poniedziałek, 20 lipca 2015

83 WDF



Nie lubię poranków.
A w szczególności, kiedy budzę się w pomiętych ciuchach w kamperze zaparkowanym na pustym parkingu. Nie mogę się o to jednak gniewać, bo ten parking jest tuż pod wrocławskim zamkiem, w którym co roku odbywają się Dni Fantastyki. Tak! Sobotę spędzę z rodzinką właśnie tam, buszując pomiędzy innymi konwentowiczami w cudownej atmosferze grona fantastycznych wybrańców.
-Pobudka! Już siódma! Musimy kupić bilety. Tato! No wstawaj.
Rodzice przeciągnęli się zmęczeni. To dzięki nim wszystko się udało.
-Ja pierwsza myję zęby!- Ubiegłam brata i zatrzasnęłam się w łazience. Po pół minucie stałam już nad czajnikiem wlewając do niego wodę na herbatę. Brat miał za zadanie pościelić łóżka, a tata smarował kanapki. Jedynie mama nadał leżała rozłogiem. Ona to dopiero jest śpiochem. Jak za wcześnie ją ktoś obudzi, to od razu łapie zły humor na cały dzień i potem nie da się z nią wytrzymać.
Zjedliśmy śniadanie i mama wywaliła tatę na zewnątrz, żeby pędził po akredytację. Wrócił naburmuszony, że niepotrzebnie mu rozkazywała, bo jeszcze nie mają otwartych kas. I całe szczęście, bo ja jeszcze gotowa nie byłam. Wiecie jak długo sznuruje się glany? Niby zależy to od ilości dziurek, ale tam lubię robić z tego „ceremonię”. Ech. Jak ja świetnie wyglądam w rurkach moro z nogawkami wciśniętymi do butów i w szarej bluzie narzuconej na zwyczajny t-shirt.
W końcu wyszliśmy z „domu”. Jeśli można tak nazwać auto połączone z sypialnio-kuchnio-łazienką, to spoko. Nie wiem dlaczego moi rodzice tak ekscytują się kupnem nowego pojazdu. Mnie tam takie rzeczy nie za bardzo ostatnio obchodzą. Przez to zresztą ciągle się z nimi kłócę. Oni uważają, że jestem „nieżyciowa” i „rozpieszczona”. No dobra. Co do tego, to muszę przyznać im rację, ale przecież wprost tego nie powiem, nie?
Po pół godzinie zażartych bojów o to kto znowu ma iść odebraliśmy zawieszki od taty i ruszyliśmy na zwiedzanie. Na zewnątrz, zaraz przy bramie była sekcja zakupowa, którą zostawiłam sobie jako wisienkę na torcie, a gdzie od razu skierowała się męska część naszej grupy. Po lewej była ścieżka prowadząca do rozległego parku i mini amfiteatru. Za główną budowlą znajdowało się pole do Jaggera i LARPów, ale na razie nic się tam nie działo, bo odgrywający pewnie jeszcze spali. W zeszłym roku, jak byłam na DF z mamą i Niką, to spałyśmy w pobliskiej szkole w sali od matmy. Tych wystawionych przed drzwi buciorów nigdy nie zapomnę!
Schowałam telefon do kieszeni na udzie, a zajęłam się rozkładem prelekcji. Musiałam szybko znaleźć salę konferencyjną IV, bo inaczej przepadłby mi wykład o obłędzie, który zaproponowała mi mama.
-Może chodźmy niżej?- Mama pokazała na schody.
-Nieach. Tam jest sala gamingowa i całe podziemia nerdów grających w RPGi. My powinnyśmy… iść w górę. Jest znak.
Pod salą stanęłyśmy dokładnie kiedy poprzednia widownia wychodziła. Zajęłyśmy miejsca w miarę daleko od sceny i czekałyśmy co dalej. Prelekcja zaczęła się jak tylko większość krzeseł była dociążona ciałami ludzkimi. Taa. Charakter wykładu miał w sobie dużo grozy, ale i humoru. Profesor, Piotr Kistela,  też był spoko. Mówił o obłędzie tak ciekawie, że moja mama też się zainteresowała. Pierwszym przypadkiem było obgryzanie paznokci. Profesor powiedział, że u ludzi z obłędem, kiedy kończą się paznokcie, nie kończy się potrzeba obgryzania kończyny. Człowiek taki, nawet nie wiedząc jaki się okalecza, w końcu zjada całą rękę. Okropne, prawda? Drugie, o czym opowiedział, to przejmowanie humoru i innych cech od bliskich nam ludzi. Przytoczył tutaj dwie siostry, które były tak ze sobą związane, że kiedy jedna złamała nogę, to ta druga czuła ból.  