Czy on
myśli, że ja jestem dzieckiem?!
Ten głupi,
przemądrzały Lex złapał mnie za rękę jak już miałam zacząć panować nad sytuacją
i tym wnerwiającym po całości tonem kazał mi się cofnąć, a potem nie czekając
na odpowiedz szarpnął mnie na ziemię, aż sobie dupą na piachu siadłam! Argh! Co
za idiota! I jeszcze zaczął coś ględzić o zachowaniu spokoju i że on się
wszystkim zajmie. ŻE WHAT?! No co jest, ja się pytam?
-Czy ty zgłupiałeś?-
Spytałam go po prostu.
-Możemy
zginąć, ale zginiemy w walce. Nie poddawaj się. Jesteśmy…
- Nie
widzisz, że już nic nie zrobisz?- Przerwałam mu. Miał minę zbitego psa i chyba w siebie po raz
pierwszy zwątpił. Jego ludzie, wciąż trzęsąc się ze strachu, kurczowo trzymali
karabiny. Wyrwałam mu się i uklękłam na
jedno kolano.
Nad nami
szumiały wirniki rozpraszając mgiełkę niskich chmur. Do tej pory o
niezachwianym uśmiechu, Kraus zacisnął usta w wąską szparkę i wysyczał
wściekle:
-Długo
jeszcze?! Jeden strzał i was zmiażdżę. Na co czekacie?!
No właśnie.
Na co czekaliśmy? Na ratunek? Odkupienie? Wątpliwe aby cokolwiek takiego się
pojawiło. Wreszcie i Lex to zrozumiał. Kazał swoim ludziom opuścić broń. Nie
miał wyboru. Oni posłuchali go chyba z większą ulgą niż obawą. Kiedy wstaliśmy
Obedayah wreszcie mógł zacząć przemówienie. Ktoś podał mu mikrofon. Głośniki
doczepione do żołnierzy stojących w kręgu zaszumiały i wszyscy usłyszeli
odchrząknięcie „Władcy MUR`u”.
-Zebraliśmy
się tutaj, aby uczcić oficjalne pogrzebanie zmarłych buntowników. Jesteśmy
pełni podziwu dla ich waleczności i głupoty, a także samo zachwyceni własną
potęgą i siłą. MUR na zawsze!
-MUR na
zawsze!- Odkrzyknęli ołowiani żołnierze gangu.
-Dzisiaj,-
tu zrobił pauzę, w czasie której poprawił włosy i zmienił wyraz twarzy na dość
niewinny- umiera ofiara losu. Umiera też niegdyś moja prawa ręka, ukochany syn.
Kiedy
usłyszałam jak mnie nazwał przymknęłam tylko oczy zdziwiona, ale kiedy
powiedział o Lexie jako o synu, to byłam naprawdę wstrząśnięta. Nie mogłam się
powstrzymać i jednak odwróciłam się, żeby
spojrzeć na najemnika. Stał tuż za mną zaciskając szczęki. Oczy mu się
szkliły, a napięte mięśnie świadczyły tylko o tym, że jest gotowy skoczyć na
Krausa próbując go zabić własnymi rękami. Musiałam coś zrobić, inaczej
wybuchlibyśmy przedwcześnie. Zawzięłam się w sobie i wyluzowałam.
-Argh! Czy
wszystkie apele są takie nudne?- Powiedziałam teatralnie przy tym ziewając.
Atmosfera
nagle się zagęściła. Chłopaki z kręgu wstrzymali oddech. Pewnie myśleli, że to
właśnie będzie ten, końcowy, moment. Nic bardziej mylnego. To był dopiero
początek.
-Nie
zaaranżowałeś żadnego poczęstunku, żadnej muzyki, żadnego występu tanecznego.
Zanim skończysz, to my już będziemy martwi, Panie Kraus.
Kumacie to
uczucie, kiedy kłócicie się z nauczycielem o ocenę, a on przyjmuje wasze
argumenty i zamiast przepisowo wkleić wam naganę zaczyna z wami rozmawiać? Tak
samo się czułam gdy Obedayah Kraus uśmiechnął się lekko na moje słowa.
-Co
proponujesz?- Ton miał niski i spokojny.
-Proponuję,-
zrobiłam krok w przód przy dźwięku odbezpieczanej broni- grę.
-Grę?-
Tamten spojrzał ostentacyjnie po swoich ludziach.
-Co ty
robisz?- Lex szepnął mi konspiracyjnie do ucha.
-Nic się nie
martw, Leksik.- Odpowiedziałam równie konspiracyjnie.
-Mam z wami
grać?- Zapytał tamten.
-Nie z nami.
Ze mną. Tamci się nie liczą.
