Tej nocy
ledwo spałam.
Cały czas
myślałam i myślałam co mam zrobić. Była już środa. Za chwilę zadzwoni budzik,
będę musiała wstać, zjeść śniadanie i po cichu wymknąć się w mieszkania. Nie
mam nic do stracenia. Jedynie życie. Ale to ważne nie jest. Być może już
nadrobiłam zaległości…
-Brrrr You
and I! You and I! Brrr
Wyłączyłam
budzik i po cichu poszłam do łazienki. Przemywając twarz przypomniałam sobie,
jak mama wrzeszczała zawsze o niemycie zębów. Znowu poczułam, że robi mi się
słabo. Usiadłam na brzegu wanny i uspokoiłam oddech. Palce znowu zrobiły się
czarne.
-Argh…
Mutant! Jestem mutantem!
Wybiegłam z
kwatery łapiąc torbę i plecak. Zbiegając po schodach przestawałam widzieć.
Biegłam ile sił, skacząc po dziesięć schodów. I nagle buch! Trafiłam prosto w
otwierające się drzwi. Rypło tak, że chyba obudziłam cały blok. Z wrażenia aż
usiadłam sobie na ziemi, ale mnie to mocno otrzeźwiło.
Ktoś wyszedł
z mieszkania. Kobieta w średnim wieku spojrzała na mnie krytycznie.
-Nic mi nie
jest! To nic. Nic nie szkodzi.- Zaczęłam od razu nie pozwalając jej otworzyć
ust. Podniosłam się z ziemi i już bez żadnych wpadek wybiegłam z bloku. Nie
chciałam już dzisiaj iść do szkoły więc przesiadłam się do kolejnego autobusu i
wysiadłam dopiero pod moim starym domem.
Był tam, jak
zwykle. Nienaruszony. Jakby czekał na ich… na nasz powrót.
Przejechałam
dłonią po furtce. Nadal była zimna porankiem. Przekręciłam klucz i ostrożnie
weszłam na posesję. Trawa była już za wysoka ale nie miał kto jej przyciąć.
Przekręciłam klucz w zamku i odruchowo zamknęłam za sobą kopnięciem. Zawsze tak
robiłam wracając ze szkoły. Buty zdjęłam w ganku i powoli wkroczyłam do środka.
Wszystkiemu przyglądałam się jakbym miała już nigdy tego nie zobaczyć. Łza
zakręciła się w oku.
Od tego
zaczął się kolejny atak. Kolejny napad czerni i bólu rzucił mnie na kafelki.
Był mocniejszy niż tamte. Tym razem czerń wspięła się wstęgami aż do łokci
pozostawiając we mnie uczucie całkiem przeciwne do obcości jakiej mogłam się
spodziewać. Kości zachrzęściły. Widziałam dokładnie jak dłonie zmieniają
kształt i stają się łapami przypominającymi te u smoków. Pazury zachrzęściły o
posadzkę. Powoli traciłam kontrolę. Jakbym była wilkołakiem w dniu pełni. Na
wspomnienie o wilkołakach przypomniałam sobie tamtego Wielkiego Wilka.
Przywódca powiedział, że mam w sobie odwagę i moc. Nie czuję jakoś żeby się
mylił, a jeśli on twierdzi, że mam moc, to nie mogę okazać słabości. I to
właśnie uspokoiło mnie na tyle, że zdołałam zapanować nad „przemianą”. Nie
potrafię tego dokładnie wytłumaczyć, ale od tamtej pory już potrafiłam sama decydować
co chcę „przemienić”. W domu zostałam aż do piątku. Zebrałam rzeczy i musiałam
jeszcze wrócić do Dr Hanselhoffa i powiadomić go o moim zwolnieniu.
Znowu
zestresowana pchnęłam szklane drzwi i weszłam do białej poczekalni. Niski
chłopak pojawił się dosłownie sekundę po tym jak usiadłam.
-Masz
wejść.- Powiedział i otworzył mi drzwi, a kiedy weszłam zamknął je za mną.
Jak zwykle
bez słowa usiadłam na białym krześle. Mój szef siedział w fotelu czytając
gazetę, którą po chwili odłożył i spojrzał na mnie uważnie.
-Szefie…-
Zaczęłam, ale mi przerwał.
-Wiem, po co
przychodzisz. Rozumiem.
Nie
odpowiedziałam. Co miałam powiedzieć, jeśli on i tak o wszystkim wiedział.
Bliżej na to patrząc, to musiał być kimś dość niezwykłym, że pozwalał sobie na
zajmowanie się jednostkami takimi jak ja.
Brodaty
wstał i podszedł do komody przy ścianie.
-Herbaty?-
Pierwszy raz pytał mi się o coś takiego.
-Jeśli szef
nalega…
-Ile kostek?
