[Narrator odłączony.]
Dobra. Na
tym skończmy tą nudną jak flaki z olejem opowieść. Jest przesiąknięta
wewnętrznymi rozterkami i uczuciami, co sprawia, że zaczynam znowu Myślec o
sobie jako o totalnej ofierze losu. Dno! Dno, powtarzam. No i nawet nie skończone
jeszcze dno, bo przecież ja nigdy ofiarą losu być nie przestałam. No i jeszcze
ta akcja! Normalnie akcja akcją poganiana… Wiecie, to wcale tak pięknie nie
wyglądało. Nie było bohaterów. Totalna sieczka. Ludzie padali w bezsensownym
skrzeku, a pan Borka zginął przy pierwszym strzale. A ja? Przyznaję, bo już
dłużej wytrzymać nie mogę: stchórzyłam. Taaa. Widać nie jestem cudownym
dzieckiem. Oj, nie. Nie tak do końca zwiałam, a po prostu wydawało mi się
logiczniejsze schować się niż strzelać z Walthera do samolotu. No ej! Czy wy
myślicie, że kule lecą aż tak daleko? Mniejsza. Czuję się w pełnej
odpowiedzialności, żeby opowiedzieć wam jak to się dalej potoczyło.
Kiedy
wpadłam z Drwalem za plecami do niegdyś pomieszczenia, na chwilę zdębiałam.
Sceny walki i śmierci nie do końca stały się dla mnie rutyną, więc nie było
dziwne moje zwymiotowanie na podłogę śniadania. Drwala natomiast tak. Bo
przecież pokój krwi to nie takie znowu coś, nie? No chyba każdemu najemnikowi
zdarzyło się kogoś zabić tak, że całe pomieszczenie było zalane jego krwią i
nawet sufit nią skapywał. To przecież takie normalne… Nie? Wy nigdy nie… Acha.
To wiele wyjaśnia.
Wracając.
Jak my sobie heftaliśmy na podłogę, to
coś pojawiło się zaraz koło nas. Zauważyłam to później, bo tym razem nie usłyszałam
ostrzegawczego pikania. Złapałam mocniej rękojeść noża. Po przeciwnej stronie
czerwieni krążyły niespokojnie dwa ogromne wilki. Już na pierwszy rzut oka
widać było, że to Te Wielkie Wilki. Drwal przełknął głośno ślinę.
Zwierzęta
ryknęły. Puściłam broń, która z plaskiem upadła na ziemię i dopięłam maskę do
uda pokazując twarz. Przecież nie mogłam walczyć z kimś, kto jest moim
sprzymierzeńcem. Miałam tylko nadzieję, że wiedzą, kim byłam.
Wilki
zmieniły się miejscami. Przyjrzałam im się dokładniej. Były wychudzone i
wyliniałe. Zamglonymi oczami rzucały na boki. Na szyjach widniały obroże. Jak
można zrobić coś takiego, z tak pięknymi istotami!
-Jestem…-
Zaczęłam bez powodzenia na zakończenie. Kły Wielkiego Wilka zbliżały się do
mnie z motylim niepostrzeżeniem. Wezbrała we mnie czerń. Taak. Ta Czerń.
Złapałam ją w sidła i skierowałam całą moc do dłoni. Ułamek sekundy później
trzymałam już pysk Wilka, a kiedy druki był już w locie, ja przyłożyłam swój
nos, do zwierzęcia. Rozbłysk światła pochłonął nasze świadomości.
Tym razem
lot był krótki. Już po chwili pojawiłam się na polance z Wilkiem naprzeciwko.
Wilk jednak wilkiem nie był, bo przede mną siedział skulony mężczyzna. Był w
poszarpanych łachmanach, z siniakami na rękach i obrożą na szyi. Patrzył na
mnie nieczytelnym wyrazem twarzy.
-Jestem…
-Wiem.-
Przerwał mi zachrypniętym głosem.
-Chciałabym…
-Zrobię to
szybko. Nic nawet nie poczujesz. Nie będziesz pamiętać. Tyle mogę ci dać.
Inaczej oni mnie wykończą. Nie dadzą mi odejść. Ugryzę cię, zabiję… i koniec.
Patrzyłam na
niego jak powoli kończył zdanie. Było mi przykro patrzeć na coś takiego. Ja nie
mogłam zginąć. To nic by nie dało. On też nie może.
-Nie mogę
zginąć, Wilku.- Powiedziałam.
-Muszę cię
zabić.- Drgnął tamten.
-Jestem
przyjacielem.
