wtorek, 12 maja 2015

52 Kładka



Zatrzymaliśmy się dość daleko od drogi.
-Przez ciebie szyszka wbiła mi się w stopę.
-Nie wspominałeś o butach i dlatego ich nie zgarnęłam. Po za tym to ja taszczyłam ciebie, nie ty mnie.
-Wielka mi różnica!
-No. Jakieś trzydzieści kilo.
-Wcale nie.
-Ile ważysz?
-Ludzi się o wagę nie pyta. Jestem za to pewny, że podniosę cię jedną ręką.
-Taa. Chyba w snach.
-Założysz się?
-Założę. O co?
-Na przykład o… twoje buty.
-Moje buty? Przecież masz inny rozmiar! Po co ci moje buty?
-W rewanżu, że ja swoich nie mam.
-Dobra. Ale masz mnie przenieść tak jakieś… hm… dwadzieścia metrów.
-Tylko tyle? Najlepiej żebym zaniósł cię od razu pod bazę You-kona.
-Czy ja tu słyszę ironię zestrachanego chłoptasia?
-Ty sobie nie pozwalaj, słonko
-Miałeś tak do mnie nie mówić.- Dostał ode mnie kuksańca w ramię. Szliśmy dróżką już dziesięć minut, a drogi pozostało jeszcze trochę.
-Dobra. Zakładaj plecak.
-Co? Nie zamierzam go za ciebie nieść.
-Ja nie oto. Załóż i trzymaj za szelki. Podniosę plecak. Ciebie musiałbym nieść jak Darth Vader, a to groziłoby śmiercią.
-Aaa. Nie jestem co do tego taka pewna.
-Zrywasz zakład?
-No co ty. Dawaj.
-No. To teraz się trzymaj. Zaraz przegrasz swoje buty, słonko.
Lex złapał za górną szelkę. Był nie taki znowu ode mnie wyższy, więc nie liczyłam, że mu się uda. A jednak po chwili nie czułam gruntu pod nogami. Chciałam mu powiedzieć, że to zadziwiające jaki jest silny, ale ugryzłam się w język. Przeszedł tak ze mną całe piętnaście metrów, kiedy zobaczyłam przed nami snop białego światła.
 Nagle naszło mnie dziwne przeczucie. Odepchnęłam się od Lexa kopiąc go w tył kolana. Oboje upadliśmy na ziemię. Nad sobą usłyszeliśmy huk wystrzałów i szelest rwanych liści.
Najemnik rzucił się w moim kierunku i wypchnął mnie za niedaleki konar. Za nami słychać było serię z karabinu.
-Zwiewamy, słonko.
-No przecież słyszę.
-No to na trzy pobiegniesz za w tamtą stronę tak szybko jak tylko potrafisz. Trzymaj głowę nisko.
-Dobra.
-Raz.
Przeładował karabin.
-Dwa.
Odbezpieczył.
-Trzy.
On zaczął strzelać, a ja ile sił w nogach popędziłam przed siebie. Nie miałam ochoty się odwracać, ale czułam jego obecność za sobą. Pociski znowu zaczęły przelatywać niebezpiecznie blisko nas.
Czułam się dokładnie tak, jak widać to na filmach, kiedy wszystko powolnieje i staje się szczegółowe i piękne. Było też straszne. Przed oczami co chwila przelatywał jakiś pocisk czy drzazga. Wydawało mi się, że biegłam z prędkością światła. A jednak nawet przy tym wszystkim zdziwiła mnie bryza. Nie wiadomo jak ale po prostu w pewnym momencie wyczułam zimny wietrzyk na twarzy. Nie miałam jak się nad tym zastanowić, bo przede mną rosła ogromna kępa krzaków. Miałam sekundę na podjęcie decyzji. Przelecieć na wprost czy wyminąć? Przeleciałam na wprost. I to właśnie mnie uratowało. Krzaki rosły dokładnie przed mostkiem łączącym dwa brzegi rzeki. Nie pamiętałam żeby cokolwiek takiego zaznaczone było na mapie, ale to pewnie w tym momencie rzeka wybiegała poza teren. A może była inną rzeką? Wcale ni przypominała leniwej damy, a raczej paniusię z wybuchowym charakterem skłonną do histerii. Inna istota! Jeszcze w połowie mostu musiałam spojrzeć za siebie. Lex biegł za mną tyłem co chwila prując w las z karabinu.
-Most!- Krzyknęłam do niego. Odwrócił się w ostatniej chwili, żeby nie wpaść w dziurę po zerwanej desce. Zasłonił nas ostatnią salwą i wyrzucił broń do rzeki. Strumienie pochłonęły przedmiot łapczywie. Dobiegłam do końca mostu i rzuciłam się na ziemię. Wyciągnęłam nóż z kieszeni i zaczęłam rozcinać sznury przytrzymujące bale wbite w ziemię. Kładka swoją konstrukcją bardzo przypominała którąś z filmów o Indiana Jonesie. Lex zrobił to samo. Skończyliśmy równocześnie z pojawieniem się po drugiej stronie ludzi You-kona. Lex złapał mnie za plecak i pomógł wstać. Biegliśmy dalej. Jakieś dziesięć metrów dalej usłyszeliśmy wrzaski i oboje się uśmiechnęliśmy.
-Ha ha ha Idioci.- Rzuciliśmy jednocześnie i od razu zrzedła mi mina.
-Aż tak bardzo się nie różnimy, słonko.
-Nie jestem mordercą, jak ty.
-To nie chciałaś przebić mi serce moim własnym nożem?
-Zabiłbyś mojego brata i wielu innych w tamtym kościele.
-I to cię upoważniło do zabójstwa, tak?- najemnik wyminął mnie i pobiegł przodem. Pytanie zawisło w powietrzu.

Nie jestem mordercą. Jestem wojownikiem. Od początku do końca. Prawdziwym wojownikiem. Tak jak nazwały mnie Wilki, tak jak kiedyś usłyszałam od dziadka, tak jak śnię podczas pełni. Tak jak się rysuję, jak o sobie piszę.Tak jak gram w duszy. Tak jak płaczę.
Nim chcę być…

1 komentarz:

  1. Chyba za często to piszę ale nie dajesz mi innego wyboru :(
    Po prostu rozdział piękny xdd
    "Czy ja tu słyszę ironię zestrachanego chłoptasia?" - hahahahhahah
    "Kładka swoją konstrukcją bardzo przypominała którąś z filmów o Indiana Jonesie" - nie spodziewałam sie u ciebie takiego porównania, ale tak, była tam taka kładka, bodajże w "Królestwie Kryształowej Czaszki" (hahahha ja ten znawca Jonesa hahahah)
    Lex uderzył w czuły punkt przypominając ci o tym kościele... No ale niestety ma rację mówiąc, że próbowałaś go zabić... I no sama nie wiem, ale wydaje mi się, że z dobrej intencji czy nie i tak byloby to zabójstwo, morderstwo... No ale do niczego nie doszło, więc mordercą nie jesteś (patrząc na to tak na chłopski rozum).
    Czekam na nn
    Ps. "Ona zaczął strzelać" - przepraszam, ale hahahahahha :D

    OdpowiedzUsuń

Komentarze motywują :)