poniedziałek, 11 maja 2015

51 Kluczyki



-Nie wierzę ci. To nie jest możliwe.

A czy wy uwierzylibyście, że po ucieczce z kościoła zaczął ich gonić helikopter i chcąc ich zestrzelić trafił w Demonizator, który dziwnym sposobem utworzył wokół siebie bańkę teleportacyjną? I, że nie wiadomo gdzie się znajdujemy, ale przeciwnik szefa Lexa nie wiadomo skąd ale już wie i wysyła na nas czyścicieli, bo myśli, że odzyska choć cząstkę tajemniczego urządzenia? I, że ja nie mam z tym nic wspólnego? No w to ostatnie, to na bank nie uwierzę!

-A więc co ty, Pani Mondralińska, o tym myślisz?
-Hmm…
-A widzisz! Nic nie myślisz. To, co mówię jest prawdą.
-Nie do końca mnie przekonałeś. Muszę… powinnam coś sprawdzić.- Wstałam nawet na niego nie patrząc. Zrobiłam już swoje. Rany nie krwawiły i jak sam powiedział nawet nie bolały. Nie zamierzam niańczyć go jak dziecka, c`nie.
-Ej! Gdzie idziesz?
-Ten pacan, przecież wciąż tam leży, nie?
Podeszłam do martwego ciała. Chciałam mu splunąć prosto w tą jego łysą czachę, ale szkoda mi było śliny.
-Ech.- Przewróciłam ciało na plecy i zaczęłam grzebać mu w kieszeniach. Długo to trwało, bo gościu miał mnóstwo kieszeni. Naprawdę. Jedna nawet była w kołnierzu.
-I co takiego znalazłaś?- Lex miał gardzącą minę.
-Nic ciekawego. Mapę z zaznaczonymi dziwnymi punktami,  szminkę, zapasowe magazynki, mini apteczkę, paczkę dziwnych pastylek, jakąś buteleczka z płynem, szmatkę, kryształową kostkę, dwa noże, rewolwer, paczkę wytrychów, zapałki i dziwne coś. Pewnie wybuchowe.- Ułożyłam wszystko w równe rzędy od największego do najmniejszego.
-Ciekawe po co mu szminka?
-Tyle rzeczy, a ciebie interesuje szminka? No nie wiem, może to talizman?
-You-kon nie dopuszcza talizmanów…
-To może gościu jest, znaczy był, jakiś skrzywiony?
-You-kon nie dopuszcza skrzywień.
-Kim jest You-kon?
-Jest przeciwnikiem Obedayah Krausa, mojego szefa.
-Przeciwnikiem?
-Tak. No wiesz. Jak w każdym filmie fabularnym- Tu zrobił nonszalancką pauzę- w mieście są dwa lub więcej gangów robiących złe rzeczy, żeby zawładnąć nad całym miastem i wytępić pozostałych. Obedayah to szef jednego, a You-kon drugiego.
-A ile jest tych gangów i o jakim mieście mówimy?
-Nie tyle o mieście, co o ich sieci. A gangów robi się coraz mniej. Na podium są CTS czyli You-kon, MUR czyli Kraus i ten największy i najmocniejszy PBD dowodzony przez nie wiadomo kogo.
-A. I oni tak po prostu naparzają się ze sobą nawzajem o władzę na świecie?
-Tak.
-Komu kibicujesz?
-Co?- Lex kolejny raz się zachłysnął.
-No chyba nie za swoimi, nie?
-Głupie pytanie. Oczywiście, że za swoimi. – Spojrzałam na niego wymownie.
-Nie znam przebiegu waszej wojny, ale raczej nie stawiałabym na waszych.
-Co? Czemu?
-To nie wy mieliście helikopter tylko You-kon. Znając…- Moją znawczą wypowiedź przerwało pikanie. Dźwięk wydobywał się z głębi Łysego.
-Coś przeoczyłaś.
-Czepialski.- Sięgnęłam do rękawa mężczyzny. Po wewnętrznej stronie miał malutką kieszeń.
-Kluczyki.- Pokazałam Lexowi. Do kluczy przypięty był breloczek. To on pikał.
-Nadajnik. Znając CTS będą tu za jakieś trzydzieści, dwadzieścia minut.
-Acha. To ja lecę zebrać rzeczy.- Podniosłam znaleziska z trawy.
-Szminkę mi zostaw.- Lex wyrwał mi ją z ręki.
-A co? Podoba ci się kolor?
-Mnie nie. Jemu tak.
-Co ma oznaczać ten uśmiech?
-Idź zebrać rzeczy.- Odgonił mnie przybraniem ponurej miny.
-Dobra już dobra. Tylko nie wykorzystaj całej. Ha ha ha
