-Nie wierzę
ci. To nie jest możliwe.
A czy wy
uwierzylibyście, że po ucieczce z kościoła zaczął ich gonić helikopter i chcąc
ich zestrzelić trafił w Demonizator, który dziwnym sposobem utworzył wokół
siebie bańkę teleportacyjną? I, że nie wiadomo gdzie się znajdujemy, ale
przeciwnik szefa Lexa nie wiadomo skąd ale już wie i wysyła na nas czyścicieli,
bo myśli, że odzyska choć cząstkę tajemniczego urządzenia? I, że ja nie mam z
tym nic wspólnego? No w to ostatnie, to na bank nie uwierzę!
-A więc co
ty, Pani Mondralińska, o tym myślisz?
-Hmm…
-A widzisz!
Nic nie myślisz. To, co mówię jest prawdą.
-Nie do
końca mnie przekonałeś. Muszę… powinnam coś sprawdzić.- Wstałam nawet na niego
nie patrząc. Zrobiłam już swoje. Rany nie krwawiły i jak sam powiedział nawet
nie bolały. Nie zamierzam niańczyć go jak dziecka, c`nie.
-Ej! Gdzie
idziesz?
-Ten pacan,
przecież wciąż tam leży, nie?
Podeszłam do
martwego ciała. Chciałam mu splunąć prosto w tą jego łysą czachę, ale szkoda mi
było śliny.
-Ech.-
Przewróciłam ciało na plecy i zaczęłam grzebać mu w kieszeniach. Długo to trwało,
bo gościu miał mnóstwo kieszeni. Naprawdę. Jedna nawet była w kołnierzu.
-I co
takiego znalazłaś?- Lex miał gardzącą minę.
-Nic
ciekawego. Mapę z zaznaczonymi dziwnymi punktami, szminkę, zapasowe magazynki, mini apteczkę,
paczkę dziwnych pastylek, jakąś buteleczka z płynem, szmatkę, kryształową kostkę,
dwa noże, rewolwer, paczkę wytrychów, zapałki i dziwne coś. Pewnie wybuchowe.-
Ułożyłam wszystko w równe rzędy od największego do najmniejszego.
-Ciekawe po
co mu szminka?
-Tyle
rzeczy, a ciebie interesuje szminka? No nie wiem, może to talizman?
-You-kon nie
dopuszcza talizmanów…
-To może
gościu jest, znaczy był, jakiś skrzywiony?
-You-kon nie
dopuszcza skrzywień.
-Kim jest
You-kon?
-Jest
przeciwnikiem Obedayah Krausa, mojego szefa.
-Przeciwnikiem?
-Tak. No
wiesz. Jak w każdym filmie fabularnym- Tu zrobił nonszalancką pauzę- w mieście
są dwa lub więcej gangów robiących złe rzeczy, żeby zawładnąć nad całym miastem
i wytępić pozostałych. Obedayah to szef jednego, a You-kon drugiego.
-A ile jest
tych gangów i o jakim mieście mówimy?
-Nie tyle o
mieście, co o ich sieci. A gangów robi się coraz mniej. Na podium są CTS czyli
You-kon, MUR czyli Kraus i ten największy i najmocniejszy PBD dowodzony przez nie wiadomo
kogo.
-A. I oni
tak po prostu naparzają się ze sobą nawzajem o władzę na świecie?
-Tak.
-Komu
kibicujesz?
-Co?- Lex kolejny
raz się zachłysnął.
-No chyba
nie za swoimi, nie?
-Głupie
pytanie. Oczywiście, że za swoimi. – Spojrzałam na niego wymownie.
-Nie znam
przebiegu waszej wojny, ale raczej nie stawiałabym na waszych.
-Co? Czemu?
-To nie wy
mieliście helikopter tylko You-kon. Znając…- Moją znawczą wypowiedź przerwało
pikanie. Dźwięk wydobywał się z głębi Łysego.
-Coś
przeoczyłaś.
-Czepialski.-
Sięgnęłam do rękawa mężczyzny. Po wewnętrznej stronie miał malutką kieszeń.
-Kluczyki.-
Pokazałam Lexowi. Do kluczy przypięty był breloczek. To on pikał.
-Nadajnik.
Znając CTS będą tu za jakieś trzydzieści, dwadzieścia minut.
-Acha. To ja
lecę zebrać rzeczy.- Podniosłam znaleziska z trawy.
-Szminkę mi
zostaw.- Lex wyrwał mi ją z ręki.
-A co?
Podoba ci się kolor?
-Mnie nie.
Jemu tak.
-Co ma
oznaczać ten uśmiech?
-Idź zebrać
rzeczy.- Odgonił mnie przybraniem ponurej miny.