Ale to też nic w porównaniu z kolejną grupą ludzi, mającą za wewnętrzny cel posiadanie na sobie wszelkiej uwagi, chociażby sprawiając sobie lub innym widoczny ból. Tym razem matka faszerująca swoje dziecko arszenikiem stała się bohaterką jego opowieści. Najlepsze jednak było prawie na końcu. Choroba nazywająca się „Wściekłą Ręką”. Sytuacja, w której to człowiek posiada jedną z dłoni o własnej świadomości. I pewnie nic by się wielkiego nie stało mając taką kończynę, gdyby nie to, że ta dłoń zawsze chce nas zabić. Czy to przez uduszenie podczas snu, czy wbicie widelca w oko. Ten przypadek dość nas wszystkich rozbawił, bo chyba każdy pamięta Pana Rąsię, z rodziny Adamsów. No i już do końca dnia bawiłam się, że moja dłoń jest opętana i chce mnie zabić. Ha ha ha Mama prawie w to uwierzyła! Ale nie dziwię się jej. Pan profesor dość dobitnie powiedział, że chorym na obłęd może być każdy z nas, nawet o tym nie wiedząc.
Kolejną prelekcję spędziliśmy u pana Trupiarza, jak nazwałam go z racji jego zainteresowań. Gościu fanatycznie zajmuje się trupami i wszystkim co z nimi związane, czyli śmiercią i przede wszystkim pogrzebami. Pisze nawet w piśmie „Coś na progu”. Na nazwisko miał chyba Wiatraczek… nie… wait… już wiem, Śmigieł! Łukasz Śmigieł. Teraz sobie przypomniałam. Ale i tak dla mnie jest Trupiarzem. A więc pan Śmigieł wyłożył nam na serio kupę faktów o obrzędach pogrzebowych i jak dawniej zapobiegano powstawaniu z martwych. Po pierwsze, jak padało podejrzenie o czary, to takiego osobnika dodatkowo w trumnie przygważdżano kołkiem, jakimś kamieniem, zostawiano mu na pomniku supełki do rozwiązania, sadzono specjalne drzewa, albo niosąc na cmentarz co chwila zmieniano drogę. Dowiedzieliśmy się też o tradycji nawiązania kontaktów niektórych plemion żyjących w buszu, czyli jak zjadali przeciwników żeby móc się żenić z ich kobietami, bo już były „swoje”. Ha! Moją uwagę przykuła wzmianka o kanibalach ogłaszających się w necie i o chęci niektórych ludzi do bycia ich ofiarami. Czy zechciałaby pani pójść ze mną na kolację, panno Pots? Z radością. A co będzie pańskim specjałem, Teodorze? Ach, tym razem Kowalski, moja droga. Już nie mogę się doczekać, mój miły! Ha ha ha
Tych prelekcji jest zawsze całkiem sporo, ale jakoś złożyło się tak, że były prawie równocześnie. Dlatego też ostatni wykład spędziłam siedząc naprzeciw Wiktora Noczkina i czekając aż w końcu będę mogła poprosić go o autograf. Kurde. Zauważyłam, że większość moich książek pisanych jest przez starszych panów z brodą. Hm… Jakoś tak dziwnie, ale jeśli chodzi o świat literatury, filmu i gry, to zdecydowanie przeważają w nim mężczyźni. Tak na pierwszy rzut oka, nie? Nie zauważyliście? No trudno.
Musicie wiedzieć, że DF we Wrocławiu są dla mnie szczególnym wydarzeniem. Były pierwszym konwentem w moim życiu i nigdy ich nie zapomnę. Co roku jest fajniej, szerzej. Co roku wiem więcej i kojarzę o czym mówią ci „doświadczeni”. Nie zamieniłabym tego czasu na nic innego. Chociażby dla tych cudownych ludzi, których tam spotkałam. Dla ich koślawych autografów (jak na razie mam tylko W. Noczkina i A. Sapkowskiego ), ciekawych historii, przepięknych cosplay`ów, ciężkich butów i czarnych koszulek.
Kurde. Szkoda, że tak krótko tam byłam. No ale niestety. Rodzinka zaplanowała jeszcze sporo atrakcji. Następnego dnia zwiedzaliśmy stary Wrocław, a w poniedziałek poszliśmy do zoo.
I tym miłym akcentem właśnie zaczęłam wakacje. A za dwa miesiące trzecia klasa!

Czyli- TO BE CONTINUED!

2 komentarze:

  1. Powiem szczerze że nie palam miłością do tego rozdziału.
    Jest taki ... zwykły :/
    Ej no przeczytałam przed chwilą te opisy walk i to wszystko a tu teraz to ... taka mała różnica cnie?
    Dobra na dziś to tyle bo jutro trza wstać :/
    Ściskam mocno
    ~ Alex ♡ _ ♡

    OdpowiedzUsuń
  2. No cóż, tak musiało być, żeby trochę wyluzować ze wszystkim i zwolnić. Cała historia jakby trochę zwolniła po zakończeniu II Wielkiej Akcji. :)
    No, ale masz czas, żeby przemyśleć jakim człowiekiem jestem, nie?
    :D
    XD Chciałam powiedzieć mutantem...

    OdpowiedzUsuń

Komentarze motywują :)