Pobiegłam do wierzby. Zostawiłam wszystko na ziemi i wróciłam po ubrania. Głupio tak chodzić w samych majtkach. Szmaty upchałam do środka pierwsze. Lexowi zostawiłam tylko bluzę, koszulkę i spodnie. Sama włożyłam moje własne spodnie, koszulkę, płaszcz i buty. Wcale tak bardzo się nie zniszczyły. Były tylko leciutko rozmiękłe, ale to drobiazg. Mapę włożyłam  sobie do kieszeni razem z nożem i mini apteczką. Na wierzchu zostawiłam broń. Dwa karabiny maszynowe i rewolwer.
-Gotowe?
-Taa. Tu masz ciuchy.
-Jeśli myślisz, że jak będziesz dla mnie miła, to cię nie zabiję, to się mylisz.
-Jeśli myślisz, że jestem dla ciebie miła, bo liczę, że mnie nie zabijesz, to się mylisz. Ja się nie dam zabić.
-Tak?
-Tak.- Znowu stał bardzo blisko. Aż za blisko.
-I co teraz zrobisz?
-Teraz już nic. Jeszcze pół  kroku  w moją stronę, a twoje klejnoty nadzieją się na mój nóż.- Uśmiechnęłam się najuroczej jak potrafiłam.
-Słonko, nie zrobiłabyś tego.
-Chcesz sprawdzić?- Kiwnęłam na dół. Spojrzał niżej. Mój nóż dotykał jego krocza.
-Hej! Co to ma być? To ja jestem facetem w tym związku!
-Jakim związku? Ja nawet nie wiem kim my dla siebie jesteśmy.
-Jesteś moją zakładniczką.
-Taa. I po to cię ratowałam żeby nią zostać.
-Bo widzisz, sytuacja jest trudna, słonko. Nie wiem czemu, ale mam przeczucie, że już nie należę do MURu. Jeśli to prawda, to zabić chcą mnie wszyscy. Jeśli to nie jest prawda, to i tak zginę, bo przez ciebie spartaczyłem robotę. Najłatwiej byłoby stąd uciec.
-I co potem. Nadal będą nas gonić. Mnie znajdą szybciej od ciebie. Mają do mnie prostą drogę.
-I to jak! Najpierw zabiją ci rodzinę i znajomych, a potem wpuszczą zdjęcia do sieci, żebyś je zobaczyła i przyszłą po zemstę. Wtedy zabiją też ciebie. I problem z głowy.
-A ciebie pewnie oskalpują i wywieszą przed bramą jako ostrzeżenie dla gangów. Tamci nie wiedzą dlaczego poszło źle w kościele, więc uwierzą w historyjkę i bach! Problem załatwiony.
-No to nie mamy innego wyjścia jak tylko…
-Pójść i zabić ich pierwsi.
-Ej! Ja chciałem to powiedzieć.
-Ok. Czyli co? Pakt wojenny?
-Na to wychodzi, słonko. Od teraz jesteśmy w jednej drużynie.- Uśmiech Lexa był zabójczy. Westchnęłam tylko i sięgnęłam po torbę. Poczułam jak ktoś dotyka mnie w pośladek.
-Hej!- Odwróciłam się z zamiarem odwinięcia mu z liścia.
-No co? Chciałem tylko spojrzeć na mapę, słonko.- Lex zasłonił się rękami. W prawej trzymał mapę.
-Jeszcze raz i oberwiesz. I nie mów do mnie słonko.- Spojrzałam na niego krzywo.
-Dobra, dobra. Kluczyki też masz w kieszeni?
-Myślisz, że od czego są?- Podałam mu klucze.
-Mam nadzieję, że od jakiegoś pojazdu.
-Nadzieja matką głupich.
 Piętnaście minut później jechaliśmy już na zachód czerwono zielonym crossem. Okazało się, że Łysy był dość leniwy, żeby zostawić go niedaleko od rzeki, a dróżka prowadząca do jakiejś drogi była wręcz stworzona do takiej jazdy. Po drodze usłyszałam cały wywód zażaleń, na temat nóg Lexa. Dlatego, że zapomniałam mu wziąć butów z miejsca wypadku, a te Łysego były za małe najemnik musiał biegać na boso.
 Ha! Loooooser!

1 komentarz:

  1. Mam podzielone uczucia po tym rozdziale ...
    Z jednej strony to całe zabijanie i wgl to straszne i mega ciekawe xdd
    Z drugiej strony patrze na te całe słonka i mimowolnie się uśmiecham :)
    No cóż Julcia uzależnilas mnie od swojego bloga :*
    Czekam na nn

    OdpowiedzUsuń

Komentarze motywują :)