-Przyjaciele…
odeszli. Uciekli. Dobrze zrobili. Oni żyją. Ja nie. Ty też nie.
-Uratuję
cię.- Szepnęłam.
On spojrzał
na siebie.
-Uratuj.
Celuj w serce i uratuj.
I wtedy znów
błysnęło i wróciłam do rzeczywistości. Czy ja… naprawdę zabiję…
Odrzuciłam
od siebie cielsko atakującego. Drwal drżącymi dłońmi ściskał karabin. Wybiłam
mu go z rąk i rzuciłam w stronę drugiego Wilka. To powinno go na chwilę
powstrzymać. Mając pewność co zrobię chwyciłam nóż i doskoczyłam do zwierzęcia.
Na podłogę poleciały kosmyki sierści. Na twarzy czułam zamierające serce
jednego z wielkich wilków. Odstąpiłam od niego z plaskiem stawianej na podłodze
nogi. Drugi z Wilków zamarł w pół ruchu. Drwal patrzył z wytrzeszczonymi oczami
jak przecięta obroża zsuwa się z szyi i pada na podłogę. Wilk schylił nos i powąchał
narzędzie tortur.
-Nie ma
sprawy.- Uśmiechnęłam się i podeszłam do drugiego zwierzęcia.
Po chwili i
on był wolny, a jednak Wilki nadal się nie ruszały.
-Jesteście
wolni. Uciekajcie stąd, chłopaki.- Wymachnęłam rękami.
-O-one..
one… ty… my? C-co jest gra-ane?- Bełkot Drwala za plecami przypomniał mi, że my
też musimy uciekać. Pacnęłam się w czoło i słysząc charakterystyczny odgłos
odruchowo włożyłam maskę z powrotem. Podniosłam z ziemi karabin.
-Bleach!
Podałam
uświnione krwią narzędzie Drwalowi. Mężczyzna wziął je niepewnie. Pewnie chciał
jeszcze o coś zapytać, ale zrezygnował jak tylko zobaczył swoje odbicie w
wypolerowanym koszulką ostrzu mojego noża. Z Waltherem nic nie mogłam zrobić,
więc tylko strząsnęłam większe grudki i włożyłam go do kabury. Śliski jeszcze
mógłby wypaść mi z dłoni.
-Spadamy
stąd. Znacie drogę na zewnątrz?
Wilki
pokiwały wciąż we mnie wpatrzone.
-To spoko.
Ruszyliśmy
przed siebie. Korytarze, schody, drzwi, pomieszczenia zlały się w mojej głowie
w przeciągającą się wędrówkę. A i tak wszystko skończyło się gwałtownie w huku
pękających żelbetonowych ścian. Budynek trzeszczał pod naporem gradu pocisków w
niego rzucanych.
-Zaraz
runie!- Krzyknęłam przyśpieszając kroku.
Dobiegliśmy
do drzwi i właśnie wtedy, kiedy stałam już jedną noga na zewnątrz jak piorun
poraził mnie przerażający widok. Fala ludzi i pojazdów otaczała cały teren
tworząc z niego arenę.
Na plecy
wpadli mi pozostali. W włochatej koli kończyn wypadliśmy na zewnątrz. Celowały
w nas ze trzy czołgi i dwa helikoptery. Do tego masa pojazdów taktycznych i
oczywiście szturmowcy. Gdzieniegdzie stały też działa i … nie myliłam się, to
na serio były wyrzutnie rakiet.
-Do środka!-
Krzyknęłam do nich i szarpnęłam do tyłu. Znowu przemierzaliśmy niezliczoną
ilość pokoi w poszukiwaniu drogi ucieczki.
Drwal złapał
mnie za ramię. Odwróciłam się wciąż biegnąc. Był zdyszany. Wilki też.
Musieliśmy zwolnić.
-Co jest?-
Rzuciłam przez ramię.
-Zwolnij.
Przecież nie atakują.
-Nie
rozumiesz? Oni chcą wywalić nas w powietrze!- To ostatnie utonęło w fali huku i
pyłu. Pierwsze pociski dosięgły celu. Rzuciłam się do wielkich drzwi i
wywarzyłam je kopniakiem. Znaleźliśmy się w prawie okrągłej sali z każdej
strony podpieranej filarami i o wysokości czterech poziomów. Dokładnie widziałam
jak rysy na filarach pogrubiają się i te powoli padają pod ciężarem uszkodzeń.
