga. Już nie mogę się
doczekać, mój miły! Ha ha ha
Tych
prelekcji jest zawsze całkiem sporo, ale jakoś złożyło się tak, że były prawie
równocześnie. Dlatego też ostatni wykład spędziłam siedząc naprzeciw Wiktora
Noczkina i czekając aż w końcu będę mogła poprosić go o autograf. Kurde.
Zauważyłam, że większość moich książek pisanych jest przez starszych panów z
brodą. Hm… Jakoś tak dziwnie, ale jeśli chodzi o świat literatury, filmu i gry,
to zdecydowanie przeważają w nim mężczyźni. Tak na pierwszy rzut oka, nie? Nie
zauważyliście? No trudno.
Musicie
wiedzieć, że DF we Wrocławiu są dla mnie szczególnym wydarzeniem. Były
pierwszym konwentem w moim życiu i nigdy ich nie zapomnę. Co roku jest fajniej,
szerzej. Co roku wiem więcej i kojarzę o czym mówią ci „doświadczeni”. Nie zamieniłabym
tego czasu na nic innego. Chociażby dla tych cudownych ludzi, których tam
spotkałam. Dla ich koślawych autografów (jak na razie mam tylko W. Noczkina i
A. Sapkowskiego ), ciekawych historii, przepięknych cosplay`ów, ciężkich butów
i czarnych koszulek.
Kurde.
Szkoda, że tak krótko tam byłam. No ale niestety. Rodzinka zaplanowała jeszcze
sporo atrakcji. Następnego dnia zwiedzaliśmy stary Wrocław, a w poniedziałek
poszliśmy do zoo.
I tym miłym
akcentem właśnie zaczęłam wakacje. A za dwa miesiące trzecia klasa!
Czyli- TO BE CONTINUED!
Powiem szczerze że nie palam miłością do tego rozdziału.
OdpowiedzUsuńJest taki ... zwykły :/
Ej no przeczytałam przed chwilą te opisy walk i to wszystko a tu teraz to ... taka mała różnica cnie?
Dobra na dziś to tyle bo jutro trza wstać :/
Ściskam mocno
~ Alex ♡ _ ♡
No cóż, tak musiało być, żeby trochę wyluzować ze wszystkim i zwolnić. Cała historia jakby trochę zwolniła po zakończeniu II Wielkiej Akcji. :)
OdpowiedzUsuńNo, ale masz czas, żeby przemyśleć jakim człowiekiem jestem, nie?
:D
XD Chciałam powiedzieć mutantem...