Zatrzymaliśmy
się dość daleko od drogi.
-Przez
ciebie szyszka wbiła mi się w stopę.
-Nie
wspominałeś o butach i dlatego ich nie zgarnęłam. Po za tym to ja taszczyłam
ciebie, nie ty mnie.
-Wielka mi
różnica!
-No. Jakieś
trzydzieści kilo.
-Wcale nie.
-Ile ważysz?
-Ludzi się o
wagę nie pyta. Jestem za to pewny, że podniosę cię jedną ręką.
-Taa. Chyba
w snach.
-Założysz
się?
-Założę. O
co?
-Na przykład
o… twoje buty.
-Moje buty?
Przecież masz inny rozmiar! Po co ci moje buty?
-W rewanżu,
że ja swoich nie mam.
-Dobra. Ale
masz mnie przenieść tak jakieś… hm… dwadzieścia metrów.
-Tylko tyle?
Najlepiej żebym zaniósł cię od razu pod bazę You-kona.
-Czy ja tu
słyszę ironię zestrachanego chłoptasia?
-Ty sobie
nie pozwalaj, słonko
-Miałeś tak
do mnie nie mówić.- Dostał ode mnie kuksańca w ramię. Szliśmy dróżką już
dziesięć minut, a drogi pozostało jeszcze trochę.
-Dobra.
Zakładaj plecak.
-Co? Nie
zamierzam go za ciebie nieść.
-Ja nie oto.
Załóż i trzymaj za szelki. Podniosę plecak. Ciebie musiałbym nieść jak Darth
Vader, a to groziłoby śmiercią.
-Aaa. Nie
jestem co do tego taka pewna.
-Zrywasz
zakład?
-No co ty.
Dawaj.
-No. To
teraz się trzymaj. Zaraz przegrasz swoje buty, słonko.
Lex złapał
za górną szelkę. Był nie taki znowu ode mnie wyższy, więc nie liczyłam, że mu
się uda. A jednak po chwili nie czułam gruntu pod nogami. Chciałam mu
powiedzieć, że to zadziwiające jaki jest silny, ale ugryzłam się w język.
Przeszedł tak ze mną całe piętnaście metrów, kiedy zobaczyłam przed nami snop
białego światła.
Nagle naszło mnie dziwne przeczucie.
Odepchnęłam się od Lexa kopiąc go w tył kolana. Oboje upadliśmy na ziemię. Nad
sobą usłyszeliśmy huk wystrzałów i szelest rwanych liści.
Najemnik
rzucił się w moim kierunku i wypchnął mnie za niedaleki konar. Za nami słychać
było serię z karabinu.
-Zwiewamy,
słonko.
-No przecież
słyszę.
-No to na
trzy pobiegniesz za w tamtą stronę tak szybko jak tylko potrafisz. Trzymaj
głowę nisko.
-Dobra.
-Raz.
Przeładował
karabin.
-Dwa.
Odbezpieczył.
-Trzy.
On zaczął
strzelać, a ja ile sił w nogach popędziłam przed siebie. Nie miałam ochoty się
odwracać, ale czułam jego obecność za sobą. Pociski znowu zaczęły przelatywać
niebezpiecznie blisko nas.
Czułam się
dokładnie tak, jak widać to na filmach, kiedy wszystko powolnieje i staje się
szczegółowe i piękne. Było też straszne. Przed oczami co chwila przelatywał
jakiś pocisk czy drzazga. Wydawało mi się, że biegłam z prędkością światła. A
jednak nawet przy tym wszystkim zdziwiła mnie bryza. Nie wiadomo jak ale po
prostu w pewnym momencie wyczułam zimny wietrzyk na twarzy. Nie miałam jak się
nad tym zastanowić, bo przede mną rosła ogromna kępa krzaków. Miałam sekundę na
podjęcie decyzji. Przelecieć na wprost czy wyminąć? Przeleciałam na wprost. I
to właśnie mnie uratowało. Krzaki rosły dokładnie przed mostkiem łączącym dwa
brzegi rzeki. Nie pamiętałam żeby cokolwiek takiego zaznaczone było na mapie,
ale to pewnie w tym momencie rzeka wybiegała poza teren. A może była inną
rzeką? Wcale ni przypominała leniwej damy, a raczej paniusię z wybuchowym charakterem
skłonną do histerii. Inna istota! Jeszcze w połowie mostu musiałam spojrzeć za
siebie. Lex biegł za mną tyłem co chwila prując w las z karabinu.
-Most!-
Krzyknęłam do niego. Odwrócił się w ostatniej chwili, żeby nie wpaść w dziurę
po zerwanej desce. Zasłonił nas ostatnią salwą i wyrzucił broń do rzeki. Strumienie
pochłonęły przedmiot łapczywie. Dobiegłam do końca mostu i rzuciłam się na
ziemię. Wyciągnęłam nóż z kieszeni i zaczęłam rozcinać sznury przytrzymujące
bale wbite w ziemię. Kładka swoją konstrukcją bardzo przypominała którąś z
filmów o Indiana Jonesie. Lex zrobił to samo. Skończyliśmy równocześnie z
pojawieniem się po drugiej stronie ludzi You-kona. Lex złapał mnie za plecak i
pomógł wstać. Biegliśmy dalej. Jakieś dziesięć metrów dalej usłyszeliśmy
wrzaski i oboje się uśmiechnęliśmy.
-Ha ha ha
Idioci.- Rzuciliśmy jednocześnie i od razu zrzedła mi mina.
-Aż tak
bardzo się nie różnimy, słonko.
-Nie jestem
mordercą, jak ty.
-To nie
chciałaś przebić mi serce moim własnym nożem?
-Zabiłbyś
mojego brata i wielu innych w tamtym kościele.
-I to cię
upoważniło do zabójstwa, tak?- najemnik wyminął mnie i pobiegł przodem. Pytanie zawisło
w powietrzu.
Nie jestem
mordercą. Jestem wojownikiem. Od początku do końca. Prawdziwym wojownikiem. Tak
jak nazwały mnie Wilki, tak jak kiedyś usłyszałam od dziadka, tak jak śnię
podczas pełni. Tak jak się rysuję, jak o sobie piszę.Tak jak gram w duszy. Tak jak płaczę.
Nim chcę być…
Chyba za często to piszę ale nie dajesz mi innego wyboru :(
OdpowiedzUsuńPo prostu rozdział piękny xdd
"Czy ja tu słyszę ironię zestrachanego chłoptasia?" - hahahahhahah
"Kładka swoją konstrukcją bardzo przypominała którąś z filmów o Indiana Jonesie" - nie spodziewałam sie u ciebie takiego porównania, ale tak, była tam taka kładka, bodajże w "Królestwie Kryształowej Czaszki" (hahahha ja ten znawca Jonesa hahahah)
Lex uderzył w czuły punkt przypominając ci o tym kościele... No ale niestety ma rację mówiąc, że próbowałaś go zabić... I no sama nie wiem, ale wydaje mi się, że z dobrej intencji czy nie i tak byloby to zabójstwo, morderstwo... No ale do niczego nie doszło, więc mordercą nie jesteś (patrząc na to tak na chłopski rozum).
Czekam na nn
Ps. "Ona zaczął strzelać" - przepraszam, ale hahahahahha :D