-Dobra już
dobra. Tylko nie wykorzystaj całej. Ha ha ha
Pobiegłam do
wierzby. Zostawiłam wszystko na ziemi i wróciłam po ubrania. Głupio tak chodzić
w samych majtkach. Szmaty upchałam do środka pierwsze. Lexowi zostawiłam tylko
bluzę, koszulkę i spodnie. Sama włożyłam moje własne spodnie, koszulkę, płaszcz
i buty. Wcale tak bardzo się nie zniszczyły. Były tylko leciutko rozmiękłe, ale
to drobiazg. Mapę włożyłam sobie do
kieszeni razem z nożem i mini apteczką. Na wierzchu zostawiłam broń. Dwa
karabiny maszynowe i rewolwer.
-Gotowe?
-Taa. Tu
masz ciuchy.
-Jeśli
myślisz, że jak będziesz dla mnie miła, to cię nie zabiję, to się mylisz.
-Jeśli
myślisz, że jestem dla ciebie miła, bo liczę, że mnie nie zabijesz, to się
mylisz. Ja się nie dam zabić.
-Tak?
-Tak.- Znowu
stał bardzo blisko. Aż za blisko.
-I co teraz
zrobisz?
-Teraz już
nic. Jeszcze pół kroku w moją stronę, a twoje klejnoty nadzieją się
na mój nóż.- Uśmiechnęłam się najuroczej jak potrafiłam.
-Słonko, nie
zrobiłabyś tego.
-Chcesz
sprawdzić?- Kiwnęłam na dół. Spojrzał niżej. Mój nóż dotykał jego krocza.
-Hej! Co to
ma być? To ja jestem facetem w tym związku!
-Jakim
związku? Ja nawet nie wiem kim my dla siebie jesteśmy.
-Jesteś moją
zakładniczką.
-Taa. I po
to cię ratowałam żeby nią zostać.
-Bo widzisz,
sytuacja jest trudna, słonko. Nie wiem czemu, ale mam przeczucie, że już nie należę
do MURu. Jeśli to prawda, to zabić chcą mnie wszyscy. Jeśli to nie jest prawda,
to i tak zginę, bo przez ciebie spartaczyłem robotę. Najłatwiej byłoby stąd
uciec.
-I co potem.
Nadal będą nas gonić. Mnie znajdą szybciej od ciebie. Mają do mnie prostą drogę.
-I to jak!
Najpierw zabiją ci rodzinę i znajomych, a potem wpuszczą zdjęcia do sieci,
żebyś je zobaczyła i przyszłą po zemstę. Wtedy zabiją też ciebie. I problem z głowy.
-A ciebie
pewnie oskalpują i wywieszą przed bramą jako ostrzeżenie dla gangów. Tamci nie
wiedzą dlaczego poszło źle w kościele, więc uwierzą w historyjkę i bach!
Problem załatwiony.
-No to nie
mamy innego wyjścia jak tylko…
-Pójść i
zabić ich pierwsi.
-Ej! Ja
chciałem to powiedzieć.
-Ok. Czyli
co? Pakt wojenny?
-Na to
wychodzi, słonko. Od teraz jesteśmy w jednej drużynie.- Uśmiech Lexa był
zabójczy. Westchnęłam tylko i sięgnęłam po torbę. Poczułam jak ktoś dotyka mnie
w pośladek.
-Hej!-
Odwróciłam się z zamiarem odwinięcia mu z liścia.
-No co?
Chciałem tylko spojrzeć na mapę, słonko.- Lex zasłonił się rękami. W prawej
trzymał mapę.
-Jeszcze raz
i oberwiesz. I nie mów do mnie słonko.- Spojrzałam na niego krzywo.
-Dobra,
dobra. Kluczyki też masz w kieszeni?
-Myślisz, że
od czego są?- Podałam mu klucze.
-Mam
nadzieję, że od jakiegoś pojazdu.
-Nadzieja
matką głupich.
Piętnaście
minut później jechaliśmy już na zachód czerwono zielonym crossem. Okazało się,
że Łysy był dość leniwy, żeby zostawić go niedaleko od rzeki, a dróżka prowadząca
do jakiejś drogi była wręcz stworzona do takiej jazdy. Po drodze usłyszałam
cały wywód zażaleń, na temat nóg Lexa. Dlatego, że zapomniałam mu wziąć butów z
miejsca wypadku, a te Łysego były za małe najemnik musiał biegać na boso.
Ha! Loooooser!
Mam podzielone uczucia po tym rozdziale ...
OdpowiedzUsuńZ jednej strony to całe zabijanie i wgl to straszne i mega ciekawe xdd
Z drugiej strony patrze na te całe słonka i mimowolnie się uśmiecham :)
No cóż Julcia uzależnilas mnie od swojego bloga :*
Czekam na nn