Do parku
dojechałam bez problemu.
Ze szkoły
musiałam się zwolnić, ale nikt nawet na mnie nie spojrzał, jak wchodziłam. Było
ciepłe, bezchmurne popołudnie. Po chodnikach przemykało niewielu ludzi
spieszących się z pracy. Jakaś starsza pani goniła za pieskiem, matka
uspokajała płaczące dziecko. Odetchnęłam z ulgą. Na razie nie wiedziałam
jeszcze Wysyłkowego (tak nazwałam w myślach swój cel). Przejechałam dwa razy
całą długość chodnika i wtedy go zobaczyłam. Siedział na ławce przed fontanną.
Przy murku odgradzającym park od miasta pojawił się czarny samochód (A właśnie!
Dlaczego oni zawsze biorą czarne wozy? Mniejsza.) Podjechałam powoli i jakby od
niechcenia. Usiadłam obok nawet na niego nie patrząc. Położyłam plecak koło
nogi zaczęłam poprawiać sznurówki we wrotkach.
-Taki piękny
dzień! Chmurki jak bałwanki!- rzuciłam szczebiotliwie.
-Rzeczywiście.-
Odpowiedział tamten.
-Lubię tą
spódnicę. To róż od Monroe.- Wypowiedziałam „tajemne hasło”.
-Nie
odwracaj się. Nic nie mów. Przy północnym wyjściu jest policjant. Transakcja
się nie odbędzie.- Wysyłkowy na raz zesztywniał.
Co?! Jak o
może tak robić? No ej! Ja tu się męczę i wysilam, a on z powodu policjanta nie
chce załatwić takiej błahostki? Tchórz z niego. No i teraz muszę coś wymyślić,
bo zaraz mi kasa ucieknie. Po drugiej stronie fontanny rzeczywiście stał
policjant. Młody. Pewnie zaraz po inauguracji przyjęcia do służb. Wysyłkowy
zaczął się zbierać.
-Załatwię
to. Plecak jest twój.- Wreszcie zawiązałam odpowiednio sznurówki zostawiając
jedną luźno. Wstając dodałam:
-Szef
pozdrawia.- I odjechałam. Zataczając koło skierowałam się w stronę policjanta.
Przejechałam z tyłu i kiedy byłam blisko rąbnęłam w niego i wyłożyłam się na
ziemi jak długa. Z brzegu wyglądało to tak, jakbym się potknęła o sznurówkę i
wpadła na służbowego. Dla gościa na szczęście też. W oczach miał prawdziwe
zatroskanie, kiedy przy mnie przyklęknął.
-Nic ci nie
jest?- Rzeczywiście musiał dopiero co zostać mianowany.
-K-kolano
mnie boli. Hlip!- Zrobiłam minę nieszczęśliwego szczeniaka. Zmusiłam się do
łezki w oku. Kolano tak źle nie wyglądało. Gorzej dłonie i łokieć. Kiedy
policjant zafrapowany się nade mną pochylał, Wysyłkowego już nie było. Misja
wykonana.
-Zadzwonię
po karetkę!- Zaoferował mężczyzna.
-O nie! Nie
trzeba! Niech pan policjant nie robi sobie kłopotu.- Wytarłam sztuczne łzy.
-Nie? Jesteś
ranna. To mój obowiązek!
-Ależ nie
trzeba. Przecież pan ma ważniejsze sprawy na głowie, a to nie jest takie
poważne jak wygląda. To przez te głupie sznurówki.- Szarpnęłam nogą.
-Hm…
Rzeczywiście.
-Pomoże mi
pan ściągnąć wrotki?
-Tak. Tak,
trzeba by… o! Już. Możesz chodzić?- Pomógł mi wstać.
-Tak. Ale ta
krew… Nie ma pan chusteczki?
-Mam!-
Energicznie wyszarpnął paczkę z kieszeni.- Chodź. Musisz usiąść.
Doprowadził
mnie do ławki.
-Dziękuję.-
Zaczęłam wycierać delikatnie kolano.
-Niestety
muszę zadzwonić do twoich rodziców.- Tym mnie na moment przybił.
-Nie trzeba…
-Nalegam.