-Poproszę o
dwie.
Postawił na
biurku tackę z filiżankami. Wzięłam tą z czerwonym uszkiem.
-Przywieziona
z Indii.
-Bardzo
smaczna. Dziękuję.- Napój rzeczywiście był dobry. Miał głęboki smak i mocny
zapach. Przy kolejnym łyku zastanawiałam się po co on to robi. Po co zawracać
sobie głowę? A co jeśli mnie ni wypuści? Albo powie, że nie może być światków?
Przecież zawsze widziałam swój cel i mogłabym tych wszystkich Wysyłkowych nawet
naszkicować. Z drugiej strony oni nie byli nikim ważnym…
-Twoja praca
przysporzyła wzrost zysku o dwanaście procent.- Szef spojrzał na mnie
uważnie.-Wiem dlaczego odchodzisz. Wiem, że jeszcze wrócisz.
-Być może.
-Znasz
zasady.
-Tak.
Kontynuowaliśmy
smakowanie herbaty. Kiedy mężczyzna skończył odłożył nasze filiżanki powrotem
na komodę. Zamiast tego podniósł czerwoną paczkę i kiedy wstałam, wręczył mi ją
sucho i bez uśmiechu.
-Premia.
-Dziękuję.
Odebrałam
„prezent” i skierowałam się do drzwi, ale zanim wyszłam posłałam mu lekki
uśmiech i bezuczuciowe „do widzenia”. Na zewnątrz czekał młody kamerdyner. Nic
nie musiał mówić, bo od razu poszłam za nim.
-Powiedział,
że możesz wybrać, co zechcesz.
-Spoko.-
Teraz uśmiechnęłam się już w pełni otwarcie. Przez ten krótki dość czas
zdołałam poznać już garderobę na tyle, żeby wiedzieć, co chciałam zabrać.
Zdjęłam z
półki szklane pudełko. Maska była w nim zamknięta niczym potwór w skrzyni. Była
maską potwora. Zakrywająca całą twarz i z wbudowanym wejściem do kompa.
Spodobała mi się już za pierwszym razem, ale nigdy nie pasowała. Masek było
oczywiście o wiele więcej, ale pośród czach, ogni, samurajskich wzorów, czy
nawet jakby siatek ta wyróżniała się prostotą. Nie byłą nijaka. Była czarną
taflą odpowiednio dopasowaną do twarzy. Nie widać było przez nią ostrzejszych
zarysów, bo ona sama była ostra. Była idealna.
-Możesz
wziąć jeszcze coś. To mało.- Tym razem chłopak nieco sobie pozwolił na… ch…
odszorstkowienie? Tak by się to nazywało?
-Ok.
Wzięłam
jeszcze buty, chustę i plecak. Niby taki sobie, ale wydawał się być porządny.
Miał dużo kieszeni, czyli całkiem dla mnie. Bo ja to lubię jak mam wszystko
poukładane w torbie, wiecie. Dlatego nie przepadam za torebkami, bo w nich
trzeba grzebać. I jeszcze wykrzywiają ci plecy! Ach… ale gdybyście widzieli te
zaje fajowskie rzeczy, które miałam do wyboru! Na przykład stertę peleryn, albo
zbroje, albo chociaż te torebki.
Szef miał
rację, że jeszcze do niego wrócę…
Obudziłam
się wczesnym rankiem.
Zgarnęłam
rzeczy i wyszłam. Pod barem byłam o 6:00. Wsiedliśmy do wozów i odjechaliśmy.
Polska to wcale nie taki mały kraj. Dotrzeć musieliśmy aż do Wrocławia. Nie
mieliśmy planu. Chcieliśmy tylko wejść, zrobić swoje i wyjść. Nasza ekipa
składała się z piętnastu mięśniaków. Każdy miał własną broń. Ja też sobie coś
zdobyłam. Walther i nóż mi wystarczą.
Czy robiłam pośród nich wrażenie? Może. Od byłego szefa w prezencie dostałam
kamizelkę kuloodporną. Prawdziwe, lekkie i cienkie cacko. (Oczywiście wcześniej
wypróbowałam, czy na pewno jest kuloodporna, bo nigdy nie wiadomo.) Do tego
dodałam wojskowe spodnie z kieszeniami, buty z metalowymi noskami, tą zwiniętą
z garderoby chustę i oczywiście maskę. Nie było to jakoś cool wypasiste, ale na
jeden raz starczy.
Kiedy
jechaliśmy nikt nic nie mówił. Miałam czas żeby trochę porozmyślać. Wyciągnęłam
więc kartkę i zaczęłam rozmawiać z Nim. Tym NIM.
Znowu
musiałam mu o wszystkim powiedzieć.
-Acha. I
właśnie teraz jesteś z nimi w aucie?