Staliśmy dokładnie pod takim jednym i pewnie bylibyśmy zmiażdżeni gdyby nie
Wilki, które złapały nas w ostatniej chwili i wybiegły na środek wielkiej sali.
Pod nogami trzeszczał grunt, a całość się trzęsła, ale tutaj przynajmniej
mogliśmy próbować odskoczyć od spadających głazów. Starałam się na tyle szybko
odskoczyć, żeby nie zdechnąć tam jak robak pod butem. Drwal nie miał tyle szczęścia i refleksu, a
także mutanckich zdolności i zginął przygnieciony przez jakiegoś gargulca. Po
pierwszej fali na budynek spadła salwa z czołgów i helikopterów. I to
przetrwaliśmy kryjąc się w załomie dwóch upadłych filarów. Kiedy wszystko
ucichło wyszliśmy na zewnątrz. Nie mieliśmy jednak przeżyć tego wszystkiego,
prawda?
I ja i Wilki
wyczuliśmy nadchodzących nieprzyjaciół. Wszędzie ruiny, a za plecami strzały.
Ktoś z Lexowych oddziałów także przeżył. Otarłam lekko połamaną maskę z pyłu.
-Zwiewajcie.-
Szepnęłam do Wilków, a te wzięły nogi za pas i już ich nie było. Nie znam ich
rasy za dobrze, ale widać w ocenie sytuacji są naprawdę nieźli.
Wygrzebałam
się spomiędzy gruzu. Niebo było czystą, niebieską taflą. Nad głową krążył
helikopter. Poprawiłam sznurówki. Kamizelka trzymała się dobrze. Odgłosy
karabinów stały się mocniejsze. Ktoś przedzierał się przez gruz w moją stronę.
Po chwili na horyzoncie ukazały się sylwetki walczących jeszcze żywych. Krąg białego światła nie ustępował ich nawet
na chwilę choć przecież i bez tego było ich świetnie widać. Nagle mnie
zauważyli. Zaczęli strzelać także do mnie. To zdecydowanie byli „nasi”.
-Hej! To ja!
To ja… Lex! Lex! To ja!- Krzyczałam wciskając głowę w ramiona. Wreszcie kule
przestały bić w ziemię.
Odważyłam
się wyglądnąć. Tamci byli bliżej, a jednego nawet dobrze znałam. Chłopaki kryli
się między głazami ciągle jednak do mnie celując. Byli równie umorusani w pyle,
co ja. Podniosłam puste ręce w górę i powoli się podniosłam. Poznali mnie po
masce.
-Dlaczego…
-Długa
historia.- Odpowiedziałam Lexowi kiedy siedzieliśmy w gruzie obserwując teren.
Nie musieliśmy tego robić, bo przecież było nas i tak świetnie widać z
helikoptera. Nad nami zaległa prawdziwa cisza.
-Co jest…-
Szepnął ktoś obok. To był ten sam chłopak, który tak mnie wypytywał o feralną
akcję. A zresztą tą akcję to
możemy nazwać Akcją nr1, bo ta, to Akcja nr2. Już tylko brakuje trzy i mamy
takt do DiscoPolo!
Czy tylko ja
widziałam, w jakim jesteśmy położeniu? Na odpowiedź długo nie czekałam, bo
zaraz też przekonałam się jak szybko można zjechać z helikoptera na lince
(całkiem szybko). Bliżej otoczyli nas ludzie, do których nie mogliśmy strzelać,
bo celowali do nas z ciężkich karabinów i…
hahahahahahahahahahahahahahahahahahahahah… bazook! Co za niefart!
Chłopaki nie wiedzieli w kogo mają celować.
Tym bardziej, jak przez gruz przebił się ogromniasty czołg i stanął dokładnie
naprzeciw, gotów do naciśnięcia czerwonego guzika. Właz na górze otworzył się i
wyskoczył z niego ten sam Obedayah Krays, na którego polowaliśmy. Przebrany w
długie, złote kimono i z koroną w dłoni. Wyglądał jak wyjęty z jakiegoś
chińskiego… czegoś. Najemnicy wreszcie wybrali i wszystkie lufy skierowały się
właśnie ku niemu. Zacisnęłam pięści czując przypływ czerni. Jako pierwsza
wstałam z kolan.
To trochę wszystko pokręcone, ale dzięki temu fajne xdd
OdpowiedzUsuńSzkoda mi tego chłopaka co zginął przygnieciony gruzem.
Czy oni strzelają do cb?! Idioci ...
No to teraz jest serio problem.
Lecę dalej
~ Alex ♡ _ ♡