-Ale ja tu
byłam…- szybko ogarnęłam park wzrokiem-… z babcią! O! Tam jest! Widzi pan? Już
wychodzi z parku. Miałyśmy iść razem na zakupy. Nie powinnam jej zostawiać
samej, bo babcia ma tą chorobę co ludzie wszystko zapominają. Pan pozwoli, że
ja już pójdę.
-A kolano?-
Tamten spojrzał pytająco.
-To nic. Do
wesela się zagoi!
-Hm… No
dobrze. Ja mam patrol. To…
-Dziękuję i
do widzenia.
-Do
widzenia.
-Miło było
na pana wpaść!- Rzuciłam z uśmiechem odchodząc. Doszłam do staruszki. Mężczyzna
mógł mnie nadal obserwować.
-Oh! Jakie
fajne psiątko!- Kucnęłam przy psiaku.
-Rupert. Ma
na imię Rupert.- Starsza pani okazała się być przemiłą osobą. Zaczęłam z nią
rozmawiać. Kątem oka widziałam, że policjant nadal się na mnie patrzy. Zaczęłam
wychodzić z panią z parku. Nie pamiętam o czym rozmawiałyśmy, bo do końca
zajęta byłam policjantem. A na pożegnanie odwróciłam się i posłałam mu szeroki
uśmiech. To powinno go zadowolić.
Staruszkę
odprowadziłam pod blok. Mieszkała zaraz przy moim gimnazjum i jak się okazało
kiedyś w nim uczyła. Potem wróciłam do szkoły, żeby zabrać z szatni plecak. Po
drodze wstąpiłam do, jak zwykle bez obecnej pielęgniarki, gabinetu higienistki
i nakleiłam plastry na otarcia. Dobrze, że czasami pielęgniarka zapomina
zamknąć drzwi, a naszą szkołę zamykają dopiero o piętnastej. Chłopaki z osiedla
wtedy kończą trening koszykówki.
Zebrałam się
do autobusu. Po trzech przystankach w głąb centrum wysiadłam i poszłam pod
budynek zajęty przez centrum okulistyczne. W oknie widziałam stojącego szefa. Drzwi
znowu otworzył mi niski chłopak. Usiadłam jak poprzednio. Na biurku leżała
kolejna koperta. Tym razem czerwona.
-Policjant
był miły?- Hanselhoff wreszcie odszedł od okna i również usiadł. Nie byłam
zdziwiona tym, że wiedział o wszystkim.
-Tak.
-A starsza
pani z pieskiem? Czy i ona była miła?
-Tak.
-Rozumiem,
że wszystko poszło zgodnie z planem?
-Tak.
-Hm…-
Siwobrody zamilkł lustrując mnie wzrokiem.
-Czy
zrobiłam coś źle?- Spytałam coraz bardziej zmartwiona.
-Nie.
Wszystko zrobiłaś dobrze. Przesyłka dostarczona, klient zadowolony z
pozdrowienia. Zachwycony elokwencją mojego pracownika. Prosił, żebym dostarczył
mu jutro kolejną paczkę.
Nie
wiedziałam co odpowiedzieć.
-Moja
zapłata?- Zapytałam w końcu.
-Tak. To
twoje wynagrodzenie.- Pokazał na kopertę. Chciałam ją zabrać ale nagle położył
na niej dłoń. Spojrzałam pytająco.
-W
poniedziałek o szesnastej masz tu być.- Patrzył mi lodowato w oczy.
-Oczywiście.-
Wreszcie zdobyłam kopertę.- Coś jeszcze?
-Nie. Możesz
odejść.- Powiedział i odwrócił się do mnie plecami. Wyszłam z gabinetu.
Na zewnątrz
stał chłopak wyczekująco na mnie patrząc.
-Moje
rzeczy.- Powiedziałam.
-Za mną.-
Zakomendował, a mnie nie chciało się zaprzeczać więc za nim poszłam.
Zaprowadził mnie do małego pokoiku na wyższym piętrze. Pokój był szerokości
okna, pod którym stało łóżko. Przed nim było krzesło i malutki stoliczek.
Chłopak zamknął za nami drzwi.
-To twoje
rzeczy, nowa.
-Dzięki. Coś
jeszcze?
-Tak.