-Oh tak?-
Roześmiał się po raz kolejny Kraus ale zaraz zrzedła mu mina.
-Tak.-
Zrobiłam kolejny krok. Żołnierzyki „Władcy” prawie by do mnie strzeliły gdyby
ich nie zatrzymał. Pozwolił mi podejść jeszcze bliżej.
-A dlaczegóż
to, oni nie są ważni? Hę?
-Dlatego, bo
to nie oni wezwali posiłki.
I w tym
momencie usłyszeliśmy przeraźliwe wycie. Wycie Wielkich Wilków.
Dziesiątki
tych pół ludzi pół zwierząt, często nazywanych Wilkołakami, zmieszało się w
pożodze walki z żołnierzami. Wszyscy wystrzelili, rzucali się po broń, uciekali.
Polała się krew. W tłumie mignęła mi parę razy sylwetka przywódcy tych krwawo
precyzyjnych stworzeń, ale byłam zbyt zajęta biegiem i naciskaniem spustu, żeby
chodź na chwilę zastanowić się nad ciągiem dalszym. Zarejestrowałam jedynie
padających na ziemię ludzi i znikającego we włazie czołgu Krausa. Chwilę potem
pomagałam jednemu z Wilkołaków złapać za kołnierz Pytalskiego, aby mogli zabrać
wszystkich i się wycofać. Niestety Obedayah okazał się być zbyt godnym
przeciwnikiem i Wielkie Wilki podjęły decyzję o zebraniu rannych i wycofaniu
się. Mieliśmy za mało czasu na pogoń za „Władcą MUR`u”, a zamieszanie sprawiło,
że nagle odnalazłam się z Lexem za plecami naprzeciw linii czołgów. Ostatni z
Wilków pozostałych na polu bitwy doskoczył do mnie i chciał zbliżyć do siebie
nasze nosy, ale ja nosiłam maskę i połączenie się nie udało. Domyślałam się
jednak dlaczego zostaliśmy tam. Wilki były zbyt ranne, żeby zabrać i nas. Te
chwile gryzienia i szarpania pazurami ciał były wszystkim na co mogliśmy
liczyć. Naszą winą było, że zamiast uciekać strzelaliśmy do pancernego pojazdu
jak idioci.
Staliśmy
więc tam. Ja z Waltherem w jednej ręce, a nożem w drugiej, a on z granatem w
jednej i Karabinem w drugiej. Zamieniliśmy miejsca. Teraz staliśmy równolegle
do pojazdów. Zniszczona całkowicie, północna część budynku posypała się
całkowicie otwierając przed nami zamkniętą wolność. Kraus wychylił się z
czołgu.
-Baj, baj!-
Powiedział i nacisnął czerwony przycisk.
Pocisk
poleciał prosto w nas. Nie mieliśmy drogi ucieczki. Nie mieliśmy obrony. A
wiecie co jest najskuteczniejszą obroną? Atak. W dokładnie jednej sekundzie
dopuściłam do siebie całą czerń jaka się we mnie uzbierała. A było jej dużo, oj
dużo. O czarnych łuskach i oczach smoka odepchnęłam Lexa do tyłu. O
nadnaturalnej sile i wielkiej mocy złapałam najbliższy wielki głaz i zasłoniłam
nas nim. Już jako pełny mutant przyjęłam pocisk na prowizoryczną tarczę. Fala uderzeniowa rzuciła mnie na kolana. Huk
na chwilę mnie ogłuszył, a pył całkowicie zasłonił całe pole widzenia. Wyczerpane
mięśnie zwiotczały i z odłamkami głazu padłam na glebę.
Kraus
zobaczył tylko jak upadam. Zaśmiał się więc histerycznie. Nie musiał nawet
naciskać reszty guziczków. Jego w tym niedoczekanie! Czerń nadal we mnie była.
Głaz wprawdzie nie przeżył, ale ja miałam się całkiem dobrze. Jak Kapitan
Ameryka po uderzeniu Thora w jego tarczę (w filmie „The Avengers”). W gruncie
rzeczy, to mocnego materiału był ten budynek, nie? Nie ważne.
Przeciągnęłam
się prostując kości, a przy każdym ruchu Kraus robił się coraz bardziej
wystraszony i wkurzony. Kiedy ponownie stanęłam nie byłam już zwykłą
dziewczyną, którą on chciał zlikwidować. Byłam w pełni mutantem.
W pełni kreaturą strachu.
No nieźle nieźle.
OdpowiedzUsuńRatujesz leksika xdd piękne
ciekawe co ten gościu powie o tb jako mutant xdd
lecę dalej bo mnie wciągnęło xdd
~ Alex ♡ _ ♡