Cały wieczór
bawiłam się nowym przedmiotem.
A raczej
przedmiotami. Od Snapea dostałam dwie, wykute w zielonkawym krysztale, zgrabne kostki
do gry. Co robiły? Nic takiego. A może po prostu jeszcze ich daru nie odkryłam?
Kiedy zgasiłeś światło i rzuciłeś dwie
naraz, to w dziwny sposób wytwarzały wokół siebie jakieś tam pole i tworzyły
naprawdę piękne obrazy. W powietrzu! Czasami chmurki przypominające zwierzęta,
innym razem zachód słońca. Raz w powietrzu ukazała się niczego sobie driada w
zwiewnej sukience. A wszystko w prześlicznych kolorach. Kiedy rzuciłeś jedną,
nad nią pojawiał się zmieniający kolory płomyk. Dzięki Panie Snape!
Pod koniec
dnia, już przed snem zaczęłam sklejać. Znacie ten rodzaj sztuki? Przyklejanie
różnych kolorowych rzeczy na kartkę? Kolaż? Ja właśnie taki zrobiłam. Wygląda
pięknie. Jest niezłą kompozycją. Przypomina mi moment po rozmowie z mamą kiedy
się uśmiechnęłam. Ten właśnie. Obraz powiesiłam obok innych. Zasłużył na to.
Wracając do
niedzieli. Ech. Poniedziałek był lepszy.
W szkole
zaraz rano dowiedziałam się, że dostałam zielone światło po akcji z Panem
Pułkownikiem. Zajęłam pierwsze miejsce na liście! Sukces. Szkoda, że i tak nikt
tego nie zauważył. Pamiętają tylko chłopaków. A w grupie jestem jedyną
dziewczyną. Zaraz po mnie, drugie
pierwsze miejsce zajął Dawid. O nim plotkują! Nie o mnie. Nic nie szkodzi. Nie
potrzebuję ich.
Na
„wyrównawczych” z Michaliną nauczyłam się znowu dużo spoko rzeczy. Nie będę
zanudzać.
W-F
spędziłam na zajęciach z Pułkownikiem. Fajny gość. Całą lekcję biegaliśmy wokół
Sali wykrzykując jakieś dziwne, rymujące się stwierdzenia. Nasza grupa
rozciągnęła się na całą długość więc mogłam biec wolniej. Zawsze byłam z nimi.
Znaczy zawsze byłam sama, bo i tak nikt się do mnie nie odzywał. Ani słowa.
Jedynie patrzyli jakoś tak dziwnie jak odkrzykiwałam „Sir! Yes sir!”
Pułkownikowi. Ekler i jego koleżka mnie unikali. Widziałam jak coś do siebie
szepcą po lekcji . Pewnie obgadywali mój t-shirt. A mówiłam mamie, że zielony
napis to zły pomysł. Następnym razem wezmę koszulkę moro. Mam taką jedną.
No więc,
oprócz tego wszystkiego to dostałam szóstkę z polskiego i angielskiego, czwórę
z matmy za kartkówkę i pięć plus z artystycznych. Szkoła wróciła do normy.
Powinnam przy tym zdaniu dać zapłakaną buźkę. Następnym razem.
Dziwnie było
dopiero w gimbusie. Gapiłam się jak zwykle w okno, kiedy nagle Olivier się
obudził i zaczął mówić! Mówić! I to o czym! O Klaudii. Mówił że…
-… Klaudia
mnie wkurza. Cały czas klepie mnie po kolanach!
-Może się do
ciebie zaleca?- Zadałam śmieszne pytanie, ale nikomu nie chciało się śmiać.
-Zaleca?
Bijąc mnie po głowie? Pewnie! Julka. Zabiję cię.-Trochę go wkurzyłam.
-Oj! Co Oli?
Głowa cię boli?- Tym go dopiero wkurzyłam.
-JULKA!-
Ręce aż mu się trzęsły.
-Oj, no
dobra. Już przestaję. A Klaudia taka jest. To wariatka. To proste.- Zaczęłyśmy
z dziewczynami chichotać. Oli i Klaudia! Wyszło by Kloli albo Olaudia. Ha ha ha
Po szkole
musiałam wreszcie się zacząć uczyć. Najlepiej jeśli w końcu wezmę się za
biologię, niemiecki i historię. Z chemii wystarczy, że zrobię dobrą zgapkę. Tak
to jest. W życiu trzeba sobie pomóc. I trzeba się uczyć.
Właśnie.
Uczyć…
No Weź Julcia ... Oli i Klaudia? fujj ....
OdpowiedzUsuńWiesz mówi się żeby trzymać wrogów blisko ale bez przesady ...
Kostki? Na prawdę kostki? Daj im chociaż jakieś właściwości magiczne albo coś ... Plose :*
Mało nowych wątków ale rozdział fajny :)