Usiądź, bo muszę ci coś wytłumaczyć.
Moje
zainteresowanie chłopakiem nagle wzrosło o pięćdziesiąt procent. Bo niby kim on
tu był? Chłopcem na posyłki? Kamerdynerem?
-Mój… nasz
szef, jak widzisz, nie jest lekkomyślnym człowiekiem. I jak pracuję u niego
całe swoje życie, tylko trzy razy dał komuś premię, a ty dostałaś ją już
pierwszego dnia.
-Premię? Nie
dostałam żadnej premii…
-Koperta
jest czerwona. U niego czerwone koperty, to zawsze te z premią. Otwórz.
-Nie może
być. Ja… o kurczę. Rzeczywiście!- Policzyłam pieniądze jeszcze raz. W środku na
pewno było trzydzieści banknotów dwustuzłotowych. Pierwotnie miało ich być
tylko dwadzieścia.
-Ja się nie
mylę, nowa. A ty lepiej uważaj. Im lepsza będziesz, tym on więcej na tobie
zarobi. A pewnie sama nie wiesz kim on jest.
-Hm… Widzę,
że szef cię nie rozpieszcza.- Zmieniłam temat.
On spojrzał
na mnie krytycznie i podejrzliwie.
-A co?
-A nic. Tak
tylko myślałam, że moglibyśmy obgadać sobie pewne sprawy… załóżmy przy kawie.-
Pogłaskałam banknot.
-Zastanowię
się.- Skrzywił twarz w niesmaku i wyprosił mnie na zewnątrz.- Znasz drogę do
drzwi.
Powiedział i
zniknął w pokoju. Zeszłam po schodach i wyszłam z budynku. Stojąc na przystanku
widziałam zarys sylwetki w oknie na drugim piętrze.
To pewnie
był on.
Nomm ;3
OdpowiedzUsuńBardzo dobrze wykonana robota ;3 Juliet , jesteś dobrą pracownicą ;D
Pierwsza twoja misja i już premia :D Brawo ^^ Duma rośnie :3
Nie wiem co powiedzieć , rozdział super!
Czekam nn! :*
Ściskam ,pozdrawiam i weny! ;3
A ja znowu muszę przepraszać za brak komentarzy pod wcześniejszymi postami... Ech...
OdpowiedzUsuńWiesz co? Umówmy sie, że jeśli na początku jakiegoś komentarza napiszę słowo "przepraszam" to właśnie o taką sytuację mi chodzi... Nie chce mi się za każdym razem produkować ;)
Co do rozdzialiku/ów...
Robi się ciekawie. Zaczynam się poważnie zastanawiać nad tymi twoimi słowami o braku weny. Czy to jest wytworzone w sparciu aniołka, czy może dzieki wakacjom dostałaś nowych pomysłów?
Tak czy siak to w cale nie jest głupie..
Powiem ci, że fajnie tak pomyśleć sobie, że chciało by się mmieć pracę i tak o ją zdobyć... Załatw mi tak :*
Pierwsze zlecenie wykonane świetnie. Dziewczęco, z gracją ale równocześnie pomysłowo i chytrze. Gratki ;)
Czerwona koperta z premią... Czy to zwykły przypadek, że jak rodzice na koniec roku szkolnego dają mi trochę kasy, to przeważnie w czerwonej kopercie? hmmm...
Zastanawia mnie ten szef i pracownik... Podejrzane typki. Mało o nich mówisz, przez co ciekawość do ich osoby bardzo u mnie wzrasta. Chcę czegoś więcej na ich temat. Teraz ;)
A gdzie Leksik? ;-;
Brak mi go... Czy on się jeszcze pojawi w opowiadaniu? Bardzo bym tego chciała...
~ Zapraszam do mnie ;) Rozdział miał być jutro, ale jest już dziś ;*
~ Weny :* Pozdro :*
Szczerze powiedziawszy...
Usuńnie chodziło mi o to, że historia nie ma jak dalej trwać, tylko, że JA nie wiem, co mam zrobić. Ale z tym mniejsza.
Dzięki za wsparcie, i ogólnie za to, że czytasz. Wenę rzeczywiście mam. ;)
Całuski :* i wracam do pisania :)
PS: Umowa stoi.