-Tak.
-I oni
siedzą obok?
-Tak.
-I patrzą ci
się przez ramię?
-Tak.
-To pewnie się
dziwią, że wyprzedziłaś technikę i twój tablet wygląda jak zeszyt.
-Cooooo….
Luknęłam na
faciów. Ten obok serio się na mnie gapił. Powoli odwróciłam głowę w jego
stronę. Zmierzyliśmy się wzrokiem. Wygrałam!
-Ty się
zabawiasz czy chcesz umrzeć?
-Nie rozumiem.
-Tak bardzo
jesteś zrozpaczona, że o wszystkim zapominasz.
-Nie
zapominam. Wzięłam przecież…
-Zapominasz.
Zapomniałaś na przykład, że to nie jest film, a ty nie jesteś główną bohaterką,
która dotrwa aż do końca.
-Nie wiem o
czym mówisz.
-Gdybym miał
dłonie, to właśnie byś poczuła plaskacza ode mnie.
-Przestań.
-Nie
przestanę, bo zginiesz. Czy ty niczego nie rozumiesz? Otrząśnij się,
dziewczyno!
-O co ci
chodzi?! Ale z ciebie…
-Nie kończ.
Zamiast tego pomyśl logicznie. Na trzy włączysz ten swój zamrożony mózg, o ile
jeszcze go masz i odpowiesz na moje trzy pytania.
-Nie będę…
-Raz.
-Prze…
-Dwa.
-Arg!
-Trzy.
Pytanie numer jeden: dlaczego MUR cię nie zabił?
-MUR mnie
nie zabił, bo… ten… nie musiał.
-Taa? Jesteś
pewna? Bo z tego co widzę, to musiał zabić ci rodzinę, nie? A myślisz, że
czemu?
-Nie wiesz
czy ich zabił.
-No właśnie!
I ty też. I dlatego teraz sama jedna jedziesz do MURu, żeby się dowiedzieć.
-Jadę ich
uratować…
-Od czego?
Zresztą, z mojej strony to wygląda tak: wiedzą co zrobiłaś w kościele, wiedzą o
dziwnym wypadku, wiedzą, że żyjesz ty i najemnik, wiedzą, że do najemnika się
nie zbliżą, wiedzą, że jesteś im potrzebna, wiedzą jak cię zdobyć, wiedzą jak
wykorzystać haka, którego na ciebie mają. Jesteś cała ich już od samego
początku.
-Hm…
-O!
Zaczynasz myśleć. Idźmy więc dalej. Czy ci goście nie wydają ci się dziwni?
-Kto?
-Dezerterzy.
Przecież wiesz, że jak raz wstąpisz do gangu, to możesz jedynie wypisać się za
pomocą karty zgonu, a oni nagle się znajdują w zasięgu ręki i jeszcze ci pomagają.
-No tak… Też
mnie to zdziwiło.
-No właśnie!
I tu docieramy do szokującego momentu. To wszystko to
pułapko-gro-przedstawienie, żeby cię poznać, złapać i… sam nie wiem, zabić!
-Kurczę…
-Raczej
kurczedzilla! A czego się spodziewałaś? Hm?
-I myślisz,
że to wszystko tak od…
-… od akcji
w kościele. Zdecydowanie od wtedy.
-A czego oni
mogą ode mnie chcieć? Przecież jeśli to ukartowane, to wiedzą też o moim
mutanctwie i o masakrze, którą spowodowałam.
-Tiaaa. A
może nie wiedzą? Huh? Bo tak jakby, nie daliby tego zrobić, gdyby wiedzieli.
-To były
wrogie gangi. Może o to im chodziło, żeby się wykończyły?
-Nie, bo
przecież to wewnątrz cię przerobili.
-W takim
razie…
-Oni wiedzą
tylko tyle, że ty nadal żyjesz i ich rywalów nie ma.
-No tak i …
-Nie
wpadajmy w szczegóły, bo jeszcze się zaplączemy. Ważne jest moje ostatnie
pytanie: co zamierzasz teraz zrobić?
-Nie mogę
zrezygnować, bo goryle mnie zlikwidują. Poza tym, to moja rodzina ma być chyba
przynętą i hakiem. A więc czegoś ode mnie chcą. Póki im tego nie dałam, to
jeszcze żyją. Muszę więc uratować ich…
-… zanim oni
z ciebie to wyciągną. A jak chcesz to zrobić, różyczko?
-Powoli,
powoli.
Daj mi
pomyśleć…
Albo jednak nie musiał czasu :/
OdpowiedzUsuńNo nie powiem, że zgadzam się z Nim. To wszystko jest dość podejrzane i niebezpieczne.
Jestem ciekawa ci z tego wyniknie ;)
Ściskam mocno
~ Alex ♡ _ ♡